21.02.2024, 19:39 ✶
- Pewnie. Zresztą obawiam się, że w Biurze niektórzy mogliby się zdziwić, że postanowiła rozpocząć oficjalne śledztwo w sprawie ciastka... to znaczy... no dobrze, tak naprawdę to nikt by się nie zdziwił, ale uznaliby mnie za dwa razy bardziej walniętą niż uznają do tej pory, więc chyba jednak wolę postawić na wolny czas - powiedziała Brenna. Nie usiadła, ale podparła się lekko o najbliższe krzesło czy biurko i obserwowała, jak wujek idzie wyrzucić to ciastko za okno. - A w tej stodole, obiecuję, nie znajdziesz ani odrobiny siana.
Nie to, że nie załapała, o czym naprawdę mówił...
Nie próbowała go powstrzymać, skoro miało mu to przynieść satysfakcję, chociaż odnotowała sobie, żeby zejść potem na dół i usunąć je magią, zanim do resztki smakołyka postanowią dobrać się psiaki.
- To nie tak, że nie interesują. Obawiam się, że uwielbiam mieszać się w cudze - stwierdziła, a kąciki ust drgnęły jej odrobinę, bo tak jakby knuła różne rzeczy apropos Franka i Alice, i swego czasu Cameron dostał od niej bilety do wesołego miasteczka. - Ja po prostu w dowolnej książce byłabym nie bohaterką romansu, a tą przyjaciółką głównej bohaterki, która stoi obok, kiedy główny bohater prosi ją do tańca - rzuciła, trochę żartobliwie (a trochę na poważnie, bo zasadniczo to była prawda: jej charakter, zajęcia i to, jakie dziewczyny kręciły się w pobliżu sprawiały, że tak przedstawiała się sytuacja). Oczy pozostały jednak uważne, bo w tonie Morpheusa pobrzmiewało coś smutnego.
- Hm... - mruknęła. Nie odpowiedziała od razu: zdawała się naprawdę zastanawiać nad odpowiedzią, może szukając właściwych słów, a może próbując postawić się w takiej sytuacji.
Czy ona w ogóle kogokolwiek nienawidziła - poza Voldemortem, śmierciożercami i Borginami, przy czym z tych ostatnich jedynie niektórych i to za czyhanie na życie jej rodziny?
- Postarałabym się zareagować tak, żeby mógł jasno stwierdzić, ponad wszelką wątpliwość: nie jest już w stanie mnie poruszyć, nie ma tu ani miłości, ani nienawiści, jest tylko wspomnieniem, które już nie wywołuje żadnych emocji, cieniem, echem i nic a nic mnie nie obchodzi - stwierdziła w końcu z pewnym namysłem, a potem posłała wujowi promienny uśmiech. - Oczywiście, gdyby chodziło o mnie, bo jeżeli chodzi o ciebie, to bardzo chętnie skopię mu tyłek.
Czy wyłapała ten zaimek? Prawdopodobnie. Ostatecznie była gliną. Ba, możliwe, że zrozumiała nagle, że to może być jeden z powodów, dla których Morpheus nigdy nie znalazł żony - że nie chodziło tylko o poświęcenie się pracy. Czy ją zaskoczył? Czy zdało się jej to odrobinę dziwne? Czy potem miała nad tym wyznaniem myśleć? Być może. Longbottomowie byli jedną z najbardziej postępowych rodzin czystej krwi, ale świat czarodziejski był bardziej konserwatywny niż mugolski, a przecież i w tym nie tak dawno temu takie związki były nielegalne. W ich rodach ważna była kwestia dziedzictwa, i nie bez powodu nikt nie przyznawał się do takich rzeczy głośno.
Ale on był jej wujem, kochała go i przecież nic się nie zmieniło. Nie tak naprawdę.
Nie chciała, by czuł, że ma się czego przed nią wstydzić.
Nie to, że nie załapała, o czym naprawdę mówił...
Nie próbowała go powstrzymać, skoro miało mu to przynieść satysfakcję, chociaż odnotowała sobie, żeby zejść potem na dół i usunąć je magią, zanim do resztki smakołyka postanowią dobrać się psiaki.
- To nie tak, że nie interesują. Obawiam się, że uwielbiam mieszać się w cudze - stwierdziła, a kąciki ust drgnęły jej odrobinę, bo tak jakby knuła różne rzeczy apropos Franka i Alice, i swego czasu Cameron dostał od niej bilety do wesołego miasteczka. - Ja po prostu w dowolnej książce byłabym nie bohaterką romansu, a tą przyjaciółką głównej bohaterki, która stoi obok, kiedy główny bohater prosi ją do tańca - rzuciła, trochę żartobliwie (a trochę na poważnie, bo zasadniczo to była prawda: jej charakter, zajęcia i to, jakie dziewczyny kręciły się w pobliżu sprawiały, że tak przedstawiała się sytuacja). Oczy pozostały jednak uważne, bo w tonie Morpheusa pobrzmiewało coś smutnego.
- Hm... - mruknęła. Nie odpowiedziała od razu: zdawała się naprawdę zastanawiać nad odpowiedzią, może szukając właściwych słów, a może próbując postawić się w takiej sytuacji.
Czy ona w ogóle kogokolwiek nienawidziła - poza Voldemortem, śmierciożercami i Borginami, przy czym z tych ostatnich jedynie niektórych i to za czyhanie na życie jej rodziny?
- Postarałabym się zareagować tak, żeby mógł jasno stwierdzić, ponad wszelką wątpliwość: nie jest już w stanie mnie poruszyć, nie ma tu ani miłości, ani nienawiści, jest tylko wspomnieniem, które już nie wywołuje żadnych emocji, cieniem, echem i nic a nic mnie nie obchodzi - stwierdziła w końcu z pewnym namysłem, a potem posłała wujowi promienny uśmiech. - Oczywiście, gdyby chodziło o mnie, bo jeżeli chodzi o ciebie, to bardzo chętnie skopię mu tyłek.
Czy wyłapała ten zaimek? Prawdopodobnie. Ostatecznie była gliną. Ba, możliwe, że zrozumiała nagle, że to może być jeden z powodów, dla których Morpheus nigdy nie znalazł żony - że nie chodziło tylko o poświęcenie się pracy. Czy ją zaskoczył? Czy zdało się jej to odrobinę dziwne? Czy potem miała nad tym wyznaniem myśleć? Być może. Longbottomowie byli jedną z najbardziej postępowych rodzin czystej krwi, ale świat czarodziejski był bardziej konserwatywny niż mugolski, a przecież i w tym nie tak dawno temu takie związki były nielegalne. W ich rodach ważna była kwestia dziedzictwa, i nie bez powodu nikt nie przyznawał się do takich rzeczy głośno.
Ale on był jej wujem, kochała go i przecież nic się nie zmieniło. Nie tak naprawdę.
Nie chciała, by czuł, że ma się czego przed nią wstydzić.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.