Spojrzenie rozanielone umiejscowiła gdzieś w jego obliczu, jakby widziała go po raz pierwszy; istotnie, w jej sercu coś drgnęło nieprzejednanie, jakby miała ten jeden taniec zapamiętać na rozciągłej kanwie życiorysu. Prowadził ją miękko i nienachalnie, a ona – choć znała jedynie podstawy walca – czuła się na rozciągłości jego dotyku niemniej dobrze. Powolny rytm, wybijany przez słodkie słowa i miękkość rozpościerającego się nieboskłonu, gdzieś umykające oczom brylanty gwiazd i przede wszystkim – jej mikra sylwetka i dziewczęca wrażliwość i czystość, która drżała jak liść na wietrze pod każdym muśnięciem palców.
Bo przecież jej osobowość nimfy, wiecznie odzianej w zwiewną biel, o splątanych lokach opadających na ramiona i różanych wargach, które się rozwierały ukazując szczerość uśmiechu, jednała sobie ludzi. Czysta na duszy, niemniej urokliwa, gdy była zafrasowana tudzież rozjaśniona brylantami słodkiego grymasu. Istotnie, była jak ten lepki, późnoletni sok, rozlany gdzieś na blacie, kapiący na panele; jej osobowość była przede wszystkim, w lwiej części oparta na prawdomówności i filarach, które czyniły ją osobą prostoduszną i dobrą.
– Ja? Knuć? Absolutnie nigdy! – zaparła się, po chwili jednak wybuchając salwą urokliwego śmiechu.
– Przyszłam bez partnera – odparła, wzruszając nieznacznie ramionami.
Gdy Yesterday rozbrzmiało w sali, zakołysała się nieznaczenie, przechodząc z ramy sztywnego walca do miękkości powolnego sunięcia po przestrzeni.
– Czym mnie zaskoczysz, Morpheusie? – zabrzmiała filuternie niewinnym pytaniem, podszytym jednak wyrazistymi nutami zaczepności.