21.02.2024, 22:27 ✶
wchodzę, nie ogarniam i panikuję
Spóźniła się.
Jej oficjalną wymówką była praca i żmudne zamówienie, nad którym praca okazała się być dużo bardziej wymagająca, niż początkowo oszacowała.
Nieoficjalną wymówką była zaś popłoch i absolutna panika związana ze zgrozą nadchodzącego wydarzenia, które z jakiegoś powodu zaakceptowała z wyrywającym się z klatki sercem. Miała już dwadzieścia osiem lat i poza sabatami, które uchodziły w jej przekonaniu za wydarzenie niemalże rodzinne, nie uczęszczała na tego typu zabawy. Stroniła od ludzi raczej z przyzwyczajenia i jeśli mogła, unikała większych ugrupowań, zawsze preferując kameralne, znajome zgrupowania. Samotność za każdym razem smakowała i wyglądała w odmienny, poniekąd niezwykły sposób — w ostatnich dniach miała lekki, niezdarny aromat ciekawości zmiękczonej tak jak krem białych chmur rozprowadzonych pod wysklepionym niebem. Nie była gorzka, ani dokuczliwa, ale chyba najwyraźniej oszukiwała samą siebie, twierdząc, iż nie próbowała się otrzepywać z jej ostrych łupin.
Znów przyłapała się na kłamstwie (czyżby podróż do Włoch zaczęła coś w niej zmieniać?). Cóż, na pewno zmieniła jej garderobę, bogatą o kilka nowych, nieznanych jej zwiewnych sukienek, których sama nigdy by nie zakupiła.
Jaka krótka!
Złapała się za głowę, wciągając na siebie jedną z kandydatek, modną, materiałową finezję, w stylu roześmianych, młodych mugolek, które widywała czasem na miejskich bulwarach. Kwiatowa i kolorowa, kojarzyć się mogła jedynie z upalnym latem i zimnym winem, za którym tak dziś tęskniła. Czy Morpheus naprawdę ją w tym widział? Widocznie tak.
Kolczyki? Biżuteria? Co teraz? ponownie złapała się za głowę, uświadamiając sobie, że lata intensywnej przyjaźni z facetem uczyniły z niej kobiecą kalekę i żadne ofiary składane na boskich ołtarzach nie były w stanie tego naprawić. Potrzebowała kobiecej rady, ale na taką było już za późno.
Dlatego też naprawdę się spóźniła.
Nie spodziewała się ujrzeć stodoły, choć krążący wokoło strażnicy, zapewnili ją o trafności lokacji. Weszła do środka na swoich osikowych, chyboczących nóżkach, w duchu przeklinając brak spożycia odpowiedniego rozchodniaczka zamiast rozwodnionego eliksiru uspokajającego.
Buchnęło parą lepiących się już ciał, miękkich oddechów i potu zraszającego kosmykowe niesforności. W pomieszczeniu, gdzie półmrok otulał każdy kąt, a delikatne światło lampionów rzucało ciepłe, migotliwe refleksy na ścianach, poczuła się nieskrępowana zmartwieniami doczesności. Czuła, że musiała odpocząć od nawarstwionej rutyny, od obaw, które jak czerwie zagnieżdżone w poczwarkach zalegały pod jej skórą, napełniając ją nieuchronnym, miarowym wrażeniem dyskomfortu. Czuła, że musiała odpocząć i spróbować zapomnieć – choć zapytana o czym nie byłaby w stanie odpowiedzieć na głos.
Ktoś podszedł z koszyczkiem, ktoś się odezwał, ale nie stać jej było na nic więcej niż machinalny ruch dłoni. Zaabsorbowanym spojrzeniem omiatała salę, wyławiając zaciekawionym okiem kilka znajomych jej twarzy. Och, również i samego roztańczonego Morpheusa.
!prezentgodryka
Spóźniła się.
Jej oficjalną wymówką była praca i żmudne zamówienie, nad którym praca okazała się być dużo bardziej wymagająca, niż początkowo oszacowała.
Nieoficjalną wymówką była zaś popłoch i absolutna panika związana ze zgrozą nadchodzącego wydarzenia, które z jakiegoś powodu zaakceptowała z wyrywającym się z klatki sercem. Miała już dwadzieścia osiem lat i poza sabatami, które uchodziły w jej przekonaniu za wydarzenie niemalże rodzinne, nie uczęszczała na tego typu zabawy. Stroniła od ludzi raczej z przyzwyczajenia i jeśli mogła, unikała większych ugrupowań, zawsze preferując kameralne, znajome zgrupowania. Samotność za każdym razem smakowała i wyglądała w odmienny, poniekąd niezwykły sposób — w ostatnich dniach miała lekki, niezdarny aromat ciekawości zmiękczonej tak jak krem białych chmur rozprowadzonych pod wysklepionym niebem. Nie była gorzka, ani dokuczliwa, ale chyba najwyraźniej oszukiwała samą siebie, twierdząc, iż nie próbowała się otrzepywać z jej ostrych łupin.
Znów przyłapała się na kłamstwie (czyżby podróż do Włoch zaczęła coś w niej zmieniać?). Cóż, na pewno zmieniła jej garderobę, bogatą o kilka nowych, nieznanych jej zwiewnych sukienek, których sama nigdy by nie zakupiła.
Jaka krótka!
Złapała się za głowę, wciągając na siebie jedną z kandydatek, modną, materiałową finezję, w stylu roześmianych, młodych mugolek, które widywała czasem na miejskich bulwarach. Kwiatowa i kolorowa, kojarzyć się mogła jedynie z upalnym latem i zimnym winem, za którym tak dziś tęskniła. Czy Morpheus naprawdę ją w tym widział? Widocznie tak.
Kolczyki? Biżuteria? Co teraz? ponownie złapała się za głowę, uświadamiając sobie, że lata intensywnej przyjaźni z facetem uczyniły z niej kobiecą kalekę i żadne ofiary składane na boskich ołtarzach nie były w stanie tego naprawić. Potrzebowała kobiecej rady, ale na taką było już za późno.
Dlatego też naprawdę się spóźniła.
Nie spodziewała się ujrzeć stodoły, choć krążący wokoło strażnicy, zapewnili ją o trafności lokacji. Weszła do środka na swoich osikowych, chyboczących nóżkach, w duchu przeklinając brak spożycia odpowiedniego rozchodniaczka zamiast rozwodnionego eliksiru uspokajającego.
Buchnęło parą lepiących się już ciał, miękkich oddechów i potu zraszającego kosmykowe niesforności. W pomieszczeniu, gdzie półmrok otulał każdy kąt, a delikatne światło lampionów rzucało ciepłe, migotliwe refleksy na ścianach, poczuła się nieskrępowana zmartwieniami doczesności. Czuła, że musiała odpocząć od nawarstwionej rutyny, od obaw, które jak czerwie zagnieżdżone w poczwarkach zalegały pod jej skórą, napełniając ją nieuchronnym, miarowym wrażeniem dyskomfortu. Czuła, że musiała odpocząć i spróbować zapomnieć – choć zapytana o czym nie byłaby w stanie odpowiedzieć na głos.
Ktoś podszedł z koszyczkiem, ktoś się odezwał, ale nie stać jej było na nic więcej niż machinalny ruch dłoni. Zaabsorbowanym spojrzeniem omiatała salę, wyławiając zaciekawionym okiem kilka znajomych jej twarzy. Och, również i samego roztańczonego Morpheusa.
!prezentgodryka