21.02.2024, 23:01 ✶
Wciąż nie mogłem uwierzyć, że Megajra tak wyrosła. Jak na drożdżach... Nie mogłem się jednak jej wyprzeć, bo wyrastała z niej mała zadymiara. Zupełnie jak Rosie. Jedna drugiej nie mogła się wyprzeć, więc ja ich również nie. Jak lepy na muchy czy coś. Przylegały do mnie i rujnowały mi życie powoli, jednocześnie podtrzymując je w pionie, a z kolei Pers... Ta to była wstrętna królowa ciemności, najbardziej złowieszcza z nich wszystkich. Kosztowała mnie ostatnio nerwów i ja jej tego nie zapomniałem. Nie zapomniałem jej tego, a mimo to wciąż mi ciążyło, że nie mogłem jej oblepiać z każdej strony niczym żywe futro. Nie chciałem jej odstąpić na krok, ale nie chciałem taranować Megarki, ani też jej wykluczać z tego wypadu. Niechybnie skończyłbym marnie, gdyby się dowiedziała, że nie pójdzie wybierać kociołka. Swoją drogą, nie wiem, czyj byl ten pomysł o kociołku dla dzieciaka. Ja w jej wieku napierdalałem kijem pokrzywy. I kumpli. A czasami kumpli pokrzywami. Albo kumplami kumpli. Takie tam podwórkowe zabawy w Podziemnych Ścieżkach. To może bardziej ścieżkowe zabawy. Choć te pokrzywy to pewnie bardziej Nokturn był. Cóż, wciąż byłem w trakcie swojego pierwszego życia, gdyby ktoś pytał.
I zapewne niedługo przy nim pozostanę, bo ci czarodzieje wokół działali mi na nerwy. Trącali moją Megarkę, a to było równie niedozwolone, co trącanie Persephonki. W dupie miałem, że ta druga to świetnie sobie z tymi typami radziła. Sam osobiście powstrzymywałem się ostatkiem cierpliwości, żeby im nie poprzekręcać kręgosłupów, więc moment, kiedy Megarka wzięła mnie za rękę, to jeden z tych drobnych ratunków mojego życia, trzymania go w pionie i takie tam, o czym wspominałem wyżej przy okazji jego rujnowania. Zrujnowany z kolei miał być mój i tak już zrujnowany mieszek. Zapożyczyłem się nieco w Kościanym, więc nie wyglądał znowu tak ubogo. Odkuję się. Niebawem wypłata, a też przejmowałem ten burdel, więc niebawem jego brudne przychody miały być moimi. Szkoda tylko, że Matka non stop tam siedziała i nie szukała sobie innego zajęcia, oprócz wpatrywania się w moją osobę, jakbym był czymś żywym. Właściwie, jakby to było nadzwyczajne, że żyję. Cóż...
- Kociołek jak kociołek. Ważne żeby był kociołkiem, nie? - odezwałem się, pozwalając się pociągnąć w kierunku sklepu. Miło, że Meg już nie stroniła od mojej osoby.
Schyliłem się chyba w ostatniej możliwej chwili aby nie zaryć w futrynę drzwi. Byłby guz jak nic, gdybym tak wbił tam z impetem wściekłego olbrzyma. A te kociołki... Chyba to nieistotne, w jakich będą barwach? Cóż, byłem w tym niemałym ignorantem. Kociołek dla dziecka nie powinien mieć jakichś szczególnych wymagań. Co tam za czary mogą się dziać? Zupa pomidorowa?
- Bym wziął ten mały brązowy... Będzie łatwo ci go nosić - zaproponowałem, wiedząc, że któregoś razu może skończy gdzieś w kącie, więc cena idealna na coś na chwilę. Niebawem Meg zacznie jarać się magicznymi sukienkami i zażyczy sobie magiczny zestaw do szycia, a potem może domek na kurzej stopce. Na co to wszystko. I tak miała tą dziwną Ness - jak na zabawkę wystarczyła?
I zapewne niedługo przy nim pozostanę, bo ci czarodzieje wokół działali mi na nerwy. Trącali moją Megarkę, a to było równie niedozwolone, co trącanie Persephonki. W dupie miałem, że ta druga to świetnie sobie z tymi typami radziła. Sam osobiście powstrzymywałem się ostatkiem cierpliwości, żeby im nie poprzekręcać kręgosłupów, więc moment, kiedy Megarka wzięła mnie za rękę, to jeden z tych drobnych ratunków mojego życia, trzymania go w pionie i takie tam, o czym wspominałem wyżej przy okazji jego rujnowania. Zrujnowany z kolei miał być mój i tak już zrujnowany mieszek. Zapożyczyłem się nieco w Kościanym, więc nie wyglądał znowu tak ubogo. Odkuję się. Niebawem wypłata, a też przejmowałem ten burdel, więc niebawem jego brudne przychody miały być moimi. Szkoda tylko, że Matka non stop tam siedziała i nie szukała sobie innego zajęcia, oprócz wpatrywania się w moją osobę, jakbym był czymś żywym. Właściwie, jakby to było nadzwyczajne, że żyję. Cóż...
- Kociołek jak kociołek. Ważne żeby był kociołkiem, nie? - odezwałem się, pozwalając się pociągnąć w kierunku sklepu. Miło, że Meg już nie stroniła od mojej osoby.
Schyliłem się chyba w ostatniej możliwej chwili aby nie zaryć w futrynę drzwi. Byłby guz jak nic, gdybym tak wbił tam z impetem wściekłego olbrzyma. A te kociołki... Chyba to nieistotne, w jakich będą barwach? Cóż, byłem w tym niemałym ignorantem. Kociołek dla dziecka nie powinien mieć jakichś szczególnych wymagań. Co tam za czary mogą się dziać? Zupa pomidorowa?
- Bym wziął ten mały brązowy... Będzie łatwo ci go nosić - zaproponowałem, wiedząc, że któregoś razu może skończy gdzieś w kącie, więc cena idealna na coś na chwilę. Niebawem Meg zacznie jarać się magicznymi sukienkami i zażyczy sobie magiczny zestaw do szycia, a potem może domek na kurzej stopce. Na co to wszystko. I tak miała tą dziwną Ness - jak na zabawkę wystarczyła?