Ten, kto nie przekraczał granic – nic nie osiągał. Ten, kto nie próbował, nie dostawał tego, czego pragnął. Ten, kto próbował też niekoniecznie, natomiast czasami po prostu trzeba było dopomóc szczęściu, popchnąć sprawę do przodu, zrobić ten krok dalej. Śmiało. Nie koniecznie robić cały rozbieg i wbiegać szarżą, taranując wszystko wokół, razem z osobą, do której chciało się dostać, ale ten krok… Zawsze go można było cofnąć, bo krok, delikatny, nie zrywał tego cienkiego sznurka wyznaczającego granicę. Bieg – owszem. Ale krok… Ten wykalkulowany kroczek tancerza był wystarczający, nawet jeśli miałby tasiemkę naciągnąć, naprężyć… Ale to, co zrobił Laurent, niczego nie zerwało, niczego nie zarysowało. Nie popełnił żadnego błędu i nie dostał po łapach za ten dotyk. Błędów nie popełniał tylko ten, kto nic nie robił, a chyba nie taką osobą był panicz Prewett? Nie jawił się w głowie Guinevere jako ktoś, kto siedzi bezczynnie i czeka na zbawienie, albo na to, by wszystko przyszło do niego samo. Opowiadał jej przecież trochę o swoim rezerwacie, o pracy, jaką w niego włożył, zafascynował ją wtedy – te kilka lat temu i fascynował ją też teraz. Lubiła na niego patrzeć, bo był jej dokładnym przeciwieństwem; niebieskooki (niebiańskooki?), blondwłosy, jakby w tej swojej pozornie niedbałej i jednocześnie wypielęgnowanej czuprynie złapał i zachował blask gwiazd i drobne uśmiechy słońca. Zawsze podobali jej się blondyni i tutaj było nie inaczej. Nie była jednak typem zdobywcy, kimś, kto idzie po trupach wszędzie tam, gdzie jest to, co jej się podoba i czego by chciała. Nie była osobą, która szuka jedynie jednorazowej zabawy – choć nie było jej to obce. Laurent nie był zbiorem jej kolekcji, zdobyty, zapomniany, bo nie w ten sposób kategoryzowała ludzi. Mogła dać się pokochać i mogła spróbować tego samego, gdyby tylko ktoś tego chciał. I gdyby chciała tego ona. Teraz jednak się uśmiechała, nie myśląc o tym co było i gdzie nastąpiło to nieuniknione cięcie, skoro w tamtym czasie żyli tak daleko od siebie, że żadnemu nawet przez myśl nie przeszło, by można było to powtórzyć… A można było? Delikatne błyski w oczach McGonagall nie mówiły nie, wręcz zachęcały do zrobienia kroku w przód, rozluźnienia się, zatracenia… Do otworzenia. Bo Ginewra była otwarta; tak na doznania, jak i na słowa; na pytania, które widziała gdzieś na krańcach rzęs Laurenta, choć nigdy nie zadał ich na głos, jakby bał się odpowiedzi. Czego tu jednak było się bać? Przecież nie gryzła… chyba że by chciał.
– Wszystkiego i tak nie da się przewidzieć – odpowiedziała spokojnie. – Nie ma więc powodu, by próbować wyśnić każdą możliwą opcję, bo rezultat i tak pewnie nas zaskoczy – zmrużyła oczy w rozbawieniu, bo wiedziała doskonale, że teraz Laurent obracał to w żart. Nie było się co spinać, ona te zrobiła z tego żarcik, nawet jeśli to, co powiedziała, miało jakieś drugie dno. Ale absolutnie nie chciała Laurentowi psuć nastroju, skoro już udało jej się złapać jego pełną uwagę i okręcić go wokół swoich długich paluszków tak bardzo, że teraz uśmiechał się szczerze i promieniował takim wewnętrznym szczęściem. Zupełnie inaczej, niż jak tutaj przyszedł Wyglądał, jakby z barków spadł mu jakiś ciężar i mógł się w końcu wyprostować; jakby mógł w końcu odetchnąć pełną piersią. Zwracała na niego uwagę, bo miał jej pełna atencję – tylko on, tutaj, teraz, nikogo więcej. Nic więc dziwnego, że zauważyła jego przyzwyczajenie, pewnie jedno z wielu. Uśmiechnęła się, unosząc leniwie kąciki ust. – Bardzo jestem ciekawa, co mógłbyś mi o Uagadou opowiedzieć – ach, oczywiście, że pociągnął ją za słówko, ale to nie mogło zostać bez odpowiedzi! Musiał dostać za to… klapsa. Delikatniutkiego. Ale prawda jest taka, że była ciekawa, jak wyobrażał sobie Uagadou. – O Hogwarcie twoimi oczami – nie interesowały ją historie, które miała na wyciągnięcie ręki. Nasłuchała się od ojca, dziadka, babci, siostry dziadka i innych ciotek i wujków. Od Cathala, Lety, Nell… Nie. Chciała wiedzieć, co myślał Laurent. Co widział, co czuł. Na co zwracał uwagę. Nie opowiastki, jakie mogła wyczytać w książkach historycznych. Chciała posłuchać jego. I tylko jego. – Chcę zobaczyć kawałek twojej duszy – powiedziała znacznie ciszej, w leciuteńkiej zadumie… i na koniec uniosła wzrok, by spojrzeć w te piękne, niebieskie oczy. Może pozwoliła sobie na zbyt wiele… Ale czasami nie potrafiła się ugryźć w język. A czasami nawet nie chciała.
– Lot to znacznie przyjemniejsza podróż, niż kilka godzin z rozwrzeszczanymi dzieciakami – powiedziała w końcu, po usłyszeniu tych kilku zdań od Laurenta, a sama aż machnęła dłonią, jakby odganiała się od jakiejś irytującej muchy. – Gdzie tam obdarta. Było o czym rozmawiać w szkole, w pokojach, albo na przerwach. Nie trzeba było sobie wszystkiego poopowiadać po drodze do szkoły, żeby potem móc obgadywać tylko rzeczy związane ze szkołą – ona o tym nie fantazjowała, bo jakoś zupełnie nie leżało to w jej polu jakichkolwiek marzeń. Ale mieli inne doświadczenia, te odległości i inne sposoby podróżowania robiły swoje. – Słodycze przemycaliśmy do szkoły, wtedy było zabawniej – niż dostać wszystko na tacy w pociągu. Czy w życiu też tak nie było? Że jeśli trochę się nad czymś postarasz, nie dostaniesz wszystkiego od razu, to i przychodzi ci na to większa ochota i satysfakcja?