21.02.2024, 23:43 ✶
Szambo pieprznęło i to srogo, ale o tym za chwilę. Chwilowo zastanawiałem się, co jej odpyskować na moje koczowanie na wycieraczce. Chyba ty nie wchodziło w drogę, a chwalić się moimi ekscesami seksualnymi z nią nie zamierzałem, bo jeszcze pękłaby z zazdrości. Niedoruchane laski to już tak miały, że się gotowały z byle powodu, dla samego wybuchnięcia. Wtedy im się robiło lżej. Ale tylko trochę lżej. Potem doprowadzały się do kolejnego wybuchu. Taka właśnie była Ambrosia.
Tylko że przegięła tym darciem mordy na starszego i mądrzejszego brata, ale jeszcze bardziej przegięła Persephona, nie mówiąc mi o jakimś bękarcie. Ani słowem. Dowiadywałem się tu i teraz od Ambrosi, o ile ta jebana nie blefowała by mnie tylko podkurwić, ale wtedy nie ukrywałaby słowa synem wśród całej masy hałastry swojej z jej ust płynącej rzeką wartką ognistą i inne ceregiele. Aż mi się wszystko cofnęło, wszelkie myślenie i miałem pustkę pod kopułą. Można było tam przez chwilę umieścić Komnatę Nicości w ramach Departamentu Tajemnic, ale to minęło w ułamku sekundy, bo zaraz zalała mnie fala dyskomfortu i wściekłości czerwonej niczym same ognie piekielne.
Pieprznąłem wszystko na stół, co trzymałem i wstałem tak gwałtownie, że niemalże go wywróciłem. Ale na pewno trochę przesunąłem.
- JAKIM. DO KURWY NĘDZY. SYNEM!? - zapytałem, dopadając do Rosie i odruchowo łapiąc ją za szyję. Nie podobało mi się cholernie to, co mówiła. I jakby nie patrzeć, zawsze posłańcowi złych nowin obrywało się najbardziej. Więc... mogła się dusić, w dupie to miałem, byleby mi odpowiedziała tu i teraz. JAKIM. DO KURWY NĘDZY. SYNEM!? - JAKIM. DO KURWY NEDZY. SYNEM!? - powtórzyłem ponownie. Ledwo. Dusiłem się tym. Wszystko we mnie drżało. Miałem, kurwa, nadzieję, że to były jakieś jebane żarty, jakieś omsknięcie, głupi dowcip albo cokolwiek.
- W co za gierki pogrywasz, Ambrosia. Się zaraz sparzysz porządnie... Nie bawią mnie te żarty, jaja jakieś niedowcipne wcale. Wiesz, że dobre imię Persephony jest dla mnie najważniejsze. Zginiesz marnie pewnego razu - stwierdziłem z jadem, popychając ją na najbliższą szafkę. Złapałem się za głowę, bo nie brałem pod uwagę tego, że przez te miesiące, co mnie nie było, Persephona mogłaby się oddać w ręce innego, ale co... jeśli jednak tak? O kurwa, nie ręczyłem za siebie.
- GDZIE JEST MOJA JEBANA RÓŻDŻKA?! - zapytałem Rose, zostawiając ją samą sobie, a właściwie to się odwracając od niej plecami. Potrzebowałem zebrać ubrania, ubrać się i iść. Iść zrobić piekło. Tak, iść. Zacząłem to wszystko realizować chaotycznie, ale w dobrą stronę, jeśli chodziło o realizację ubrania mojego zadka w coś wyjściowego.
Tylko że przegięła tym darciem mordy na starszego i mądrzejszego brata, ale jeszcze bardziej przegięła Persephona, nie mówiąc mi o jakimś bękarcie. Ani słowem. Dowiadywałem się tu i teraz od Ambrosi, o ile ta jebana nie blefowała by mnie tylko podkurwić, ale wtedy nie ukrywałaby słowa synem wśród całej masy hałastry swojej z jej ust płynącej rzeką wartką ognistą i inne ceregiele. Aż mi się wszystko cofnęło, wszelkie myślenie i miałem pustkę pod kopułą. Można było tam przez chwilę umieścić Komnatę Nicości w ramach Departamentu Tajemnic, ale to minęło w ułamku sekundy, bo zaraz zalała mnie fala dyskomfortu i wściekłości czerwonej niczym same ognie piekielne.
Pieprznąłem wszystko na stół, co trzymałem i wstałem tak gwałtownie, że niemalże go wywróciłem. Ale na pewno trochę przesunąłem.
- JAKIM. DO KURWY NĘDZY. SYNEM!? - zapytałem, dopadając do Rosie i odruchowo łapiąc ją za szyję. Nie podobało mi się cholernie to, co mówiła. I jakby nie patrzeć, zawsze posłańcowi złych nowin obrywało się najbardziej. Więc... mogła się dusić, w dupie to miałem, byleby mi odpowiedziała tu i teraz. JAKIM. DO KURWY NĘDZY. SYNEM!? - JAKIM. DO KURWY NEDZY. SYNEM!? - powtórzyłem ponownie. Ledwo. Dusiłem się tym. Wszystko we mnie drżało. Miałem, kurwa, nadzieję, że to były jakieś jebane żarty, jakieś omsknięcie, głupi dowcip albo cokolwiek.
- W co za gierki pogrywasz, Ambrosia. Się zaraz sparzysz porządnie... Nie bawią mnie te żarty, jaja jakieś niedowcipne wcale. Wiesz, że dobre imię Persephony jest dla mnie najważniejsze. Zginiesz marnie pewnego razu - stwierdziłem z jadem, popychając ją na najbliższą szafkę. Złapałem się za głowę, bo nie brałem pod uwagę tego, że przez te miesiące, co mnie nie było, Persephona mogłaby się oddać w ręce innego, ale co... jeśli jednak tak? O kurwa, nie ręczyłem za siebie.
- GDZIE JEST MOJA JEBANA RÓŻDŻKA?! - zapytałem Rose, zostawiając ją samą sobie, a właściwie to się odwracając od niej plecami. Potrzebowałem zebrać ubrania, ubrać się i iść. Iść zrobić piekło. Tak, iść. Zacząłem to wszystko realizować chaotycznie, ale w dobrą stronę, jeśli chodziło o realizację ubrania mojego zadka w coś wyjściowego.