22.02.2024, 05:10 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 22.02.2024, 06:41 przez Ambrosia McKinnon.)
Mógł tylko zapytać, a wtedy Rosie z ochotą zdradziłaby mu wszelkie tajemnice Hogwartu i okolic. Chociaż prawdę powiedziawszy, to może powinna mu polecić adres korespondencyjny do Alexandra, bo to on był tutaj specjalistą od uwodzenia dziewczyn podczas szkolnych czasów. Jeśli Stanleyowi zależało na dziewczynie ładnej, ale nie takiej która na każde jego głupkowate pomysły wywracała oczami, krzywiła się, biła go, albo specjalnie na złość, dawała buziaki innym, akurat kiedy patrzył, to chyba nie powinien przyjmować akurat jej rad.
- Oh - rzuciła, wpatrując się w niego z ogórkiem przytknięty do buzi, bo właśnie go sobie odgryzała. Zwyczajnie nie spodziewała się, że przy przypadkowej rozmowie nad wódką może zapędzić się na tego typu tematy. Nie była co prawda pewna jakie miała z tego wyciągnąć wnioski odnośnie genezy tego całego zamieszania z jego nazwiskiem, ale wchodzenie na grząskie grunty nie było tutaj jej zamiarem. - Przepraszam, to nie moja sprawa - podsumowała niby to gładko, a trochę się przy tym rumieniąc, bo przecież nie chciała robić u przykrości. Szybko jednak przeskoczyła nad tym zakłopotaniem. - Oczywiście - zapewniła go pewnym siebie głosem. - Mogę ci wysłać jakąś ładną. Taką, żeby ci wszyscy zazdrościli. Ze szminką na kopercie - zachichotała, wyraźnie zadowolona ze swojego pomysłu. Bo wysłanie liściku to akurat nie była dla niej żaden problem.
Powiedzieć, że Rosie była dorosła to... dla niej samej trochę dziwna rzecz. Oczywiście, za taką się uważała, ale było to przekonanie i pewność siebie osoby, która lata młodzieńcze spędziła z utęsknieniem wyglądając dnia, kiedy skończy się szkoła i będzie można ruszyć na podbój świata. Bo pomimo faktu, że Hogwart skończyła już jakiś czas temu, były w niej bardzo duże pokłady zwyczajnej dziewczęcości, którą wręcz emanowała. Śmiała się w ten radosny, szczery sposób, o wiele częściej niż przychodziło jej robić w ten zupełnie dojrzały lub wyliczony co do joty i dostosowany do sytuacji. Promieniała, kiedy posyłała mu psotne uśmieszki znad zagryzanych ogórków czy przechylanych kieliszków wódki. Ale prawda była taka, że posiadała pewien komfort życia, który pozwalał jej nie zachowywać się w ten sztywny, poważny sposób. No i co najważniejsze, była zakochana. A miłość podobno zmieniała ludzi.
Pewnie gdyby przyszło mu zobaczyć ją na szkolnych korytarzach, kiedy ponuro snuła się po nich, unikając niektórych miejsc i konkretnych ludzi, spojrzałby na nią inaczej. O ile w ogóle, bo Ambrosia dość szybko podłapała, że jeśli zachowywało się w konkretny sposób, to ludzie zwracali na ciebie mniejszą uwagę. Dopiero kiedy zaczęła przyjaźnić się z Alexandrem, nabrała pewnej pewności siebie, a może na swój sposób poczuła, że wymierzane w nią niesprawiedliwości nie pozostaną bezkarne. Jeśli ktoś ją wytykał palcami, dostawał w zęby i ta prawda szybko stała się przestrogą.
Jeśli miałaby natomiast wytypować, kogo miałaby bać się bardziej, to po zastanowieniu wskazałaby chyba Umbriela. Hades był agresywny i brutalny, ale jego wybuchy dotykały ciała. Pozostawiały siniaki, które znikały szybko. Umbriel natomiast... on dotykał umysłu, a to sprawiało że czuła się niepewnie. Jego melodie napełniały nastrojem, często zupełnie niezgodnym z tym, co tliło się w człowieku jeszcze chwilę wcześniej, a Rosie nienawidziła wszystkiego co mieszało w głowie.
- Zgaduję, że tak - pokiwała głową, chociaż nie wyglądał przecież aż tak młodo. A może się myliła? - Słowo! - położyła rękę na sercu w geście przysięgi. - Jakoś tak wyszło - wzruszyła ramionami, nieszczególnie teraz nad tym bolejąc i uśmiechając się do niego, rozbawiona jego reakcją. A potem już roześmiała się w głos, kiedy zaproponował jej powrót do szkolnej ławki. - Przepraszam, doceniam twoją ofertę, ale obawiam się że jest to niemożliwe. Nie słyszałam jeszcze o ani jednym takim przypadku. A Slytherin to też fajny dom, co tylko też potwierdza, że umiesz myśleć, a nie lecisz jak w dym, jak na przykład tacy Gryfoni. - chociaż szczerze, to personalnie nie miała nic do nikogo na podstawie przynależności do domu.
- Na czwarty? - uniosła lekko brwi w jakimś rozczulonym wyrazie. - Gdyby to chociaż było możliwe, to mogłabym się zastanowić, a tak... - rozłożyła bezradnie ręce. - Ale jestem pewna, że znajdziesz sobie jakieś inne, równie urocze koleżanki co ja - pokiwała głową. - Powiem więcej, nawet dam ci coś na szczęście, żeby się spełniło - zakomunikowała, a potem uniosła się z miejsca, nachylając na moment w jego stronę i jak ujęła jego twarz w dłonie i ucałowała go w policzek. Zaraz też zachichotała i cofnęła się na swoje miejsce, wyraźnie z siebie dumna. Przez chwilę jeszcze mu się przyglądała, ale zaraz zmarszczyła brwi, jakby się na czymś łapiąc i zaczęła coś liczyć na palcach, nawet się z ty nie kryjąc. - Wiesz co... jak tak sobie liczę... to chodziliśmy do Hogwartu w tym samym czasie. Jak byłam na siódmym, to ty na pierwszym... Co tylko potwierdza moje słowa, że nie byłam popularna. Inaczej być na pewno o mnie usłyszał! - rzuciła, absolutnie przekonana o swojej racji i równie tym faktem rozbawiona.
- Oh - rzuciła, wpatrując się w niego z ogórkiem przytknięty do buzi, bo właśnie go sobie odgryzała. Zwyczajnie nie spodziewała się, że przy przypadkowej rozmowie nad wódką może zapędzić się na tego typu tematy. Nie była co prawda pewna jakie miała z tego wyciągnąć wnioski odnośnie genezy tego całego zamieszania z jego nazwiskiem, ale wchodzenie na grząskie grunty nie było tutaj jej zamiarem. - Przepraszam, to nie moja sprawa - podsumowała niby to gładko, a trochę się przy tym rumieniąc, bo przecież nie chciała robić u przykrości. Szybko jednak przeskoczyła nad tym zakłopotaniem. - Oczywiście - zapewniła go pewnym siebie głosem. - Mogę ci wysłać jakąś ładną. Taką, żeby ci wszyscy zazdrościli. Ze szminką na kopercie - zachichotała, wyraźnie zadowolona ze swojego pomysłu. Bo wysłanie liściku to akurat nie była dla niej żaden problem.
Powiedzieć, że Rosie była dorosła to... dla niej samej trochę dziwna rzecz. Oczywiście, za taką się uważała, ale było to przekonanie i pewność siebie osoby, która lata młodzieńcze spędziła z utęsknieniem wyglądając dnia, kiedy skończy się szkoła i będzie można ruszyć na podbój świata. Bo pomimo faktu, że Hogwart skończyła już jakiś czas temu, były w niej bardzo duże pokłady zwyczajnej dziewczęcości, którą wręcz emanowała. Śmiała się w ten radosny, szczery sposób, o wiele częściej niż przychodziło jej robić w ten zupełnie dojrzały lub wyliczony co do joty i dostosowany do sytuacji. Promieniała, kiedy posyłała mu psotne uśmieszki znad zagryzanych ogórków czy przechylanych kieliszków wódki. Ale prawda była taka, że posiadała pewien komfort życia, który pozwalał jej nie zachowywać się w ten sztywny, poważny sposób. No i co najważniejsze, była zakochana. A miłość podobno zmieniała ludzi.
Pewnie gdyby przyszło mu zobaczyć ją na szkolnych korytarzach, kiedy ponuro snuła się po nich, unikając niektórych miejsc i konkretnych ludzi, spojrzałby na nią inaczej. O ile w ogóle, bo Ambrosia dość szybko podłapała, że jeśli zachowywało się w konkretny sposób, to ludzie zwracali na ciebie mniejszą uwagę. Dopiero kiedy zaczęła przyjaźnić się z Alexandrem, nabrała pewnej pewności siebie, a może na swój sposób poczuła, że wymierzane w nią niesprawiedliwości nie pozostaną bezkarne. Jeśli ktoś ją wytykał palcami, dostawał w zęby i ta prawda szybko stała się przestrogą.
Jeśli miałaby natomiast wytypować, kogo miałaby bać się bardziej, to po zastanowieniu wskazałaby chyba Umbriela. Hades był agresywny i brutalny, ale jego wybuchy dotykały ciała. Pozostawiały siniaki, które znikały szybko. Umbriel natomiast... on dotykał umysłu, a to sprawiało że czuła się niepewnie. Jego melodie napełniały nastrojem, często zupełnie niezgodnym z tym, co tliło się w człowieku jeszcze chwilę wcześniej, a Rosie nienawidziła wszystkiego co mieszało w głowie.
- Zgaduję, że tak - pokiwała głową, chociaż nie wyglądał przecież aż tak młodo. A może się myliła? - Słowo! - położyła rękę na sercu w geście przysięgi. - Jakoś tak wyszło - wzruszyła ramionami, nieszczególnie teraz nad tym bolejąc i uśmiechając się do niego, rozbawiona jego reakcją. A potem już roześmiała się w głos, kiedy zaproponował jej powrót do szkolnej ławki. - Przepraszam, doceniam twoją ofertę, ale obawiam się że jest to niemożliwe. Nie słyszałam jeszcze o ani jednym takim przypadku. A Slytherin to też fajny dom, co tylko też potwierdza, że umiesz myśleć, a nie lecisz jak w dym, jak na przykład tacy Gryfoni. - chociaż szczerze, to personalnie nie miała nic do nikogo na podstawie przynależności do domu.
- Na czwarty? - uniosła lekko brwi w jakimś rozczulonym wyrazie. - Gdyby to chociaż było możliwe, to mogłabym się zastanowić, a tak... - rozłożyła bezradnie ręce. - Ale jestem pewna, że znajdziesz sobie jakieś inne, równie urocze koleżanki co ja - pokiwała głową. - Powiem więcej, nawet dam ci coś na szczęście, żeby się spełniło - zakomunikowała, a potem uniosła się z miejsca, nachylając na moment w jego stronę i jak ujęła jego twarz w dłonie i ucałowała go w policzek. Zaraz też zachichotała i cofnęła się na swoje miejsce, wyraźnie z siebie dumna. Przez chwilę jeszcze mu się przyglądała, ale zaraz zmarszczyła brwi, jakby się na czymś łapiąc i zaczęła coś liczyć na palcach, nawet się z ty nie kryjąc. - Wiesz co... jak tak sobie liczę... to chodziliśmy do Hogwartu w tym samym czasie. Jak byłam na siódmym, to ty na pierwszym... Co tylko potwierdza moje słowa, że nie byłam popularna. Inaczej być na pewno o mnie usłyszał! - rzuciła, absolutnie przekonana o swojej racji i równie tym faktem rozbawiona.
she was a gentle
sort of horror
sort of horror