Dźwięk dzwonka naruszył spokój i ciszę domostwa Enfera, rozlegając się u drzwi uporczywym dzwonieniem. Zanim Neil dotarł do drzwi, będąc już w połowie, usłyszał bardzo znajomy głos Morpheusa, podszyty rozbawieniem, jakby na dźwięk kroków w korytarzyku, chociaż równie dobrze mogło to być jasnowidzenie Longbottoma, który wiedział, kiedy jego kochanek podejdzie do drzwi.
— To Morpheus. Nie przestrasz się, jak otworzysz drzwi.
Niewymowny nadal miał na sobie bardziej służbowe, ze swoich ubrań, nadal czarne i matowe, dodające mu lat i powagi, zresztą właśnie powrócił z pracy. Powinien był teleportować się wprost do Munga i zostać wysłany do klątwołamaczy, jednakże efekt przekleństwa, które go trafiło, tak mu się spodobał, że postanowił pozostawić go jeszcze chwilę, zwłaszcza że okazał się całkowicie nieszkodliwym. W tym momencie Morpheus wyglądał chorobliwie blado, przynajmniej na pierwszy rzut oka, bowiem przy bliższym spojrzeniu, skóra mężczyzny wyglądała jak porcelanowa emalia, a po szyi wspinał się, niczym tatuaż, błękitny malunek, jak z zastawy stołowej, który zdawał się poruszać, roślina rozkwitała, coraz bardziej rozwijając się na szczękę oraz policzek jasnowidza.
Został zainfekowany magią, która zmieniała pigment w jego skórze, powodując wizualną iluzję, podczas dość rutynowej sprawy dla Departamentu Tajemnic. Zabezpieczał zwój z panią Rookwood, który czynił niebywałe szkody w nabywcach (oraz reputacji domu aukcyjnego, do którego należał i do którego zwracano przedmiot z agresywnymi żądaniami odszkodowania). Na całe szczęście dla czarodzieja, skończyło się klątwą wizualną, a nie złamaną nogą.
Morpheus przyniósł ze sobą typowy miejski zapach lata, który przylgnął mu do ubrania. Gofry z Pokątnej, ich tłusta lepkość z pudrową posypką, warstewka potu na skórze od gorąca, pewnego rodzaju nostalgia za czasami szkolnymi, która plątała się gdzieś w połach płaszcza, jak kurz ulic, które łaknęły deszczu.
—Miałem mały, nieszkodliwy wypadek przy pracy — wyjaśnił, jak zwykle nie wyjaśniając kompletnie niczego. Jego skóra zmieniła się płynnie w całkowity błękit, trwając niby w bezruchu, ale zachęcając do dotyku, bo dawała wrażenie aksamitu. Pod rękoma jednak jego skóra była zupełnie normalna.