Tak pięknie zatańczyła dla niego, gdy ucisnął tam, gdzie chciał. Jak tancereczka z porcelany, która nie tęskni, nie marzy, jedynie kręci się dookoła własnej osi do melodii nakręcanej pozytywki. Nie dbał o to, czy zabije w niej małe, porcelanowe serduszko. Jego własne zostało skruszone dawno temu i nie potrzebował niczego, co przypomina zdrową relację. Jemu chodziło tylko o ten płomień, a jeśli nie mógł go mieć metaforycznie, chciał namacalnie.
— Emocje nie są logicznymi decyzjami, Loretto — odpowiedział, z paskudnym uśmieszkiem wyższości, pasującym bardziej do momentu, gdy kobiety klękają przed mężczyznami, niż zalążków jej złości. Złapał zapalniczkę, ale zamiast zapalić obrazy, najpierw odpalił swojego papierosa. Odsłonił gardziel, jakby zapraszając ją do ataku, gdy zaciągał się dymem i wtedy dopiero wstał. Jego kroki w wypolerowanych lakierkach i szmer drapowanej na ramieniu granatowej szaty, ciągnącej się nieco po podłodze wybrzmiewały niemal jak dzwony, ogłaszające procesję pogrzebową. Podszedł do półki, na której umieszczono przybory malarskie, cały czas z papierosem w ustach i zapalniczką w dłoni.
Młoda Lestrange musiała nauczyć się, że w krwi Longbottomów krążyła brawura. Nawet jeśli mężczyzna był zdecydowanie synem swojej matki, Krukonem z czeluści Departamentu Tajemnic, to nadal pozostawał również dzieckiem swojego ojca, a oni nie porzucali rzuconych im rękawic. Pooglądał butelki, szukając medium do rozcieńczania farb. Czytał nalepki. Nie był szczególnie utalentowanym twórcą eliksirów, ale teorię miał w małym paluszku, przynajmniej tę szkolną część. To mu wystarczyło. Wyjął butelkę z acetonem z jej miejsca, otworzył. Długo się zastanawiał nad wyborem płótna i oczywiście, oszukiwał, wybierając to, które podpowiadało mu jasnowidzenie, dające największą reakcję ze wszystkich nitek prawdopodobieństwa.
Odwrócił gwałtownie butelkę, rozlewając przezroczystą zawartość na dzieło, ochlapując przy tym swój rękaw i część szaty. Rzucił na swoją artystyczną ekspresję papierosa, powodując zapłon, który zajął nie tylko płótno, ale i część jego samego. Opary płonęły, ale za chwilę miały dotrzeć do innego paliwa, a on wyglądał, jakby planował spłonąć razem z pracownią.