Mechaniczny ul zawrzał.
Zrobiło się jeszcze głośniej, gdy metalowe czułka wysyłały wiadomości między sobą, zgrzyt obcych głosów, zbyt wielu chropowatych, zardzewiałych mechanizmów. Grupa gołębi zerwała się z dachu w ogromnej chmarze miejskiego sierocińca, osamotnionych i porzuconych przez ludzi ptaków, gdy ich rolę przejęły bardziej uniwersalne sowy. Gładko tylko rozwijało się kwiecie, wyrastały kolejne źdźbła traw spomiędzy bruku, a przyspieszone przywracanie świata do natury kruszyło tynki i wynikało w zaprawę między cegłami. Kwietny kokon otulał Samuela, niczym ramiona matki, a duszność oczyszczona tysiącami chlorofilowych filtrów, łagodziła dziwne objawy halucynogenne. Kwiaty kwitły, a ludzie panikowali.
Jakaś kobieta zabrała swoje dziecko, podnosząc je w ramiona i uciekając w popłochu przed tym, co powinno być codzienne, naturalne, przed zielenią rozlewającą się dookoła nastoletniego chłopca. Nowe płuca Londynu, malutka iskierka tak na prawdę, przerażała bardziej, niż mrok Nokturnu oraz kryjących się pod nimi ścieżek.
A jednak zbierali się ciekawscy, pośród zacieśniających się uliczek, pośród majaków wyrósł szpaler gapiów, z nakręconymi sercami, które nie czują już nic od dawna oprócz uporczywego przymusu poruszania się do przodu, nowsze modele bardziej z tytułu, w kolorach udających dzikie ptactwo w okresie godowym, bardziej subtelnie, jakby przystanęli poprawić poluzowaną śróbkę w nadgarstku, a nie przyglądać się pierwszemu dziecku z ciała, krwi i kości. Bliżej zaś bardziej nachalne modele, przeciętne. Zbyt ciekawe. Ktoś odciągał przerażonego szerszenia, gdy macki roślin oplotły jedni z jego trzeszczących odnóży.
Gulgoczący potwór pojawił się przed ostoją zieleni. Zaklęcie i część zniknęła, uwalniając szerszenia.
— Bry... Żenio. Terstwa... — przerywanym, metaliczny głos zaanonsował i zaczął rzucać destrukcyjne zaklęcia na powstałą anomalię. Kroczek po kroczku smoła, beton, bruk, wracały na swoje miejsca, niszcząc wszystko, co piękne, miękkie i naturalne. Zieleń przegrywała z mocą mecha odzianego w fioletowy płaszcz zagłady. Wielki, przerażający stróż ludzkiego prawa, mający za nic zgniatane pod ciężkimi buciorami stokrotki.
Sam! Sam! Samuel!
Jak paznokcie tnące po ścianie, znajomy głos próbował przebić się przez pożogę rozkwitu oraz mamiące opary. Jakaś postać, ni to kobieta, nie to ptak, o szponach i skrzydłach, białej sukni z piór, z dziobem ale twarzą, znaną twarzą z jedyna prawdziwa osoba, nie mechaniczna, przepychała się do przodu zbiorowiska, zaczepiając lotki i zostawiając puch na osobach dookoła. Jej koloryt został zbrukany przez smołę i potargany metalowymi częściami, ale jak natura, nadal trwała. Zawsze zwycięska, ponad wszelkimi przeciwnościami. Przerażeni rozlało się po ptasiejtwarzy, jeszcze większe, niż dotychczas, ale prędko zmieniło się w chłodną maskę determinacji.
— To mój syn! Proszę nie robić mu krzywdy! — Sokole szpony dotarły do nieukończonego kokonu i zaczęły go rozszarpywać, aby uwolnić jasnowłosą główkę i silne, chłopięce ciało od duchoty parnego listowia, które samo zaczęło zatruwać swojego żywiciela i twórcę. Wyciągnęła go znajomym gestem pobudki, gdy należało wstać, aby zebrać o świcie ziela do eliksirów, a noc jeszcze się czerniła. Ten stanowczy ruch, pełen miłości, ale też rozkazu pobudki. Już kobieca dłoń przetarła czoło młodzika, odsuwając z twarzy grzywkę.
— Sam, Sam, mów do mnie. Co się stało. — pytała, ale w gruncie rzeczy nie potrzebowała odpowiedzi, bo już ją miała. Jej syn nie mógł iść do Hogwartu przez klątwę. Mieli wymówkę. Nic nie musiało się zmieniać. — Musimy biec kochanie, proszę, mów do mnie.