03.12.2022, 15:02 ✶
Dla Dolohova nie było to w żadnym stopniu zabawne. Wręcz przeciwnie: gdyby tylko przyszło im poznać się wcześniej, ktoś taki jak pani Bulstrode skojarzyłby mu się od razu ze skupieniem na teraźniejszości. Na tym, co było tu i teraz. Nie na tym, co będzie jutro. W jej życiu, w jego przynajmniej mniemaniu, brakło przecież miejsca na nudę i rutynę, po cóż więc miałaby zaglądać tam, gdzie znajdują się rzeczy niezbadane i niepewne? Odpowiedzią na to pytanie, powodem zawitania do Praw Czasu, okazało się ziarno strachu i niepewności. Sam Vasilij nie doświadczył żadnej wizji związanej z wiosną, a przynajmniej tak mu się wydawało. Piętnaście minut przed przybyciem Florence na Aleję Horyzontalną, pił kolejną już dzisiaj herbatę, żeby raz jeszcze spojrzeć na dno filiżanki i nie zobaczyć tam absolutnie nic. Fusy, porozrzucane niedbale po dnie filiżanki, były dla niego gorszą wizją niż sam Ponurak - nie miał pojęcia, co przedstawiały i dlaczego nie potrafiły ułożyć się w konkretną formę, skoro od trzydziestu lat robiły to codziennie i wróżby sprawdzały się za każdym razem.
Coś było nie tak. Co?
Coś musiało być. Wszechświat nigdy jeszcze nie pozostawił go w takiej niepewności. Nie lubił gdybać, nie omieszkał więc skwitować kolejnego nieudanego odczytu symbolu z herbaty głośnym parsknięciem, które musiało być słyszane w sąsiadującym pomieszczeniu, bo jego asystent przestał pisać na maszynie. Zdezorientowany i sfrustrowany, machnął różdżką i odesłał brudną filiżankę wraz ze spodeczkiem do zlewu. Mimo narastającej w jego wnętrzu irytacji był gotowy na przyjęcie panny Bulstrode. Wysprzątany, pachnący gabinet czekał na przyjęcie w nim nowego gościa. Kogoś, kogo Vakel nie znał, a więc czuł nim silne zaciekawienie - stałych klientów znał już przecież od podszewki. Florence zaś miała być świeżym narybkiem. Mogła przynieść mu nowe, wspaniałe historie i perspektywy.
Kiedy Florence weszła do środka, powitał ją wspomniany wcześniej asystent, w akompaniamencie przepychu godnego rodziny Dolohov. Siedzący przy wielkim, ciężkim biurku, przedstawił się i wskazał drzwi po swojej prawej stronie. „Florence Bulstrode, prawda?” Zapytał, chociaż ewidentnie znał już odpowiedź, bo wystarczyło ledwie spojrzenie, aby dodał: „Pan Dolohov czeka w swoim gabinecie”.
I faktycznie - kiedy tylko nacisnęła na klamkę i zajrzała do środka, dojrzała Dolohova, siedzącego za jeszcze pokaźniejszym biurkiem, mając za sobą ścianę pełną przedziwnych zegarów, wskazujących najróżniejsze godziny. Kiedy jej noga przekroczyła próg, jeden z zegarów wybił godzinę dwunastą, a siedząca w nim, drewniana kukuła wyleciała na swoich lipowych skrzydełkach, usiadła na daszku i zaświergotała przepięknie.
- Witam, panno Bulstrode - Dolohov momentalnie podniósł się ze swojego fotela i wykonał kilka długich kroków po pomieszczeniu. Wróżbita był wysoki, czego pewnie nie oddawały zdjęcia umieszczane w gazetach, a do tego piekielnie chudy. Poza ektomorficzną budową ciała musiało iść za tym coś więcej. Coś, co na pewno nie umknęło oczom kogoś, kto ukierunkował swoją wiedzę w różne dziedziny medycyny. - Niechże się panna rozgości. - To powiedziawszy, zwrócił jej uwagę w stronę stolika ze szklanką kulą, obok którego znajdowały się mała sofka oraz wygodny fotel. Duże pomieszczenie zdobione pejzażami w złotych ramach i niezliczoną ilością bibelotów skrywających się za szybkami nie było zbyt jasne - właściwie pierwszym, co uderzało w oczy, był panujący w nim półmrok. Aleja Horyzontalna znajdowała się za grubymi, nieprzepuszczającymi światła kotarami. Zamiast tego, ciemność przecinały szeregi świec i pulsująca białą poświatą szklana kula.
Rzucam na wykaz intencji. Chcę dowiedzieć się, jakie są intencje wizyty Flo i z jakimi pytaniami do mnie przyszła.
Coś było nie tak. Co?
Coś musiało być. Wszechświat nigdy jeszcze nie pozostawił go w takiej niepewności. Nie lubił gdybać, nie omieszkał więc skwitować kolejnego nieudanego odczytu symbolu z herbaty głośnym parsknięciem, które musiało być słyszane w sąsiadującym pomieszczeniu, bo jego asystent przestał pisać na maszynie. Zdezorientowany i sfrustrowany, machnął różdżką i odesłał brudną filiżankę wraz ze spodeczkiem do zlewu. Mimo narastającej w jego wnętrzu irytacji był gotowy na przyjęcie panny Bulstrode. Wysprzątany, pachnący gabinet czekał na przyjęcie w nim nowego gościa. Kogoś, kogo Vakel nie znał, a więc czuł nim silne zaciekawienie - stałych klientów znał już przecież od podszewki. Florence zaś miała być świeżym narybkiem. Mogła przynieść mu nowe, wspaniałe historie i perspektywy.
Kiedy Florence weszła do środka, powitał ją wspomniany wcześniej asystent, w akompaniamencie przepychu godnego rodziny Dolohov. Siedzący przy wielkim, ciężkim biurku, przedstawił się i wskazał drzwi po swojej prawej stronie. „Florence Bulstrode, prawda?” Zapytał, chociaż ewidentnie znał już odpowiedź, bo wystarczyło ledwie spojrzenie, aby dodał: „Pan Dolohov czeka w swoim gabinecie”.
I faktycznie - kiedy tylko nacisnęła na klamkę i zajrzała do środka, dojrzała Dolohova, siedzącego za jeszcze pokaźniejszym biurkiem, mając za sobą ścianę pełną przedziwnych zegarów, wskazujących najróżniejsze godziny. Kiedy jej noga przekroczyła próg, jeden z zegarów wybił godzinę dwunastą, a siedząca w nim, drewniana kukuła wyleciała na swoich lipowych skrzydełkach, usiadła na daszku i zaświergotała przepięknie.
- Witam, panno Bulstrode - Dolohov momentalnie podniósł się ze swojego fotela i wykonał kilka długich kroków po pomieszczeniu. Wróżbita był wysoki, czego pewnie nie oddawały zdjęcia umieszczane w gazetach, a do tego piekielnie chudy. Poza ektomorficzną budową ciała musiało iść za tym coś więcej. Coś, co na pewno nie umknęło oczom kogoś, kto ukierunkował swoją wiedzę w różne dziedziny medycyny. - Niechże się panna rozgości. - To powiedziawszy, zwrócił jej uwagę w stronę stolika ze szklanką kulą, obok którego znajdowały się mała sofka oraz wygodny fotel. Duże pomieszczenie zdobione pejzażami w złotych ramach i niezliczoną ilością bibelotów skrywających się za szybkami nie było zbyt jasne - właściwie pierwszym, co uderzało w oczy, był panujący w nim półmrok. Aleja Horyzontalna znajdowała się za grubymi, nieprzepuszczającymi światła kotarami. Zamiast tego, ciemność przecinały szeregi świec i pulsująca białą poświatą szklana kula.
Rzucam na wykaz intencji. Chcę dowiedzieć się, jakie są intencje wizyty Flo i z jakimi pytaniami do mnie przyszła.
Rzut PO 1d100 - 39
Slaby sukces...
Slaby sukces...
with all due respect, which is none