22.02.2024, 23:29 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 22.02.2024, 23:32 przez Erik Longbottom.)
Osobiste miano towarzyszącej mu czarownicy nigdy nie kojarzyło się Erikowi z łagodnością. Może wynikało to z tego, że nigdy nie interesował się zbytnio etymologią imion swoich znajomych, pozostawiając ich interpretacje tęższym i lepiej oczytanym umysłom. Gdyby miał jednak wskazać swoje pierwsze skojarzenia z imieniem Mildred, byłaby to... godność. Mimowolnie wyobrażał sobie dumnie wyprostowaną starszą kobietę w szarych szatach i tiarze, która była gotowa w mgnieniu oka zgnieść wszelkie oznaki sprzeciwu pośród młodzików.
Czy taki los czekał Millie za dwadzieścia, czy trzydzieści lat, gdy sama zacznie awansować na coraz wyższe stanowiska w Departamencie Przestrzegania Prawa Czarodziejów? Stanie się ostoją spokoju i czuwania, która będzie szkoliła nowe pokolenia Aurorów i Brygadzistów? A może pójdzie w ślady Brenny Longbottom i stanie się bliźniaczą do niej burzą, która pochłonie każde zadanie i zlecenie, jakie tylko wyląduje na jej drodze? Czy takie temperamenty mogły być jednak kiedykolwiek okiełznane w takiej instytucji jak Ministerstwo Magii?
— Myślałby kto, że tuż po świętach tych papierzysk powinno być mniej — mruknął z ubolewaniem w głosie. Wolał nie myśleć, jak dużą stertę dokumentów znajdzie na swoim biurku w styczniu, skoro niektórzy już nad nimi siedzieli. Zaciągnął się papierosem, aby po chwili wypuścić obłoczek dymu z ust. — Eh, przynajmniej tu z nami nie marznie. Minimalne pocieszenie, ale pocieszenie.
Och, a więc to był powód, dla którego Moody tak chętnie się zgłosiła? Brak innych zobowiązań... A Erik sądził, że wynikało to z wrodzonej pasji do tego zawodu i chęci sprawdzenia się nawet pod koniec roku. Kto wie, czy nie trzeba będzie łapać jakiegoś złodzieja, który spróbuje ukraść z któregoś baru ozdoby świąteczne? Dobrze, że nie powiedziała mu tego wprost, bo biedaczek by się poważnie zmartwił. Gdzie ambicja której brakowało jemu?
— A były w tej bajce mugolskie telewizory i... telefony? — Uniósł wymownie brwi, przypominając sobie naprędce pierwsze z brzegu informacje na temat rozrywek niemagów. — Mam dziwne wrażenie, że już to kiedyś słyszałem. To się chyba nazywa deja vu, prawda? — Zmarszczył czoło, aby zaraz pokręcić głową z uśmiechem. — A bo ja wiem? Brenna zazwyczaj ogarnia tego typu rzeczy.
Erik był od ładnie-wyglądania i dbania o to, żeby wszyscy się bawili. Ewentualnie brał na siebie jakieś dwadzieścia pięć procent obowiązków i powoli załatwiał wszystkie sprawunki. Całkiem nieźle mu to wtedy wychodziło, ale żeby ogarnąć coś kompletnie samemu? Nie był chyba aż tak dobry w organizację. To zawsze było duo; on i siostra.
— Oho, wuj znowu zacznie się modlić do Apollina i Dionizosa. Na raz. — Wyszczerzył zęby w nieszczerym uśmiechu, jakby specjalne zamówienie Millie miało sprowadzić na nich wszystkich wielką katastrofę. Z drugiej strony, kiedyś trzeba było przywyknąć do wystąpień Morfeusza. Lub do nich dołączyć. — Biorąc pod uwagę, jak je zachwalasz, to raczej nie będę miał wyboru...
Strasznie cierpiał, a ludzie przecież tylko zapraszali go do wspólnej zabawy, prawda? Pogrążeni w rozmowie mijali kolejne sklepy i lokale, zerkając co rusz kontrolnie do wnętrz ściśniętych obok siebie budynków. W końcu Erik zwolnił kroku przed sklepem z zabawkami. Na wystawie stał hipogryf i smoczognik na biegunach. Przekrzywił głowę, przyglądając się im. Wprawdzie chrześniaczka już dostała prezenty na święta, ale w sumie mógł uprzedzić Brennę i już teraz zacząć planować podarki na następny rok.
— Który ci się bardziej podoba i dlaczego? — zapytał nieoczekiwanie, pukając w szybę kłykciem. Hipogryf zamrugał, sprawiając, że Erik momentalnie się cofnął. — Dobra, to jest przerażające.
Czy taki los czekał Millie za dwadzieścia, czy trzydzieści lat, gdy sama zacznie awansować na coraz wyższe stanowiska w Departamencie Przestrzegania Prawa Czarodziejów? Stanie się ostoją spokoju i czuwania, która będzie szkoliła nowe pokolenia Aurorów i Brygadzistów? A może pójdzie w ślady Brenny Longbottom i stanie się bliźniaczą do niej burzą, która pochłonie każde zadanie i zlecenie, jakie tylko wyląduje na jej drodze? Czy takie temperamenty mogły być jednak kiedykolwiek okiełznane w takiej instytucji jak Ministerstwo Magii?
— Myślałby kto, że tuż po świętach tych papierzysk powinno być mniej — mruknął z ubolewaniem w głosie. Wolał nie myśleć, jak dużą stertę dokumentów znajdzie na swoim biurku w styczniu, skoro niektórzy już nad nimi siedzieli. Zaciągnął się papierosem, aby po chwili wypuścić obłoczek dymu z ust. — Eh, przynajmniej tu z nami nie marznie. Minimalne pocieszenie, ale pocieszenie.
Och, a więc to był powód, dla którego Moody tak chętnie się zgłosiła? Brak innych zobowiązań... A Erik sądził, że wynikało to z wrodzonej pasji do tego zawodu i chęci sprawdzenia się nawet pod koniec roku. Kto wie, czy nie trzeba będzie łapać jakiegoś złodzieja, który spróbuje ukraść z któregoś baru ozdoby świąteczne? Dobrze, że nie powiedziała mu tego wprost, bo biedaczek by się poważnie zmartwił. Gdzie ambicja której brakowało jemu?
— A były w tej bajce mugolskie telewizory i... telefony? — Uniósł wymownie brwi, przypominając sobie naprędce pierwsze z brzegu informacje na temat rozrywek niemagów. — Mam dziwne wrażenie, że już to kiedyś słyszałem. To się chyba nazywa deja vu, prawda? — Zmarszczył czoło, aby zaraz pokręcić głową z uśmiechem. — A bo ja wiem? Brenna zazwyczaj ogarnia tego typu rzeczy.
Erik był od ładnie-wyglądania i dbania o to, żeby wszyscy się bawili. Ewentualnie brał na siebie jakieś dwadzieścia pięć procent obowiązków i powoli załatwiał wszystkie sprawunki. Całkiem nieźle mu to wtedy wychodziło, ale żeby ogarnąć coś kompletnie samemu? Nie był chyba aż tak dobry w organizację. To zawsze było duo; on i siostra.
— Oho, wuj znowu zacznie się modlić do Apollina i Dionizosa. Na raz. — Wyszczerzył zęby w nieszczerym uśmiechu, jakby specjalne zamówienie Millie miało sprowadzić na nich wszystkich wielką katastrofę. Z drugiej strony, kiedyś trzeba było przywyknąć do wystąpień Morfeusza. Lub do nich dołączyć. — Biorąc pod uwagę, jak je zachwalasz, to raczej nie będę miał wyboru...
Strasznie cierpiał, a ludzie przecież tylko zapraszali go do wspólnej zabawy, prawda? Pogrążeni w rozmowie mijali kolejne sklepy i lokale, zerkając co rusz kontrolnie do wnętrz ściśniętych obok siebie budynków. W końcu Erik zwolnił kroku przed sklepem z zabawkami. Na wystawie stał hipogryf i smoczognik na biegunach. Przekrzywił głowę, przyglądając się im. Wprawdzie chrześniaczka już dostała prezenty na święta, ale w sumie mógł uprzedzić Brennę i już teraz zacząć planować podarki na następny rok.
— Który ci się bardziej podoba i dlaczego? — zapytał nieoczekiwanie, pukając w szybę kłykciem. Hipogryf zamrugał, sprawiając, że Erik momentalnie się cofnął. — Dobra, to jest przerażające.
Millie, wykonaj rzut na Percepcję, aby sprawdzić, czy podczas rozmowy z Erikiem o zabawkach, usłyszałaś jakieś dziwne odgłosy dochodzące z jednej z bocznych uliczek. Niech kości zawsze ci sprzyjają!
the he-wolf of godric's hollow
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞