23.02.2024, 12:53 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 05.03.2024, 15:54 przez Millie Moody.)
Och przyszłość dostojnej i władczej damy, była jej wróżona w okolicach piętnastego roku życia. Pedagodzy zwykli mawiać, że z tego się wyrasta i życzyli jej nieokiełznanemu temperamentowi porządnego wędzidła, siodła i w razie konieczności ostróg. Dziesięć lat później już się poddano, a i sama Milles uznała, że nie ma co liczyć na jakiś cud czy maskę, która by przylgnęła do jej twarzy na więcej niż trzy kwadranse. Oczywiście łatka "zdolnej, ale leniwej" pozostała. Przed swoimi przełożonymi (okej, nie przed Longbottomami, bo oni znali prawdę) zdawała się być niebywale kompetentną istotą, której tylko suma nieszczęśliwych przypadków i złorzeczeń losu czasami wpychała w jakieś dziwne sytuacje, z których trzeba było się tłumaczyć. A tak, była tą samą klnącą, kopczącą jak komin Millie, która potrafiła zapomnieć, że trzymała kubek w ręku i podczas rozmowy oblewała się (kolejną) kawą, albo chowała do lodówki różdżkę.
– Mam tak cały czas – rzuciła zaskakująco lekko, na wspomnienie o deja vu. – To mózg świruje, jak jest za bardzo zmęczony. Wiesz, brak snu. Ja tego nie ogarniam do końca, bo gdyby mój mózg tak bardzo rozpaczał na brak snu, to mógłby z łaski swojej przestać napierdalać o jednej takiej drace, w którą się wplątałam na czwartym roku, prawie miotłę mi skonfiskowali i wiesz, mogłam powiedzieć wtedy coś innego, ale nie... dziś przychodzi mi do głowy sto różnych opcji dialogowych, zamiast spania. Zaraz... o czym to ja... – wątek uciekł na moment, złociste oczy na prędce przeskanowały swoje myśli i wymienione słowa. – A tak, zmęczenie. Mam w domu kilka zajebistych chińskich trociczków. Jadą trochę smoczą siarką, ale śpię po nich jak dziecko. Zero snów, trzy godziny w kieszeni i to bez kaca rano. – zachwalała, zakładając, że absolutnie nic im tego dnia się nie wydarzy.
Gdy doszli do sklepu zabawkowego, początkowo nie chciała w ogóle tam przystawać. Nie było ich stać kiedyś na zabawki, a i teraz nie mogła sobie na nie pozwolić, wyżej stawiając w swojej piramidzie potrzeb używki niż krypną przytulankę czy... och kolejka, była taka piękna i zawsze, zawsze, zawsze chciała taką dostać na święta zamiast pijanego ojca i zupy na prędce ugotowanej z resztek poznajdowanych w różnych częściach domu.
Ale te wagoniki... Patrzyła, jak przemieszczają się po wypchanej złotem i światełkami wystawie, jak zaczarowane figurki machają gdy malutkie wagoniki przemykały tuż przy nich. Oczy jej lśniły, wielkie jak dwa galeony. A gdyby tak jednak przyoszczędzić, ile to mogło kosztować, na pewno nie za dużo. Mogłaby kupić małe modele i pomalować je samemu bo NAPEWNO starczy jej cierpliwości i talentu, żeby małym pędzelkiem malować uśmiechy na twarzach bobasków trzymanych przez kilkucalowe matki. A ten konduktor, taki piękny, wysoki brunet... Kiedyś ścigała się na swojej miotle z hogwarckim expresem, ostatecznie teleportując się na stacje kilka staj przed wielkim finałem, bo coś jej wleciało do oka i...
...hałasy w zaułku? Co? Tylko świst lokomotywy, jednostajny stukot kół o szyny.
– Myślisz, że Alik pozwoliłby mi taką rozłożyć w naszym salonie...? – zapytała rozmarzonym, pozbawionym butnej maski głosem, z nosem niemalże przyklejonymdo wystawowej szyby.
– Mam tak cały czas – rzuciła zaskakująco lekko, na wspomnienie o deja vu. – To mózg świruje, jak jest za bardzo zmęczony. Wiesz, brak snu. Ja tego nie ogarniam do końca, bo gdyby mój mózg tak bardzo rozpaczał na brak snu, to mógłby z łaski swojej przestać napierdalać o jednej takiej drace, w którą się wplątałam na czwartym roku, prawie miotłę mi skonfiskowali i wiesz, mogłam powiedzieć wtedy coś innego, ale nie... dziś przychodzi mi do głowy sto różnych opcji dialogowych, zamiast spania. Zaraz... o czym to ja... – wątek uciekł na moment, złociste oczy na prędce przeskanowały swoje myśli i wymienione słowa. – A tak, zmęczenie. Mam w domu kilka zajebistych chińskich trociczków. Jadą trochę smoczą siarką, ale śpię po nich jak dziecko. Zero snów, trzy godziny w kieszeni i to bez kaca rano. – zachwalała, zakładając, że absolutnie nic im tego dnia się nie wydarzy.
Gdy doszli do sklepu zabawkowego, początkowo nie chciała w ogóle tam przystawać. Nie było ich stać kiedyś na zabawki, a i teraz nie mogła sobie na nie pozwolić, wyżej stawiając w swojej piramidzie potrzeb używki niż krypną przytulankę czy... och kolejka, była taka piękna i zawsze, zawsze, zawsze chciała taką dostać na święta zamiast pijanego ojca i zupy na prędce ugotowanej z resztek poznajdowanych w różnych częściach domu.
Ale te wagoniki... Patrzyła, jak przemieszczają się po wypchanej złotem i światełkami wystawie, jak zaczarowane figurki machają gdy malutkie wagoniki przemykały tuż przy nich. Oczy jej lśniły, wielkie jak dwa galeony. A gdyby tak jednak przyoszczędzić, ile to mogło kosztować, na pewno nie za dużo. Mogłaby kupić małe modele i pomalować je samemu bo NAPEWNO starczy jej cierpliwości i talentu, żeby małym pędzelkiem malować uśmiechy na twarzach bobasków trzymanych przez kilkucalowe matki. A ten konduktor, taki piękny, wysoki brunet... Kiedyś ścigała się na swojej miotle z hogwarckim expresem, ostatecznie teleportując się na stacje kilka staj przed wielkim finałem, bo coś jej wleciało do oka i...
...hałasy w zaułku? Co? Tylko świst lokomotywy, jednostajny stukot kół o szyny.
– Myślisz, że Alik pozwoliłby mi taką rozłożyć w naszym salonie...? – zapytała rozmarzonym, pozbawionym butnej maski głosem, z nosem niemalże przyklejonymdo wystawowej szyby.
na percepcje
Rzut Z 1d100 - 5
Akcja nieudana
Akcja nieudana