Podeszwy butów Morpheusa były ze skórzane, bo nie kupował gotowego obuwia, każde zostały uszyte przez szewca specjalnie dla niego, na miarę. Zarówno niewysoki obcas, jak i cała reszta wykonana z cielęcej, licowej skóry, sprawiała, że jego kroki nie piszczały na deskach podłogi i w przeciwieństwie do niektórych modeli wieszcza, z drewnem, nie stukały. Nie znosił dźwięku, jaki wydawały na obsydianowych posadzkach Departamentu Tajemnic, więc do pracy ich nigdy nie nosił, tylko na potańcówki, jak widać całkiem słusznie. Poirytowany działaniem swojej magii, czy raczej jego brakiem, szedł dokładnie za Rodolphusem, zmuszając się do widzenia, a im bardziej się zmuszał, tym gorzej się czuł. Z zadyszką dotarł do miejsca, gdzie Brenna szczerzyła swoje kły
— Zabierz mu różdżkę — rzucił do Rodolphusa, właściwie w tym samym momencie, gdy drugi Niewymowny się nią zajął, czując, że coś spływa mu po policzku. Wytarł to i spojrzał na swoją rękę, na której pojawił się kolejny krwawy ślad. Nie, nie, nie. — Lustro, wszystko jest odwrócone — próbował jeszcze coś dojrzeć, zarówno w rzeczywistości, jak i w niciach przyszłości, ale jego wzrok rozmywał się, napływała na niego karmazynowa ciemność, a po policzkach spływały kolejne krople krwi. Trzecie oko nie chciało czytać dla niego świata, a jego twarz przyjęła groteskowy obraz świętych chrześcijańskich. W ustach czuł też smak krwi, która spływała z jego nosa do ust.
Po omacku znalazł ścianę i oparł o nią ciężko, łapiąc oddech, nie tylko dlatego, że schodach pokonały jego płuca, ale też z narastającej paniki. Przeciążył się, zwłaszcza po ostatnim... Jego dar był operowany przez inną duszę w jego ciele, co nieco rozstroiło samego Longbottoma po powrocie, gdy sam pławił się w ciszy i normalności. Normalność skończyła się. Nawet jakby miał walczyć na ślepo, zrobi to.