Lato w mieście pachniało inaczej, ale pewne rzeczy się nie zmieniały i był to zapach ciasta z malinami. Malwa również często piekła je podczas wakacji, wystawiając jedną blachę niby przypadkiem na parapet, do wystygnięcia, niczym w mugolskich kreskówkach, których Morpheus nie widział nigdy na oczy, nie wiedział nawet o ich istnieniu. Było to ciasto przeznaczone na stracenie przez młodych Longbottomów (i przybłęd) podczas spędzania czasu w ogrodzie oraz w Dolinie. Co prawda jadł je może raz, ale zapach, ten wspaniały zapach zawsze kojarzył mu się z dobrymi czasami.
— Pchałem ręce nie tam, gdzie trzeba — odpowiedział zawadiacko, zdejmując buty i odkładając je tak jak zwykle, równo pod ścianą. Zdjął też wierzchnią część lnianej szaty, zostając w czarnej koszuli i spodniach, odwieszając ją dokładnie na haczyku, tak aby się nie odkształciła. Jedwab był mało wdzięczny pod tym względem. — Mogłem mieć połamane nogi, więc uznaję to za zwycięstwo.
Pozwolił się oglądać, jak małe dzieło sztuki, by udać się za Neilem do kuchni. Usiadł na niewygodnym krześle, zakładając nogę na nogę. Zawsze zapominał, jakie mieszkanie Enfera było małe, nawet gdy odwiedzał je dość często. Nie wyobrażał sobie żyć w tak niedużym miejscu, nawet pokoje w hotelach, które wynajmował, zazwyczaj były apartamentami, aby mieć osobny salonik.
— Herbaty, takiej jak zawsze.
Błękit zaczął zmieniać się w brzoskwiniowe pomarańcze i róże, jakby Morpheus przyoblókł się w zachód słońca. Tylko w miejscach, gdzie Neil go dotknął, znikąd pojawiły się chmury, jakby wywołane ciepłem jego palców, namalowane na skórze obłoki, sunące z gracją przez policzek i usta. Morpheus oparł się łokciem o stół, aby oprzeć głowę na dłoni i bardzo intensywnie wpatrywał się w poczynania Neila.