23.02.2024, 18:41 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 23.02.2024, 19:07 przez Samuel McGonagall.)
Dalej tańczy z Norą
To wcale nie było tak, że w każdej napotkanej kobiecie szukał jej rysów. Oczy ześlizgiwały się beznamiętnie po brunetkach i szatynkach, ale jasny snop włosia zawsze sprawiał, że jakoś trudniej było przejść obojętnym. I wszystkie te panny przegrywały, pozbawione naturalnej charyzmy, dzikości, rumieńca, śmiechu, tej chrypki w głosie, która czasem śniła mu się po nocy.
Jej słowa zawstydziły go, bo oczywiście, że pomyślał o innych ruchach, o tych, w których odnajdywali się o wiele naturalniej niż w tańcu, który jednak był zbiorem wyuczonych zasad. O ruchach, w których tych zasad nie było zbyt wiele, a tylko podążanie za instynktem za poszukiwaniem szczęścia dla partnerki i dla siebie... Czuł, jak pieką go uszy, dobrze, że nie było tu zbyt jasno, choć żałował, że jego włosy nie są już tak długie, aby zasłonić karminową skórę.
– Tak – wydukał. Przy niej znów miał siedemnaście lat, przy niej znów nie wiedział, co i jak powiedzieć, bo wszystko już między nimi zostało powiedziane.
Obrócił ją, nieco niewprawnie, ale wzrostem byli na tyle dopasowani, że zgrabnie znów mogła wylądować w jego objęciu.
– Mmm... Nora? – zaczął wciąż nie mogąc zebrać myśli, bo jedna głównie kotłowała się w jego głowie. To było trudne, to było niemalże niewykonalne. Ten tekst, przeklęty tekst, który dzwonił mu w uszach... I said something wrong? I don't know... . Kurwa... Obiecał sobie, że tego nie zrobi, a jednak... – To nie była Twoja wina. Ja po prostu nie mogłem. Wtedy. – kołysali się nadal, choć miał zwieszoną głowę i patrzyła na swoje stopy i jej piękną dryfującą obok gwieździstą suknię po tafli jeziora. – Moja matka, ona... – urwał, bo przecież nigdy nie obarczał Nory wiedzą o tym co działo się w jego rodzinnym domu. Nie chciał, by czuła się zobowiązana, żeby została z nim z litości. Westchnął ciężko. – Moja matka ma Maledicusa. – och jak bardzo chciał, żeby cały czas był to czas teraźniejszy, a nie przeszły – Każdy dzień, mógł być tym ostatnim... – dodał zdecydowanie ciszej, pochylając się trochę i zamykając oczy, nie będąc pewnym, czy jego czoło będzie mogło dotknąć jej. Wiedział, że znalazła sobie potem kogoś innego, kogoś, kto otoczył ją miłością i dał jej piękną córkę. Ale teraz, nagle, w obliczu listu który mu wysłała i piosenki, która dźgała jego poczucie winy, uznał, że powinna znać prawdę. Chociaż tę jej część, którą mógł wyjawić.
To wcale nie było tak, że w każdej napotkanej kobiecie szukał jej rysów. Oczy ześlizgiwały się beznamiętnie po brunetkach i szatynkach, ale jasny snop włosia zawsze sprawiał, że jakoś trudniej było przejść obojętnym. I wszystkie te panny przegrywały, pozbawione naturalnej charyzmy, dzikości, rumieńca, śmiechu, tej chrypki w głosie, która czasem śniła mu się po nocy.
Jej słowa zawstydziły go, bo oczywiście, że pomyślał o innych ruchach, o tych, w których odnajdywali się o wiele naturalniej niż w tańcu, który jednak był zbiorem wyuczonych zasad. O ruchach, w których tych zasad nie było zbyt wiele, a tylko podążanie za instynktem za poszukiwaniem szczęścia dla partnerki i dla siebie... Czuł, jak pieką go uszy, dobrze, że nie było tu zbyt jasno, choć żałował, że jego włosy nie są już tak długie, aby zasłonić karminową skórę.
– Tak – wydukał. Przy niej znów miał siedemnaście lat, przy niej znów nie wiedział, co i jak powiedzieć, bo wszystko już między nimi zostało powiedziane.
Obrócił ją, nieco niewprawnie, ale wzrostem byli na tyle dopasowani, że zgrabnie znów mogła wylądować w jego objęciu.
– Mmm... Nora? – zaczął wciąż nie mogąc zebrać myśli, bo jedna głównie kotłowała się w jego głowie. To było trudne, to było niemalże niewykonalne. Ten tekst, przeklęty tekst, który dzwonił mu w uszach... I said something wrong? I don't know... . Kurwa... Obiecał sobie, że tego nie zrobi, a jednak... – To nie była Twoja wina. Ja po prostu nie mogłem. Wtedy. – kołysali się nadal, choć miał zwieszoną głowę i patrzyła na swoje stopy i jej piękną dryfującą obok gwieździstą suknię po tafli jeziora. – Moja matka, ona... – urwał, bo przecież nigdy nie obarczał Nory wiedzą o tym co działo się w jego rodzinnym domu. Nie chciał, by czuła się zobowiązana, żeby została z nim z litości. Westchnął ciężko. – Moja matka ma Maledicusa. – och jak bardzo chciał, żeby cały czas był to czas teraźniejszy, a nie przeszły – Każdy dzień, mógł być tym ostatnim... – dodał zdecydowanie ciszej, pochylając się trochę i zamykając oczy, nie będąc pewnym, czy jego czoło będzie mogło dotknąć jej. Wiedział, że znalazła sobie potem kogoś innego, kogoś, kto otoczył ją miłością i dał jej piękną córkę. Ale teraz, nagle, w obliczu listu który mu wysłała i piosenki, która dźgała jego poczucie winy, uznał, że powinna znać prawdę. Chociaż tę jej część, którą mógł wyjawić.