23.02.2024, 22:45 ✶
Oblewała mnie wściekłość, furia w swojej najczystszej postaci. Tak, bywałem porywczy, ale kiedy w grę wchodziła Persephona albo cokolwiek z nią związane, wpadałem w apogeum porywczości i leciałem przed siebie niczym kometa, niszcząc wszelkie napotkane po drodze drobiny. W tym najukochańszą siostrę, na której dobru przecież mi zależało, a jednak... Byłem w tej chwili ślepy na krzywdy, które wyrządzały jej moje własne dłonie. Parłem naprzód. Chaotycznie. Płonąłem we własnych ogniach piekielnych. Zbyt wiele myśli obijało się o moją czachę od wewnątrz. I kto wie? Może to nie przypadek, że Felicity - moja droga rodzicielka - pytała o mnie? Może w fusach widziała moje błędy i tarapaty, wszystkie te lata moich błędów i tarapatów. Biedna kobieta.
I chuj! Rosie okładała mnie po głowie, po plecach i co? Mi nie ulżyło; jej pewnie również nie. Mogłem się, kurwa, założyć, że będą ją napierdalały nadgarstki. Jak nic. Znałem to z własnych autopsji, ale napieprzałem w coś zdecydowanie twardszego. Coś twardszego nawet od worka treningowego.
Wyprostowałem się bezradny, więc teraz to już w ogóle nie sięgała mi do głowy. Szczerze? Jeśli to prawda, to mogła mnie równie dobrze zajebać, nim ja rozpierdolę, kurwa, połowę dzielnicy, z Persephoną w tym zebraną. I tego jej małego bękarta-sukinsyna również.
- Mdło mi. Suka jebana. Obiecała mi wierność, przyrzekała mi to - wysyczałem, szukając papierosów po kieszeni, ale gdzieś je wcięło. Zacisnąłem dłonie w pięści i się odwróciłem do Rose, złapałem ją za te ręce, bo już mi działała na nerwy. - JAK MOGĘ NIE WIEDZIEĆ?! POMYŚL, IDIOTKO! UKRYWAŁA TO JEBANA. CZEMU TO NIBY PRZEDE MNĄ UKRYWAŁA!? - wywrzeszczałem to w jej twarz, by w końcu również puścić jej delikatne przedramiona z uścisku. Zatoczyłem się, jakbym nie wierzył, ale wierzyłem w tę teorię. Była totalnie pasująca, to ten idealny puzzel w to miejsce.
Założyłem spodnie i wyszarpnąłem koszulkę z jakiejś dziury w kanapie. Wygnieciona w ostatnie diabły i cuchnęła paskudnie, ale idealna na podróż do Azkabanu. Nie zdążyłem jednak jej wrzucić na grzbiet, bo wlazł ten czort od siedmiu boleści, bohater się znalazł. O zgrozo, sam kuzyn prowodyrki moich nerwów - przecudownej Persephony Degenhardt.
- Suka... Teraz oczywiste! Teraz to, kurwa, oczywiste. Czemu zmieniła nazwisko. O chuj! - mówiłem bardziej do siebie niż do nich. Głośne myśli wyłaziły mi przez mordę, bo we łbie się już nie mieściły. O ja przeklęty! Dorabiała mi rogi, rogacza ze mnie robiła. I jeszcze udawała oburzenie, że wróciłem tak późno, a potem kochała się ze mną... A już wtedy ten bękart... O nie!
Machnąłem ręką na Stanka. Lubiłem go ogólnie, ale teraz nie mogłem na niego patrzeć, szczególnie że patrzył na mnie tak, jak patrzył. Właściwie, to jak zaraz, kurwa, nie przestanie tak na mnie patrzeć, to mu przyjebię jak nic. Nie ręczyłem za siebie, nie ręczyłem za cholerę. Mimo wszystko dostrzegłem drobne ocalenie mojej duszy pomiędzy jego palcami. Mógł się na coś przydać ten śmieć.
- Nie wkurwiaj mnie, Stasiek. Daj papierosa i wypierdalam stąd. Mam sprawę do załatwienia - rzuciłem w jego kierunku, zakładając to wygniecione gówno na siebie. Przetarłem twarz i rozejrzałem się za swoimi butami i ruchomościami, które z reguły zabierałem na miasto. Kurwy-różdżki oczywiście nigdzie nie było. Jebałem to. Mogłem to załatwić własnoręcznie.
I chuj! Rosie okładała mnie po głowie, po plecach i co? Mi nie ulżyło; jej pewnie również nie. Mogłem się, kurwa, założyć, że będą ją napierdalały nadgarstki. Jak nic. Znałem to z własnych autopsji, ale napieprzałem w coś zdecydowanie twardszego. Coś twardszego nawet od worka treningowego.
Wyprostowałem się bezradny, więc teraz to już w ogóle nie sięgała mi do głowy. Szczerze? Jeśli to prawda, to mogła mnie równie dobrze zajebać, nim ja rozpierdolę, kurwa, połowę dzielnicy, z Persephoną w tym zebraną. I tego jej małego bękarta-sukinsyna również.
- Mdło mi. Suka jebana. Obiecała mi wierność, przyrzekała mi to - wysyczałem, szukając papierosów po kieszeni, ale gdzieś je wcięło. Zacisnąłem dłonie w pięści i się odwróciłem do Rose, złapałem ją za te ręce, bo już mi działała na nerwy. - JAK MOGĘ NIE WIEDZIEĆ?! POMYŚL, IDIOTKO! UKRYWAŁA TO JEBANA. CZEMU TO NIBY PRZEDE MNĄ UKRYWAŁA!? - wywrzeszczałem to w jej twarz, by w końcu również puścić jej delikatne przedramiona z uścisku. Zatoczyłem się, jakbym nie wierzył, ale wierzyłem w tę teorię. Była totalnie pasująca, to ten idealny puzzel w to miejsce.
Założyłem spodnie i wyszarpnąłem koszulkę z jakiejś dziury w kanapie. Wygnieciona w ostatnie diabły i cuchnęła paskudnie, ale idealna na podróż do Azkabanu. Nie zdążyłem jednak jej wrzucić na grzbiet, bo wlazł ten czort od siedmiu boleści, bohater się znalazł. O zgrozo, sam kuzyn prowodyrki moich nerwów - przecudownej Persephony Degenhardt.
- Suka... Teraz oczywiste! Teraz to, kurwa, oczywiste. Czemu zmieniła nazwisko. O chuj! - mówiłem bardziej do siebie niż do nich. Głośne myśli wyłaziły mi przez mordę, bo we łbie się już nie mieściły. O ja przeklęty! Dorabiała mi rogi, rogacza ze mnie robiła. I jeszcze udawała oburzenie, że wróciłem tak późno, a potem kochała się ze mną... A już wtedy ten bękart... O nie!
Machnąłem ręką na Stanka. Lubiłem go ogólnie, ale teraz nie mogłem na niego patrzeć, szczególnie że patrzył na mnie tak, jak patrzył. Właściwie, to jak zaraz, kurwa, nie przestanie tak na mnie patrzeć, to mu przyjebię jak nic. Nie ręczyłem za siebie, nie ręczyłem za cholerę. Mimo wszystko dostrzegłem drobne ocalenie mojej duszy pomiędzy jego palcami. Mógł się na coś przydać ten śmieć.
- Nie wkurwiaj mnie, Stasiek. Daj papierosa i wypierdalam stąd. Mam sprawę do załatwienia - rzuciłem w jego kierunku, zakładając to wygniecione gówno na siebie. Przetarłem twarz i rozejrzałem się za swoimi butami i ruchomościami, które z reguły zabierałem na miasto. Kurwy-różdżki oczywiście nigdzie nie było. Jebałem to. Mogłem to załatwić własnoręcznie.