24.02.2024, 00:08 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 26.02.2024, 19:56 przez Septima Ollivander.)
Przywdziawszy na siebie gwiezdny szal, powoli stawiała kroki ku Morpheusowi, ostrożnie jakby obawiała się, że podłoga się pod nią zerwie, choć wiedziała, że tak się nie stanie. Utonęła na chwilę w kakofonii muzycznych taktów, urywanych tabunów śmiechów i głosów od których magiczna stodoła pęczniała i pulsowała, zraszana nieustannie gorącem ludzkich ciał.
— Przepraszam za spóźnienie, musiałam dokończyć pewne zamówienie i troszkę straciłam poczucie czasu — kajała się, już w jego ciasnym uścisku, z którego nie była w stanie uciec — dziękuję, a mnie za to bardzo podoba się twoja koszula — wydusiła z siebie, pozwalając sobie nawet na wygładzenie nieistniejących zmarszczek materiału jego odzienia, tak jakby sprawdzała czy w istocie jest prawdziwe.
— Lubię próbować nowych rzeczy — skłamała, odpowiadając na komentarz dotyczący założonej sukienki, bo przecież każdy wyryw monotonii przypłacała strachem i atakiem serca (które gdzieś tam w środku, okryte pajęczynowym cieniem, ją nakręcało, ale o tym nie można było przecież wspomnień na głos). Przez moment zaklinowała się w chwilowym zdezorientowaniu feerią bodźców, które w nią uderzyły; skupiła się na intensywnej, znajomej woni, która ją omiotła, skupiła się na ramieniu, które chwyciła całkowicie machinalnie. Świetlista kukułka, która latała cały czas dookoła Morpheusa, okrążyła jego ramię, a jej skrzydełka nagle zatrzepotały, przemieniając się w ćmę, zasiadającą na kobiecej skroni.
— Pasuje mi?
Dotknęła nowonabytej spinki ze sporą dozą niepewności, jakby nagle największym brzemieniem i balastem wszechświata stało się wyglądanie najpiękniej i jak najbardziej nienagannie na ile było ją stać.
— Może się czegoś napijmy? Trochę zaschło mi w gardle od pośpiechu.
Na twarzy zakwitł uśmiech, trochę zaczepny, trochę niewinnie prowokacyjny i przede wszystkim szemrany, bo wcale nie chodziło o żadne pragnienie — chodziło o nabranie płynnej odwagi do publicznego tańca na oczach całej zgromadzonej gawiedzi, która w jej mniemaniu tylko oczekiwała teatralnej pożywki. Nie było teraz na świecie miejsca, w którym zdołałaby się ukryć – cudzy wzrok przylegał do niej cienką warstwą drugiej skóry, opinającej się na łopatkach, kiedy pochylała głowę, jakby wzdłuż pleców posiadała niezagojoną ranę, której szwy nieustannie przemieszczały się pomiędzy kręgami.
Ekscytacja wymieszana z harmiderem nerwów sięgała zenitu, wypełniała klatkę piersiową niczym wielki, nadmuchany balon, który ledwo się mieścił.
Myślała, że pęknie.