24.02.2024, 09:01 ✶
Wyjaśnienie tego, co stało się z Effimery wcale Macmillan nie zadowoliło. Wręcz przeciwnie - poczuła się wyjątkowo rozsierdzona. Porzuciła ciało ukochanej Trelawney, ale tylko po to, aby stanąć u boku Lorraine, którą zawsze ceniła, ale dzisiejszego dnia dziewczyna przesadziła - zabłyszczała w jej oczach jak najjaśniejsza z gwiazd. Bo miała już dosyć. DOSYĆ. Dosyć tych męk, dosyć tego, że nikt jej nigdy nie wybierał, dosyć bycia drugim dzieckiem, zapasową opcją do kochania, pięknym tłem sabatów, ale nigdy ich najważniejszym elementem. Dosyć bycia nieszanowaną nawet przez bogów, do których modliła się codziennie, nawet kiedy napełniało ją największe zwątpienie. Miała dosyć! DOSYĆ!!
DOSYĆ!!
I wcale nie potrzebowała tego durnego wianka dodającego odwagi.
- Ona tego nie zlozumie, Lola. - Powiedziała, ale wcale nie pouczała Lorraine, ona się za nią wstawiała. - Zobacz, w jaki sposób się zachowuje. - Irytowała ją niemożebnie, do tego stopnia, aby nie zauważyć, jakie momentami mogły być do siebie podobne. - Ona w ogóle nas nie lozumie, jesteśmy dla niej małym, bezsilnym motłochem, jesteśmy nikim, ich splawy nas nie obchodzą. Klęczałam pszed tym Beltane jak idiotka, składałam im daly przez dwadzieścia lat życia i wszystkim, co dostałam jest ten cholelny ból, a telaz... - Chciała krzyczeć, ale nie potrafiła - zaczęła więc piszczeć. Z całą swoją dziewczęcą mocą. - BĘDZIESZ DO MNIE MÓWIĆ, JAKBY TO WSZYSTKO BYŁO OCZYWISTE, JAKBYM NIE CZEKAŁA NA JAKIEŚ ODPOWIEDZI TYLE LAT, A TELAZ KAŻESZ MI ZSZYWAŹ JAKĄŚ CHOLELNĄ ZASŁONĘ, O KTÓLEJ NIE MAM ZIELONEGO POJĘCIA, JA... NIE MOŻESZ POZWOLIĆ NA KSZYWDZENIE KOGOKOLWIEK W IMIENIU BOGÓW? I MÓWISZ TO TELAZ? PO TYM JAK TYLE OSÓB ZGINĘŁO NA CHOLELNYM BELTANE? BĘDZIESZ SIĘ ZACHOWYWAŁA JAKBY ISOBELL NIE OSZALAŁA PSZEZ WAS?
Igła i nitka wpięte w tasiemkę na jej udzie ciążyły jej teraz mocno jak diabli, ale perspektywa zszywania tej cholernej zasłony bez żadnych konkretnych odpowiedzi... Już chyba wolała, żeby wciągnęły ją te pnącza...
DOSYĆ!!
I wcale nie potrzebowała tego durnego wianka dodającego odwagi.
- Ona tego nie zlozumie, Lola. - Powiedziała, ale wcale nie pouczała Lorraine, ona się za nią wstawiała. - Zobacz, w jaki sposób się zachowuje. - Irytowała ją niemożebnie, do tego stopnia, aby nie zauważyć, jakie momentami mogły być do siebie podobne. - Ona w ogóle nas nie lozumie, jesteśmy dla niej małym, bezsilnym motłochem, jesteśmy nikim, ich splawy nas nie obchodzą. Klęczałam pszed tym Beltane jak idiotka, składałam im daly przez dwadzieścia lat życia i wszystkim, co dostałam jest ten cholelny ból, a telaz... - Chciała krzyczeć, ale nie potrafiła - zaczęła więc piszczeć. Z całą swoją dziewczęcą mocą. - BĘDZIESZ DO MNIE MÓWIĆ, JAKBY TO WSZYSTKO BYŁO OCZYWISTE, JAKBYM NIE CZEKAŁA NA JAKIEŚ ODPOWIEDZI TYLE LAT, A TELAZ KAŻESZ MI ZSZYWAŹ JAKĄŚ CHOLELNĄ ZASŁONĘ, O KTÓLEJ NIE MAM ZIELONEGO POJĘCIA, JA... NIE MOŻESZ POZWOLIĆ NA KSZYWDZENIE KOGOKOLWIEK W IMIENIU BOGÓW? I MÓWISZ TO TELAZ? PO TYM JAK TYLE OSÓB ZGINĘŁO NA CHOLELNYM BELTANE? BĘDZIESZ SIĘ ZACHOWYWAŁA JAKBY ISOBELL NIE OSZALAŁA PSZEZ WAS?
Igła i nitka wpięte w tasiemkę na jej udzie ciążyły jej teraz mocno jak diabli, ale perspektywa zszywania tej cholernej zasłony bez żadnych konkretnych odpowiedzi... Już chyba wolała, żeby wciągnęły ją te pnącza...
she is passion embodied,
a flower of melodrama
in eternal bloom.
a flower of melodrama
in eternal bloom.