24.02.2024, 17:30 ✶
Tak jak Robert wpatrywał się w Rodolphusa, tak Rodolphus wpatrywał się w Roberta. Czy tu był pies pogrzebany? Być może, chociaż Lestrange nie postrzegał tego w taki sposób. Rozumiał ideę wyższej konieczności, jednak nie był pewny, czy w tym przypadku taka zaistniała.
- Dobrze, że przynajmniej jednego z nas to bawi - rzucił, ściągając brwi w wyrazie lekkiej irytacji. Wiedział, jak działa Robert, jednak niekoniecznie odpowiadało mu to w tej chwili. Być może dlatego, że jego życie ostatnio pędziło i wymykało się spod kontroli. A być może dlatego, że został wciągnięty w coś bez chociażby małej wskazówki. Przecież gdyby nocował gdzie indziej, niż u Nicka, to mogłoby się skończyć źle. Sowę mógłby zauważyć ktoś, kto chciał im zaszkodzić. Zacząłby drążyć, zadawać pytania. Obaj mieli ogromne szczęście, że trafiło na Traversa. - Być może.
Odpowiedział na kolejne pytanie, nie ruszając się z miejsca. Wbił wzrok w szklankę z płynem, którą Robert uniósł do ust. Miał dość restrykcyjne podejście do alkoholu i nawet jeśli ostatnio trochę poluzował granicę, tak pewnych odruchów nie dało się tak szybko wyplenić. Usiadł więc połowicznie, ale nie na fotelu, a na biurku, krzyżując ręce na klatce piersiowej, odwracając się do Roberta bokiem. Przeniósł wzrok gdzieś na bok, jakby namyślał się nad swoimi kolejnymi słowami.
- Ta przykrywka była dobra, ale nie chciałbym, żeby to się powtórzyło w najbliższym czasie. Nie każdy mógłby uwierzyć w to, że razem... mamy jakieś plany biznesowe. A pomieszkuję teraz w innym miejscu. Mieliśmy szczęście, że trafiło na Nicholasa, nie kolejną wścibską babę - powiedział w końcu, wyjaśniając powód swojej irytacji. Nie zdążył przekazać Robertowi informacji, że Black już nie będzie się obok niego kręcić i że na ten moment nie mieszka u siebie - Mulciber go wyprzedził. - Chociaż jedną prawie rzuciłeś w moje ramiona.
Skrzywił się nieznacznie, bo flirty i nawiązywanie kontaktów z kobietami były w tej chwili ostatnią rzeczą, na którą miał ochotę.
- Zdajesz sobie sprawę z tego, jak wiele luk miał ten plan? - zapytał, przenosząc spojrzenie z powrotem na Roberta. Rodolphus nienawidził działać bez planu i chociaż w teorii poradził sobie z zadaniem, to przecież po drodze mogło wszystko pójść nie tak. - Wiesz doskonale, że pójdę za tobą w ogień, Robercie. Przysięga nie była do tego konieczna. Ale testowanie mnie w ten sposób może tylko sprawić, że zasłona dymna puści i ktoś niepowołany dowie się, co robimy.
Czy Robert w ogóle zdawał sobie sprawę z tego, że przysięga wieczysta faktycznie nie była koniecznością w przypadku Lestrange'a? Czy tak zapętlił się w swojej paranoi, że w ogóle nie wziął tego pod uwagę?
- Dobrze, że przynajmniej jednego z nas to bawi - rzucił, ściągając brwi w wyrazie lekkiej irytacji. Wiedział, jak działa Robert, jednak niekoniecznie odpowiadało mu to w tej chwili. Być może dlatego, że jego życie ostatnio pędziło i wymykało się spod kontroli. A być może dlatego, że został wciągnięty w coś bez chociażby małej wskazówki. Przecież gdyby nocował gdzie indziej, niż u Nicka, to mogłoby się skończyć źle. Sowę mógłby zauważyć ktoś, kto chciał im zaszkodzić. Zacząłby drążyć, zadawać pytania. Obaj mieli ogromne szczęście, że trafiło na Traversa. - Być może.
Odpowiedział na kolejne pytanie, nie ruszając się z miejsca. Wbił wzrok w szklankę z płynem, którą Robert uniósł do ust. Miał dość restrykcyjne podejście do alkoholu i nawet jeśli ostatnio trochę poluzował granicę, tak pewnych odruchów nie dało się tak szybko wyplenić. Usiadł więc połowicznie, ale nie na fotelu, a na biurku, krzyżując ręce na klatce piersiowej, odwracając się do Roberta bokiem. Przeniósł wzrok gdzieś na bok, jakby namyślał się nad swoimi kolejnymi słowami.
- Ta przykrywka była dobra, ale nie chciałbym, żeby to się powtórzyło w najbliższym czasie. Nie każdy mógłby uwierzyć w to, że razem... mamy jakieś plany biznesowe. A pomieszkuję teraz w innym miejscu. Mieliśmy szczęście, że trafiło na Nicholasa, nie kolejną wścibską babę - powiedział w końcu, wyjaśniając powód swojej irytacji. Nie zdążył przekazać Robertowi informacji, że Black już nie będzie się obok niego kręcić i że na ten moment nie mieszka u siebie - Mulciber go wyprzedził. - Chociaż jedną prawie rzuciłeś w moje ramiona.
Skrzywił się nieznacznie, bo flirty i nawiązywanie kontaktów z kobietami były w tej chwili ostatnią rzeczą, na którą miał ochotę.
- Zdajesz sobie sprawę z tego, jak wiele luk miał ten plan? - zapytał, przenosząc spojrzenie z powrotem na Roberta. Rodolphus nienawidził działać bez planu i chociaż w teorii poradził sobie z zadaniem, to przecież po drodze mogło wszystko pójść nie tak. - Wiesz doskonale, że pójdę za tobą w ogień, Robercie. Przysięga nie była do tego konieczna. Ale testowanie mnie w ten sposób może tylko sprawić, że zasłona dymna puści i ktoś niepowołany dowie się, co robimy.
Czy Robert w ogóle zdawał sobie sprawę z tego, że przysięga wieczysta faktycznie nie była koniecznością w przypadku Lestrange'a? Czy tak zapętlił się w swojej paranoi, że w ogóle nie wziął tego pod uwagę?