24.02.2024, 18:38 ✶
Jego uwadze nie umknął fakt, że Robert nieco zbyt energicznie odłożył szklankę. Zirytował go? I dobrze - oko za oko, ząb za ząb. Przyjemne ciepło popędziło wzdłuż kręgosłupa, gdy zorientował się, że Mulciberowi niekoniecznie podoba się fakt, w jaki sposób toczy się ta rozmowa. Jego celem nie było rozjuszyć Roberta tak, by ten się ciskał po pokoju. Ot, delikatnie szturchał go kijem i tańczył na cieniutkiej nitce gdzieś na styku dwóch rzeczywistości, uważając by nie zlecieć w przepaść. W gruncie rzeczy stracił niemal wszystko i Robert był ostatnią stałą rzeczą w jego życiu - nie chciał stracić również tego.
- Nie miałeś planu? - drgnął. Brwi Rodolphusa uniosły się lekko, a na twarzy chłopaka pojawiło się zaskoczenie. W żadnym scenariuszu tej rozmowy nie przewidział, że Mulciber mógł działać bez planu. Nie dopuszczał do siebie nigdy myśli, że Robert mógł po prostu się nie przygotować. Lestrange prychnął, słysząc tekst o losie i szczęściu. Przetarł dłonią twarz, bardzo powoli. - Los i szczęście? Od kiedy powierzasz powodzenie czegoś większego takim kłamstwom jak uśmiech losu?
Przyjrzał mu się uważniej. To na pewno był Robert, nie miał co do tego wątpliwości. Tylko czemu tak pierdoli od rzeczy? To do niego nie pasowało. Może wziął sobie za dużo na głowę i przez to zaczynał działać nierozważnie? A przecież jego rolą było chronienie Roberta przed takimi działaniami. Przecież jeżeli on pójdzie na dno, to Rodolphus poleci razem z nim, prosto w toń.
- A nie był? I piękne słowa: prawie bym w nie uwierzył, gdyby nie wyszły z ust człowieka, który zabezpieczył się przysięgą wieczystą - mimo wszystko odrobinę się rozluźnił i było to zauważalne. On sam ufał Robertowi w ograniczonym stopniu. Tak robili ludzie, którzy wiedzieli, że mogą zajść daleko i chcieli się odpowiednio zabezpieczyć.
Rodolphus mimowolnie sięgnął po szklankę, którą Robert odłożył, i obrócił ją w dłoni, w zamyśleniu przyglądając się szkłu. Nie miał zamiaru z niej pić, po prostu potrzebował zebrać myśli i czymś zająć ręce.
- Jestem po prostu ostrożny - sprostował, ponownie wlepiając oczy w sylwetkę Roberta. Z cichym westchnięciem odłożył szklankę dokładnie w to samo miejsce, z którego ją zabrał. Nie przesunął jej nawet o milimetr. - Co dalej z Marie Abott? Trwam obecnie w zawieszeniu i nie jestem pewny, czy problem z Black wypłynie dostatecznie szybko, by zdobyć jej zaufanie. Pewnie na dniach będzie się kontaktować w sprawie tej sukienki. Nie wierzę, że uda się ją doprać, więc będę musiał się z Marie spotkać. W jej przypadku strata czegoś, na co przeznaczyła trzy wypłaty, jest zauważalna i pewnie bolesna.
Ostatnio tyle ubrań wyrzucił przez problemy z doczyszczeniem ich, że dziękował sobie w duchu za to, że jego marynarka była czarna i nie musiał i jej się pozbywać. Wystarczyło tylko porządne czyszczenie. Przekrzywił nieco głowę, studiując wyraz twarzy Roberta. O czym myślał? Czy miał w ogóle jakiś plan, czy znów chciał iść na żywioł? Co ten człowiek miał w tej chwili w głowie? Oddałby naprawdę wiele, żeby się tego dowiedzieć.
- Nie miałeś planu? - drgnął. Brwi Rodolphusa uniosły się lekko, a na twarzy chłopaka pojawiło się zaskoczenie. W żadnym scenariuszu tej rozmowy nie przewidział, że Mulciber mógł działać bez planu. Nie dopuszczał do siebie nigdy myśli, że Robert mógł po prostu się nie przygotować. Lestrange prychnął, słysząc tekst o losie i szczęściu. Przetarł dłonią twarz, bardzo powoli. - Los i szczęście? Od kiedy powierzasz powodzenie czegoś większego takim kłamstwom jak uśmiech losu?
Przyjrzał mu się uważniej. To na pewno był Robert, nie miał co do tego wątpliwości. Tylko czemu tak pierdoli od rzeczy? To do niego nie pasowało. Może wziął sobie za dużo na głowę i przez to zaczynał działać nierozważnie? A przecież jego rolą było chronienie Roberta przed takimi działaniami. Przecież jeżeli on pójdzie na dno, to Rodolphus poleci razem z nim, prosto w toń.
- A nie był? I piękne słowa: prawie bym w nie uwierzył, gdyby nie wyszły z ust człowieka, który zabezpieczył się przysięgą wieczystą - mimo wszystko odrobinę się rozluźnił i było to zauważalne. On sam ufał Robertowi w ograniczonym stopniu. Tak robili ludzie, którzy wiedzieli, że mogą zajść daleko i chcieli się odpowiednio zabezpieczyć.
Rodolphus mimowolnie sięgnął po szklankę, którą Robert odłożył, i obrócił ją w dłoni, w zamyśleniu przyglądając się szkłu. Nie miał zamiaru z niej pić, po prostu potrzebował zebrać myśli i czymś zająć ręce.
- Jestem po prostu ostrożny - sprostował, ponownie wlepiając oczy w sylwetkę Roberta. Z cichym westchnięciem odłożył szklankę dokładnie w to samo miejsce, z którego ją zabrał. Nie przesunął jej nawet o milimetr. - Co dalej z Marie Abott? Trwam obecnie w zawieszeniu i nie jestem pewny, czy problem z Black wypłynie dostatecznie szybko, by zdobyć jej zaufanie. Pewnie na dniach będzie się kontaktować w sprawie tej sukienki. Nie wierzę, że uda się ją doprać, więc będę musiał się z Marie spotkać. W jej przypadku strata czegoś, na co przeznaczyła trzy wypłaty, jest zauważalna i pewnie bolesna.
Ostatnio tyle ubrań wyrzucił przez problemy z doczyszczeniem ich, że dziękował sobie w duchu za to, że jego marynarka była czarna i nie musiał i jej się pozbywać. Wystarczyło tylko porządne czyszczenie. Przekrzywił nieco głowę, studiując wyraz twarzy Roberta. O czym myślał? Czy miał w ogóle jakiś plan, czy znów chciał iść na żywioł? Co ten człowiek miał w tej chwili w głowie? Oddałby naprawdę wiele, żeby się tego dowiedzieć.