05.12.2022, 01:24 ✶
Jego lico mogło zastygnąć w chłodnym bezruchu godnym marmurowych pomników, lecz Perseus dostrzegał w nim wszystkie pęknięcia; całą krakelurę emocji na płótnie pozornego opanowania, niemalże namacalne wgłębienia na połyskującej tarczy jego aury. Widzę twoją duszę, wyszeptał mu pewnej letniej nocy, kiedy wiatr zgasił płomień świecy, wnosząc do mieszkania Elliotta rozkosznie chłodną bryzę długo wyczekiwanego deszczu po kilku tygodniach suszy. Wiem, że to brzmi banalnie, ale jest najpiękniejszą, jaką kiedykolwiek widziałem. Przypomina rozgwieżdżone niebo.
Czuł go także, czuł całym sobą, nie tylko wówczas, gdy składał rozgorączkowane pocałunki na alabastrze nagiej skóry, a opuszki palców kochanka błądziły po konstelacji pieprzyków pomiędzy jego łopatkami; Elliott zaplątał się w Perseusa, przylgnął duszą do jego duszy, aż jego emocje stały się emocjami Blacka, który triumfował także, gdy triumfował przyjaciel, zaś jego krzywdy stawały się także jego własnymi.
Zachwiał się bezbronny pod naporem jego oskarżeń, skruszony wobec jego łez. Rozchylił wargi, gotów wyrazić sprzeciw, lecz w tej samej chwili wszystkie znane mu słowa rozpierzchły się, gubiąc cały sens. Zadrżał, gdy blady policzek Malfoya wsparł się o jego tors, a gorące krople zraszały jego koszulę; nie chciał, aby usłyszał, jak jego serce gwałtownie przyśpiesza, desperacko próbując wyrwać się z klatki żeber. Wiedział, że kiedyś ten moment nastąpi, że któregoś dnia czara się przeleje i zostanie postawiony pod ścianą; ze wzroskiem wbitym w sufit podczas bezsennych nocy układał możliwe scenariusze tej rozmowy, przygotowywał monolog, w którym miał wyjaśnić wszystko i znów wkupić się w jego łaski, lecz gdy przyszedł dzień próby, nie potrafił przypomnieć sobie co tak właściwie chciał mu przekazać. Atawizm nakazywał mu ucieczkę, jednak ciało zrobiło się tak przyjemnie wiotkie, gdy tylko ukochane ramiona znów go oplotły.
Z miłości, chciał mu odpowiedzieć. Bo przecież kochał Elliotta, iskrę w jego oczach i tembr podniecenia wybrzmiewający w przyjemnym barytonie, kiedy rozmawiali godzinami o rzeczach ważnych i zarazem nieistotnych, ciętość języka i jasny śmiech odbijający się od ścian, jego zawsze wyprostowane plecy i łagodne rysy, oczy jak niebo w sierpniowy poranek i gdy popołudniowe słońce tańczyło na jego włosach, nadając im na moment złocistej poświaty podobnej aureoli, kochał także rozedrganie palców rozpinających kolejne guziki koszuli oraz sposób, w jaki nazywał go Percym zamiast Perseusem; drażniąco protekcjonalny, a jednocześnie tejże protekcjonalności pozbawiony. Kochał, gdy w zimowe poranki ujmował kubek obiema dłońmi oraz jak ściągał brwi gotów skarcić go za kolejny akt lekkomyślności. Kochał go; gorliwie i rozpaczliwie, pragnął być jego sztandarem i tarczą, ramionami, w których znajdzie ukojenie. Pragnął, aby Elliott potrzebował go tak samo, jak on jego, a jednocześnie nie potrafił dopuścić do siebie myśli, że mógłby zainteresować się kimś takim jak on. Wstrzemięźliwość i zachłanność walczyły bezustannie o dominację nad jego naturą.
Zawiesił wzrok na czarnym drewnie laski żałośnie wspartej o jego biurko, a pojedynczy srebrzysty szlak przetarł jego policzek. W jego pragnieniach od zawsze brakowało zborności, egoizm przeplatał się z altruizmem, nienawiść do siebie zastępował postawą negatywistyczną względem świata, strach zaś mieszał się z odwagą – z dnia na dzień zostawił za sobą całe dotychczasowe życie i wyruszył ku nieznanemu, naiwnie wierząc, że w ten sposób uwolni się od litości na dobrze znanych twarzach, że obojętność nieznajomych będzie łatwiejsza do przełknięcia niż przyznanie się, że powoli tracił zdolność chodzenia. Paryż być może pozwolił mu przez jakiś czas cieszyć się wolnością, lecz wyjazd nie wymazał z jego karty choroby, podstępnie atakującej układ nerwowy. W końcu musiał uciec się do kłamstwa i zatracił się w nim tak mocno, iż sam łapał się na myśleniu, że jeszcze nie wszystko stracone.
Czasami wpatrywał się pustym wzrokiem w przestrzeń przed sobą, zastanawiając się, jak wyglądałoby jego życie, gdyby nie uciekł. Czy nadal potajemnie spotykałby się z Elliottem? Czy przyjaciel ożeniłby się z Simone? Czy Perseusowi podsunięto by Eunice, aby uciąć wszelkie insynuacje na temat jego skłonności? Innym razem sięgał wspomnieniami do ich ostatniej nocy; wciąż ciepłej, lecz niosącej w sobie podmuchy nadchodzącej jesieni. Pamiętał światło ulicznych latarni rzucające blask na jego skórę i błagalny ton własnego głosu, gdy powtarzał „spójrz na mnie”. Chciałby, aby czas się zatrzymał, aby utkwili na wieki w pokoju skąpanym w bursztynowej poświacie, tak, jak te owady, których kolekcję miała jego matka i którą pewnego deszczowego popołudnia pokazywał mu na Grimmauld Place pod jej nieobecność. Gdyby tylko Elliott go wtedy zatrzymał, gdyby nie pozwolił mu tak łatwo wysunąć się z ciepłej pościeli, gdyby chwycił go nad ranem za nadgarstek, gdy w pośpiechu szukał swych ubrań rozrzuconych na podłodze, gdyby nakazał mu zostać, gdyby…
Gdyby, gdyby, gdyby… Ach! To pytanie odbijało się pod sklepieniem jego duszy, będąc przyczyną wszelkiej udręki umysłu.
— Ponieważ nie chciałem cię na siebie skazywać — wyznał wreszcie, lecz zamiast ulgi poczuł jedynie jak krawat zamienia się w pętlę zaciskającą się coraz mocniej wokół jego szyi — Ponieważ byłem na tyle bezczelny, żeby rościć sobie prawo do stanowienia o tym, co dla ciebie lepsze — miał wrażenie, że traci grunt pod stopami; to kat w czarnym kapturze po odczytaniu wyroku uruchomił zapadnię, jednak źle obliczył długość sznura, który teraz uciskał jego krtań, gdy szarpał się w konwulsjach. — Ponieważ tak bardzo się bałem, że pociągnę cię za sobą na dno. Bo nie chciałem, abyś któregoś dnia spojrzał na mnie w taki sam sposób, w jaki widzę siebie.
Bo przecież Elliott był poezją poruszającą rozstrojone serce, pieśnią osiadającą na ustach, harmonicznością etiudy, światłością odległych konstelacji i obietnicą słońca po burzy. Był przecież gwiazdą zawieszoną w próżni kosmosu, wokół której krążyły złaknione jego ciepłego blasku planety. A Perseus? Perseus był urwaną w połowie myślą, fałszywie zagraną przygrywką do melodii, hebanowym całunem nocy. Był cieniem podążającym za przyjacielem, czarną wroną na śniegu, zwiastunem wszelkich nieszczęść, które miały po sobie nastąpić; kimś, komu nie była przeznaczona migocząca ścieżka na firmamencie, a półmrok obmierzłych zaułków Nokturnu. Śmierć bowiem przylgnęła do niego jeszcze zanim zsiniałe wargi zaczerpnęły pierwszy oddech, podczas krótkiej chwili zawahania wrzynającej się na czole matki głęboką bruzdą. Przeklęty Black, urodzony w Samhain, przeklęty kłamca i morderca, który powinien pokutować za swe grzechy pośród zimnych murów Azkabanu.
Grymas bólu wykrzywił jego twarz; nagle wydało mu się, że dotyk Elliotta parzy jego skórę, pali tkanki aż do kości. Rozluźnił więc swój uścisk, lecz nie od razu zdecydował się od niego odsunąć, jakby z obawy, że pozbawiony jego żaru zamarznie. W końcu wziął głęboki oddech, wierzchem dłoni starł wilgoć z policzka i wypuścił Elliotta z objęć.
— Posłuchaj mnie teraz uważnie — jego głos brzmiał szorstko, zupełnie niepodobnie do mężczyzny, który przed chwilą obnażał swą duszę; nawet jeżeli było to powierzchowne, jak zdjęcie szalika. — Mogą chcieć zrobić jej autopsję, jeśli nabiorą podejrzeń. Teoretycznie nie powinni, mam całą dokumentację przemawiającą na naszą korzyść, ale gdyby jednak okazała się niewystarczająca, musisz użyć wszystkich swoich koneksji, aby do tego nie doszło.
Nie wiedział bowiem, ile toksyny zawarte w krwi Blacków mogą utrzymywać się w ciele osoby, która została nimi uraczona; wolał nie przekonywać się na własnej skórze. Musieli działać teraz ostrożnie, aby cała intryga nie wyszła na jaw.
— Nie doprowadzaj się do porządku. Tak wyglądasz wiarygodniej — dodał, spoglądając na jego opuchniętą od płaczu twarz.
Ze wszystkich rzeczy na świecie, najbardziej nienawidził tego widoku.
Czuł go także, czuł całym sobą, nie tylko wówczas, gdy składał rozgorączkowane pocałunki na alabastrze nagiej skóry, a opuszki palców kochanka błądziły po konstelacji pieprzyków pomiędzy jego łopatkami; Elliott zaplątał się w Perseusa, przylgnął duszą do jego duszy, aż jego emocje stały się emocjami Blacka, który triumfował także, gdy triumfował przyjaciel, zaś jego krzywdy stawały się także jego własnymi.
Zachwiał się bezbronny pod naporem jego oskarżeń, skruszony wobec jego łez. Rozchylił wargi, gotów wyrazić sprzeciw, lecz w tej samej chwili wszystkie znane mu słowa rozpierzchły się, gubiąc cały sens. Zadrżał, gdy blady policzek Malfoya wsparł się o jego tors, a gorące krople zraszały jego koszulę; nie chciał, aby usłyszał, jak jego serce gwałtownie przyśpiesza, desperacko próbując wyrwać się z klatki żeber. Wiedział, że kiedyś ten moment nastąpi, że któregoś dnia czara się przeleje i zostanie postawiony pod ścianą; ze wzroskiem wbitym w sufit podczas bezsennych nocy układał możliwe scenariusze tej rozmowy, przygotowywał monolog, w którym miał wyjaśnić wszystko i znów wkupić się w jego łaski, lecz gdy przyszedł dzień próby, nie potrafił przypomnieć sobie co tak właściwie chciał mu przekazać. Atawizm nakazywał mu ucieczkę, jednak ciało zrobiło się tak przyjemnie wiotkie, gdy tylko ukochane ramiona znów go oplotły.
Z miłości, chciał mu odpowiedzieć. Bo przecież kochał Elliotta, iskrę w jego oczach i tembr podniecenia wybrzmiewający w przyjemnym barytonie, kiedy rozmawiali godzinami o rzeczach ważnych i zarazem nieistotnych, ciętość języka i jasny śmiech odbijający się od ścian, jego zawsze wyprostowane plecy i łagodne rysy, oczy jak niebo w sierpniowy poranek i gdy popołudniowe słońce tańczyło na jego włosach, nadając im na moment złocistej poświaty podobnej aureoli, kochał także rozedrganie palców rozpinających kolejne guziki koszuli oraz sposób, w jaki nazywał go Percym zamiast Perseusem; drażniąco protekcjonalny, a jednocześnie tejże protekcjonalności pozbawiony. Kochał, gdy w zimowe poranki ujmował kubek obiema dłońmi oraz jak ściągał brwi gotów skarcić go za kolejny akt lekkomyślności. Kochał go; gorliwie i rozpaczliwie, pragnął być jego sztandarem i tarczą, ramionami, w których znajdzie ukojenie. Pragnął, aby Elliott potrzebował go tak samo, jak on jego, a jednocześnie nie potrafił dopuścić do siebie myśli, że mógłby zainteresować się kimś takim jak on. Wstrzemięźliwość i zachłanność walczyły bezustannie o dominację nad jego naturą.
Zawiesił wzrok na czarnym drewnie laski żałośnie wspartej o jego biurko, a pojedynczy srebrzysty szlak przetarł jego policzek. W jego pragnieniach od zawsze brakowało zborności, egoizm przeplatał się z altruizmem, nienawiść do siebie zastępował postawą negatywistyczną względem świata, strach zaś mieszał się z odwagą – z dnia na dzień zostawił za sobą całe dotychczasowe życie i wyruszył ku nieznanemu, naiwnie wierząc, że w ten sposób uwolni się od litości na dobrze znanych twarzach, że obojętność nieznajomych będzie łatwiejsza do przełknięcia niż przyznanie się, że powoli tracił zdolność chodzenia. Paryż być może pozwolił mu przez jakiś czas cieszyć się wolnością, lecz wyjazd nie wymazał z jego karty choroby, podstępnie atakującej układ nerwowy. W końcu musiał uciec się do kłamstwa i zatracił się w nim tak mocno, iż sam łapał się na myśleniu, że jeszcze nie wszystko stracone.
Czasami wpatrywał się pustym wzrokiem w przestrzeń przed sobą, zastanawiając się, jak wyglądałoby jego życie, gdyby nie uciekł. Czy nadal potajemnie spotykałby się z Elliottem? Czy przyjaciel ożeniłby się z Simone? Czy Perseusowi podsunięto by Eunice, aby uciąć wszelkie insynuacje na temat jego skłonności? Innym razem sięgał wspomnieniami do ich ostatniej nocy; wciąż ciepłej, lecz niosącej w sobie podmuchy nadchodzącej jesieni. Pamiętał światło ulicznych latarni rzucające blask na jego skórę i błagalny ton własnego głosu, gdy powtarzał „spójrz na mnie”. Chciałby, aby czas się zatrzymał, aby utkwili na wieki w pokoju skąpanym w bursztynowej poświacie, tak, jak te owady, których kolekcję miała jego matka i którą pewnego deszczowego popołudnia pokazywał mu na Grimmauld Place pod jej nieobecność. Gdyby tylko Elliott go wtedy zatrzymał, gdyby nie pozwolił mu tak łatwo wysunąć się z ciepłej pościeli, gdyby chwycił go nad ranem za nadgarstek, gdy w pośpiechu szukał swych ubrań rozrzuconych na podłodze, gdyby nakazał mu zostać, gdyby…
Gdyby, gdyby, gdyby… Ach! To pytanie odbijało się pod sklepieniem jego duszy, będąc przyczyną wszelkiej udręki umysłu.
— Ponieważ nie chciałem cię na siebie skazywać — wyznał wreszcie, lecz zamiast ulgi poczuł jedynie jak krawat zamienia się w pętlę zaciskającą się coraz mocniej wokół jego szyi — Ponieważ byłem na tyle bezczelny, żeby rościć sobie prawo do stanowienia o tym, co dla ciebie lepsze — miał wrażenie, że traci grunt pod stopami; to kat w czarnym kapturze po odczytaniu wyroku uruchomił zapadnię, jednak źle obliczył długość sznura, który teraz uciskał jego krtań, gdy szarpał się w konwulsjach. — Ponieważ tak bardzo się bałem, że pociągnę cię za sobą na dno. Bo nie chciałem, abyś któregoś dnia spojrzał na mnie w taki sam sposób, w jaki widzę siebie.
Bo przecież Elliott był poezją poruszającą rozstrojone serce, pieśnią osiadającą na ustach, harmonicznością etiudy, światłością odległych konstelacji i obietnicą słońca po burzy. Był przecież gwiazdą zawieszoną w próżni kosmosu, wokół której krążyły złaknione jego ciepłego blasku planety. A Perseus? Perseus był urwaną w połowie myślą, fałszywie zagraną przygrywką do melodii, hebanowym całunem nocy. Był cieniem podążającym za przyjacielem, czarną wroną na śniegu, zwiastunem wszelkich nieszczęść, które miały po sobie nastąpić; kimś, komu nie była przeznaczona migocząca ścieżka na firmamencie, a półmrok obmierzłych zaułków Nokturnu. Śmierć bowiem przylgnęła do niego jeszcze zanim zsiniałe wargi zaczerpnęły pierwszy oddech, podczas krótkiej chwili zawahania wrzynającej się na czole matki głęboką bruzdą. Przeklęty Black, urodzony w Samhain, przeklęty kłamca i morderca, który powinien pokutować za swe grzechy pośród zimnych murów Azkabanu.
Grymas bólu wykrzywił jego twarz; nagle wydało mu się, że dotyk Elliotta parzy jego skórę, pali tkanki aż do kości. Rozluźnił więc swój uścisk, lecz nie od razu zdecydował się od niego odsunąć, jakby z obawy, że pozbawiony jego żaru zamarznie. W końcu wziął głęboki oddech, wierzchem dłoni starł wilgoć z policzka i wypuścił Elliotta z objęć.
— Posłuchaj mnie teraz uważnie — jego głos brzmiał szorstko, zupełnie niepodobnie do mężczyzny, który przed chwilą obnażał swą duszę; nawet jeżeli było to powierzchowne, jak zdjęcie szalika. — Mogą chcieć zrobić jej autopsję, jeśli nabiorą podejrzeń. Teoretycznie nie powinni, mam całą dokumentację przemawiającą na naszą korzyść, ale gdyby jednak okazała się niewystarczająca, musisz użyć wszystkich swoich koneksji, aby do tego nie doszło.
Nie wiedział bowiem, ile toksyny zawarte w krwi Blacków mogą utrzymywać się w ciele osoby, która została nimi uraczona; wolał nie przekonywać się na własnej skórze. Musieli działać teraz ostrożnie, aby cała intryga nie wyszła na jaw.
— Nie doprowadzaj się do porządku. Tak wyglądasz wiarygodniej — dodał, spoglądając na jego opuchniętą od płaczu twarz.
Ze wszystkich rzeczy na świecie, najbardziej nienawidził tego widoku.
![[Obrazek: 2eLtgy5.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=2eLtgy5.png)
if i can't find peace, give me a bitter glory