24.02.2024, 20:19 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 24.02.2024, 20:25 przez Samuel McGonagall.)
Tańczę z Norą, prawie się potykam o własne nogi w związku z zamieszaniem na parkiecie, przechodzę z Norą na skraj parkietu bliżej baru z zamiarem pożegnania się na zawsze i na wieczność
A mi nie... mi nie jest wcale przykro, wręcz przeciwnie, bardzo się cieszę, że poza żałobą nie musiałem dźwigać brzmienia faktu, że stałem się Twoją kulą u nogi, stałem się tym, przed czym tak bardzo chciałem Cię uchronić Rajski Ptaku...
Nie powiedział tego, choć to była prawda. Ale nawet w swej prostolinijności i prawdomówności, Samuel doskonale zdawał sobie sprawę, że są pewne rzeczy, którym nie powinno się wybrzmieć, słowa, które nie przyniosłyby ulgi, a niepotrzebnie rozdrapywanie starych ran. Choć... czy właśnie teraz nie rozdrapywali ich właśnie krogulczymi szponami, pod wpływem impulsu, głupiej piosenki, która pchała do jeszcze głupszych wyznań.
– To nic... – powiedział zamiast tego, pogrążony we własnych myślach, zupełnie nieświadomie łapiąc w dwa palce zagubiony na jej doskonałym czole kosmyk boskich, złocisto-lnianych włosów, który ogarnął do tyłu jej idealnej głowy. To ona powinna tej nocy nosić diadem, brylować, wodzić na pokuszenie i rozdawać swój czar komu tylko chciała. Zajmował jej tylko czas.
Może myśli znalazły odbicie w jego twarzy, bolesny grymas ukryty został przed światem zaciśniętą szczęką, błękit oczu stał się chłodniejszy, przywodzący na myśl raczej nieprzystępny, oślepiający zimowy poranek, wnikający przez odzienie wprost do drżących kości. Zesztywniałe ciało zgubiło rytm, i tak za moment śpiewający miał już dać pokój sentymentom.
– Ja... – urwał i przełknął ślinę, odsuwając się od niej, chcąc przeprosić za tę chwilę niepotrzebnej intymności, za temat psujący jej szampański nastrój, za to, że pozwolił sobie na moment zaistnieć w jej cudnej domenie, wejść w krąg światła, który roztaczała wokół siebie. Zamieszanie za plecami rozkojarzyło go, odwrócił się, odsunął, nawet do końca nie skojarzył, że z parkietem bliżej powitała się jego nowa znajoma, właścicielka Hszyszszsztoffffi...ka. Trochę odruchowo osłonił Norę, zbliżając się z nią skraju parkietu, tracąc wątek, tracąc myśl, tracąc... kto wie, może jedyną okazję, by cokolwiek zrobić nie tyle ze straconym czasem, ile przyszłością, której wciąż powinni mieć przed sobą całkiem sporo.
A mi nie... mi nie jest wcale przykro, wręcz przeciwnie, bardzo się cieszę, że poza żałobą nie musiałem dźwigać brzmienia faktu, że stałem się Twoją kulą u nogi, stałem się tym, przed czym tak bardzo chciałem Cię uchronić Rajski Ptaku...
Nie powiedział tego, choć to była prawda. Ale nawet w swej prostolinijności i prawdomówności, Samuel doskonale zdawał sobie sprawę, że są pewne rzeczy, którym nie powinno się wybrzmieć, słowa, które nie przyniosłyby ulgi, a niepotrzebnie rozdrapywanie starych ran. Choć... czy właśnie teraz nie rozdrapywali ich właśnie krogulczymi szponami, pod wpływem impulsu, głupiej piosenki, która pchała do jeszcze głupszych wyznań.
– To nic... – powiedział zamiast tego, pogrążony we własnych myślach, zupełnie nieświadomie łapiąc w dwa palce zagubiony na jej doskonałym czole kosmyk boskich, złocisto-lnianych włosów, który ogarnął do tyłu jej idealnej głowy. To ona powinna tej nocy nosić diadem, brylować, wodzić na pokuszenie i rozdawać swój czar komu tylko chciała. Zajmował jej tylko czas.
Może myśli znalazły odbicie w jego twarzy, bolesny grymas ukryty został przed światem zaciśniętą szczęką, błękit oczu stał się chłodniejszy, przywodzący na myśl raczej nieprzystępny, oślepiający zimowy poranek, wnikający przez odzienie wprost do drżących kości. Zesztywniałe ciało zgubiło rytm, i tak za moment śpiewający miał już dać pokój sentymentom.
– Ja... – urwał i przełknął ślinę, odsuwając się od niej, chcąc przeprosić za tę chwilę niepotrzebnej intymności, za temat psujący jej szampański nastrój, za to, że pozwolił sobie na moment zaistnieć w jej cudnej domenie, wejść w krąg światła, który roztaczała wokół siebie. Zamieszanie za plecami rozkojarzyło go, odwrócił się, odsunął, nawet do końca nie skojarzył, że z parkietem bliżej powitała się jego nowa znajoma, właścicielka Hszyszszsztoffffi...ka. Trochę odruchowo osłonił Norę, zbliżając się z nią skraju parkietu, tracąc wątek, tracąc myśl, tracąc... kto wie, może jedyną okazję, by cokolwiek zrobić nie tyle ze straconym czasem, ile przyszłością, której wciąż powinni mieć przed sobą całkiem sporo.