24.02.2024, 22:18 ✶
Lord Voldemort opuścił latarnię w dół. Nie raziła cię już w oczy, ale kiedy rozejrzałaś się wokół, wciąż otaczała was szczelna ciemność.
- Hihi. Ha ha... - zachichotało echo, kiedy odpowiedziałaś za zadane pytanie. To miejsce było dziwne - czułaś się w nim jakby wasza obecność była jedynym, co nie pozwalało pochłonąć go absolutnej nicości. Tylko wy dwoje i to światło - podtrzymujący jego egzystencję swoją wędrówką pośrodku nicości.
- Czyli to koszmarnie nieudana teleportacja. - Nie brzmiał na zawiedzionego. Nie brzmiał też na zdziwionego. - Wbrew wszelkiej logice udana na idealnie tyle, aby udało ci się przełamać zaklęcia chroniące to miejsce... - Zaakceptował to wytłumaczenie, ale uczucie ulgi, które towarzyszyło opuszczeniu przez niego twojego umysłu, utwierdziło cię w przekonaniu, że nie wystarczyły mu twoje słowa. Było jednak w tej scenie coś czyniącego ją pozbawioną poczucia, iż drążenie w twoich wspomnieniach wywołane było brakiem zaufania co do ciebie, do twoich działań i intencji - Voldemort nie użył tegoż zaklęcia z powodu braku wiary w ciebie - tu chodziło o te zabezpieczenia. O to, że nie powinno cię tu być. Czyżby udało ci się przełamać jakąś drzemiącą tu, starożytną magię?
- Co przed chwilą powiedziałem? - Że to nie jest podróż, w której powinnaś mu towarzyszyć. I czułaś, że miał rację, bo z tym ciemnym miejscem było coś nie tak - wokół Czarnego Pana zawsze rozpościerał się zaduch wywołany smrodem niegodziwej magii, ale tutaj było coś jeszcze - osiadała na tobie czarna sadza, na twoich dłoniach, twarzy, w twoim gardle. W tej ciemności unosił się ciemny jak diabli dym szukający miejsca, na którym mógłby osiąść. Czy miała pochłonąć was tu noc? Czy stałaś się jego towarzyszką w obliczu... śmierci? - Przytrzymaj latarnię. - Powiedział nagle, rzucając przedmiot w twoim kierunku, a później bez ostrzeżenia ruszył. Oczekiwał, iż za nim podążysz. Światło zaklęcia, jakie na nią rzucono, było liche, otaczał was tylko maleńki, wątły krąg jasności.
- Hihi. Ha ha... - zachichotało echo, kiedy odpowiedziałaś za zadane pytanie. To miejsce było dziwne - czułaś się w nim jakby wasza obecność była jedynym, co nie pozwalało pochłonąć go absolutnej nicości. Tylko wy dwoje i to światło - podtrzymujący jego egzystencję swoją wędrówką pośrodku nicości.
- Czyli to koszmarnie nieudana teleportacja. - Nie brzmiał na zawiedzionego. Nie brzmiał też na zdziwionego. - Wbrew wszelkiej logice udana na idealnie tyle, aby udało ci się przełamać zaklęcia chroniące to miejsce... - Zaakceptował to wytłumaczenie, ale uczucie ulgi, które towarzyszyło opuszczeniu przez niego twojego umysłu, utwierdziło cię w przekonaniu, że nie wystarczyły mu twoje słowa. Było jednak w tej scenie coś czyniącego ją pozbawioną poczucia, iż drążenie w twoich wspomnieniach wywołane było brakiem zaufania co do ciebie, do twoich działań i intencji - Voldemort nie użył tegoż zaklęcia z powodu braku wiary w ciebie - tu chodziło o te zabezpieczenia. O to, że nie powinno cię tu być. Czyżby udało ci się przełamać jakąś drzemiącą tu, starożytną magię?
- Co przed chwilą powiedziałem? - Że to nie jest podróż, w której powinnaś mu towarzyszyć. I czułaś, że miał rację, bo z tym ciemnym miejscem było coś nie tak - wokół Czarnego Pana zawsze rozpościerał się zaduch wywołany smrodem niegodziwej magii, ale tutaj było coś jeszcze - osiadała na tobie czarna sadza, na twoich dłoniach, twarzy, w twoim gardle. W tej ciemności unosił się ciemny jak diabli dym szukający miejsca, na którym mógłby osiąść. Czy miała pochłonąć was tu noc? Czy stałaś się jego towarzyszką w obliczu... śmierci? - Przytrzymaj latarnię. - Powiedział nagle, rzucając przedmiot w twoim kierunku, a później bez ostrzeżenia ruszył. Oczekiwał, iż za nim podążysz. Światło zaklęcia, jakie na nią rzucono, było liche, otaczał was tylko maleńki, wątły krąg jasności.
Post: Eutierria