W tej chwili nie potrafiła tego docenić, ale dajmy Ginewrze kilka minut i pewnie sama zauważy, że Cathal wyjątkowo się starał nie być bezczelnym chamidłem i całkowitym przeciwieństwem angielskiego dżentelmena, jakim bywał na co dzień. Było to o tyle nienaturalne co nawet urocze, chociaż akurat Ginny lubiła w nim to, że nie miał takiego kija w tyłku i nie przejmował się tak konwenansami i tym co wypada, a czego nie, i robił (w większości) co chciał. Teraz jednak, gdy też próbował nad sobą zapanować… Właściwie powinna być mu wdzięczna – lecz to nie był jeszcze czas wdzięczności, a próby przeczekania jakoś tych much w nosie, co to jej się narobiły i psuły nastrój.
Siadła na stołku w milczeniu i również w ciszy odebrała drinka, którego zamówił jej Cathal. Przez moment kręciła w nim słomką, patrząc gdzieś w przestrzeń, starając się uspokoić – te swoje debilne myśli, niezadowolenie, które i ja wkurzało, może nawet bardziej niż to, że przegrała głupi konkurs, na który się nawet nie pisała. I to jeszcze z jakimś mugolem. Ostatecznie parsknęła coś pod nosem i przyssała się do słomki, by napić się swojego drinka. Nie miała mocnej głowy, bo nie miała jej gdzie wyćwiczyć. Trochę alkoholu wcześniej, trochę teraz, i już czuła, że coś odrobinę zaczyna jej szumieć.
– Dzięki – burknęła po chwili, gdy już się odkleiła od słomki i w końcu spojrzała kątem oka na Cathala, wprost spod firany długich rzęs. Dziekowała ca drinka czy za cierpliwość?
A to Cathal musiał zgadnąć sam. Przekora jej charakteru raz wszystko ułatwiała, ale innym (znacznie częstszym) razem wręcz przeciwnie. Lubiła ludzi brał czasem pod włos, lubiła nie powiedzieć czegoś tam wprost. Lubiła, gdy druga strona była zmuszona do myślenia, a Cathalowi z myśleniem było bardzo do twarzy.
– Nie no nie przyszliśmy tu przecież po to, żeby pić drinki, jeść tego jakiegoś tam burgera z wiśniami w czekoladzie i napojem z lodami – oczywiście, że wszystko pomieszała, bo zapamiętała tylko słowa-klucze, jakie Cal rzucił na początku. A poza tym te smaki, które wymieniła, nie wydały jej takie dziwne, ostatecznie nie do końca była zaznajomiona ze wszystkimi dziwacznymi potrawami z Anglii. – Założę się, że jakbyśmy chcieli coś zjeść to gdzie indziej byłoby lepsze żarcie – to był w końcu klub TANECZNY a nie burgerownia, ani lodziarnia. KLUB TANECZNY, a nie bar z wyszukanymi alkoholami. Kątem oka dostrzegła te kolorowe iskry przy scenie – ale i na niej nie robiło to większego wrażenia, w przeciwieństwie do mugoli, którzy okrzykiwali to jakimiś wiwatami. Ale serio? Wystarczyło wejść do sali, gdzie dzieciaki ćwiczyły zaklęcia. Przynajmniej jeden przypadek na dziesięć sprawiał, że coś wokół wybuchało. – Chodź potańczyć – rzuciła i nawet spróbowała się uśmiechnąć. I był to szczery uśmiech, choć trochę nieśmiały. A nieśmiały, bo pomalutku poprawiał jej się humor, czy raczej pomału powracał do wersji wyjściowej. – Ale ani jednego konkursu więcej – bo jej duma nie zniosłaby porażki.
I nawet złapała Cathala i pociągnęła go za sobą, kiedy już dopiła drinka i wstała ze stołka.