25.02.2024, 00:03 ✶
Chwycił go za rękę, ale nie odsunął jej. Nie kazał mu wypierdalać, nie uderzył go - po prostu złapał go za dłoń i trzymał ją zdecydowanie dłużej, niż powinien. I w tej chwili Rodolphus zrozumiał, że wygrał. Wygrał w grę, którą sam rozpoczął, w którą bezlitośnie wciągnął Roberta niewiele w sumie myśląc o konsekwencjach. Bo przecież na tym etapie, już gdy tylko znalazł się w gabinecie, wszystko mogło pójść nie tak. W zasadzie to nawet tego nie planował, bo przyszedł tu z innym zamiarem: tak po prostu samo wyszło. Robert go ostrzegał, który to już raz? Czy robił to specjalnie, zauważył że im bardziej to robi, tym Rodolphus bardziej się do niego zbliża? Czy może ten fakt mu umknął, bo przecież sytuacja, w której się znaleźli, nie mogła być dla niego komfortowa? Wtedy ludzie popełniali błędy.
- Nie wątpię, że kiedyś tego pożałuję - przyznał nadzwyczaj szczerze, bo przecież nie był głupcem i doskonale zdawał sobie sprawę z konsekwencji. Ale czuł podskórnie, że będzie warto. Robert pociągał go przede wszystkim na poziomie psychicznym. Byli do siebie bardzo podobni: być może na pierwszy rzut oka ciężko było te podobieństwa dostrzec, bo przecież Lestrange był młodszy, ale gdyby ktoś się przypatrzył, to dostrzegłby te same wzorce. Rodolphus kroczył tą samą ścieżką, co Robert przed laty. Mieli wspólny cel, wspólne dziwactwa, wspólne spojrzenie na pewne kwestie. Jednocześnie on postrzegał Mulcibera jako człowieka niebezpiecznego, jak ogień z którym nie należało igrać. Sęk w tym, że on kochał ryzyko - jego życie to było jedno wielkie ryzyko. I być może nie wychylał się na co dzień, ale ich wspólne badania, działalność przy boku Lorda Voldemorta oraz to, co robili teraz, dawało mu adrenalinę, której potrzebował do tego, by żyć. - Ale podejmę to ryzyko.
Nie było już odwrotu, bo gdy tylko wybrzmiały ostatnie słowa, Rodolphus przechylił się przez biurko, na którym do tej pory siedział. Podpierał się jedną ręką, a drugą, którą wciąż trzymał Robert, zdecydowanym ruchem przesunął na jego kark. Kark, na którym pyszniła się odciśnięta ręką Mistrza, który postanowił niedawno Mulcibera ukarać. Nie jego rolą było kwestionowanie jego decyzji, ale to była kolejna rzecz, która ich łączyła: ryzyko. Robert, opuszczając Londyn w chwili, gdy Voldemort go potrzebował, znał ryzyko i je podjął. Tak jak on teraz podejmował swoje, przyciskając swoje usta do jego ust. To, co robili, nigdy nie ujrzy światła dziennego i nigdy nie opuści tego domu, tego był pewny.
- Nie wątpię, że kiedyś tego pożałuję - przyznał nadzwyczaj szczerze, bo przecież nie był głupcem i doskonale zdawał sobie sprawę z konsekwencji. Ale czuł podskórnie, że będzie warto. Robert pociągał go przede wszystkim na poziomie psychicznym. Byli do siebie bardzo podobni: być może na pierwszy rzut oka ciężko było te podobieństwa dostrzec, bo przecież Lestrange był młodszy, ale gdyby ktoś się przypatrzył, to dostrzegłby te same wzorce. Rodolphus kroczył tą samą ścieżką, co Robert przed laty. Mieli wspólny cel, wspólne dziwactwa, wspólne spojrzenie na pewne kwestie. Jednocześnie on postrzegał Mulcibera jako człowieka niebezpiecznego, jak ogień z którym nie należało igrać. Sęk w tym, że on kochał ryzyko - jego życie to było jedno wielkie ryzyko. I być może nie wychylał się na co dzień, ale ich wspólne badania, działalność przy boku Lorda Voldemorta oraz to, co robili teraz, dawało mu adrenalinę, której potrzebował do tego, by żyć. - Ale podejmę to ryzyko.
Nie było już odwrotu, bo gdy tylko wybrzmiały ostatnie słowa, Rodolphus przechylił się przez biurko, na którym do tej pory siedział. Podpierał się jedną ręką, a drugą, którą wciąż trzymał Robert, zdecydowanym ruchem przesunął na jego kark. Kark, na którym pyszniła się odciśnięta ręką Mistrza, który postanowił niedawno Mulcibera ukarać. Nie jego rolą było kwestionowanie jego decyzji, ale to była kolejna rzecz, która ich łączyła: ryzyko. Robert, opuszczając Londyn w chwili, gdy Voldemort go potrzebował, znał ryzyko i je podjął. Tak jak on teraz podejmował swoje, przyciskając swoje usta do jego ust. To, co robili, nigdy nie ujrzy światła dziennego i nigdy nie opuści tego domu, tego był pewny.