Była tutaj całkiem sama – tak jej się przynajmniej wydawało. Tylko ona, wrzosy, delikatnie kołyszące się przy miarowych, ale leciutkich podmuchach sierpniowego wiatru. Słońce bijące z nieba, raz przez szybko przemieszczające się obłoki, raz nie zatrzymywane przez nic i przez nikogo… Gdzieś w tle przewijało się bzyczenie owadów, chyba pszczół, albo podobnych i ćwierkanie ptaków, na pobliskich drzewach, mających gdzieś tam niedaleko dać początek gęstwinie Kniei Godryka.
Jej myśli znowu uleciały, nie wiedzieć dlaczego, do tego dziwacznego snu, który miała tej nocy. Szukała teraz w ulatujących szczegółach tych symboli, których mogła się uczepić, złapać, przeanalizować, zastanowić się nad sytuacją, co znaczą i kogo dotyczą – ale niczego nie potrafiła dopasować. To był po prostu… zwykły sen. Dziwaczny i pełen drzew, a nie piasków pustyni i zapomnianych, zagubionych ruin, ale nadal tylko sen.
Tylko sen, który przewiał ją aż tutaj i zastał klęczącą w tych wrzosach, gdy palcami przeczesywała wąskie, malutkie kwiatuszki, przyglądając im się z bliska. Nawet pochyliła się, by je powąchać, zastanawiając się, czy tak samo pachniały wrzosy kołyszące się na wietrze w ten dzień, setki lat temu, gdy Cassandra Blackwood tchnęła swą wolę, pamięć i kawałek jaźni w dziwaczne manuskrypty. Nie zauważyła żadnego niedźwiedzia, który wygrzewał się w słońcu. Ledwie poruszenie krzaków gdzieś tam na granicy wzroku, ale była zbyt zaaferowana sobą i swoimi myślami.
I był to błąd. Ale nie pierwszy i nie ostatni, jaki miała popełnić w swoim życiu, to na pewno. Wraz ze słowami, jakie do niej dotarły, aż podskoczyła – i to w widoczny sposób, bo aż cała drgnęła i się zatrzęsła, kompletnie nieprzygotowana na to, że zza jej pleców wyjdzie jakiś facet i jeszcze się do niej odezwie. Mimowolnie uniosła lewą dłoń, by z cichym plaśnięciem przyłożyć ją sobie na poziomie serca, zaś prawa… Prawa odruchowo zjechała do kieszeni spodni. Każdy czarodziej szybko domyśliłby się po co. By złapać za różdżkę. Tej jednak nie wyciągnęła, jedynie zatrzymała tam dłoń.
– Ależ mnie pan nastraszył, Matko kochana – rzuciła, wypuszczając z siebie powietrze, gdy odwróciła głowę za siebie, by dojrzeć jego sylwetkę i zaraz zresztą się podniosła. Nie mogła być stąd i było to widać na pierwszy rzut oka, bo Guinevere miała opaloną, ciemniejszą skórę i urodę tak różną od tej typowej, angielskiej, jak tylko się dało. No i mówiła z akcentem. Płynnie, wyraźnie – ale jednak akcent mówił wszystko: totalnie nie była stąd. – Spacer? – powtórzyła po chwili, przypominając sobie słowa, jakie do niej powiedział i aż przekrzywiła głowę. Gość mówił jakoś dziwnie, ale to było tylko chwilowe wrażenie, które zaraz od siebie odsunęła. – Tak, właściwie to tak. Nigdy tu nie byłam i uznałam, że to dobry dzień, żeby trochę sobie pozwiedzać Dolinę – dodała i uśmiechnęła się leciutko. A Ginny, gdy się uśmiechała, to niemalże całą sobą. – Pan jest stąd?