25.02.2024, 09:09 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 11.03.2024, 02:50 przez Vakel Dolohov.)
Nie miał pojęcia, dlaczego ktokolwiek miałby uznać jego obecność tutaj za dobry pomysł, ale po felernym występie na ostatniej konferencji naprawdę mu to polecono. Wbrew wszelkiemu pojęciu powiedziała mu to nawet Annaleigh, a on rozumiał w sobie coraz mniej. Nie wiedział tylko, czy bardziej nie rozumiał tego, że w ogóle tutaj przyszedł, czy wzięcia opinii tej cholernej mendy pod uwagę, bo przecież nie powinien się do niej pod żadnym pozorem przywiązywać, powinien jak dziecko zatykać uszy i mówić blablabla, a później wysłać jej przez prawnika papiery rozwodowe - tak by mu przynajmniej doradził każdy posiadający w sobie przynajmniej odrobinę rozumu. On o sobie mówił tak otwarcie, że tego rozumu posiadał ponad miarę, więcej niż wszyscy wokół, a jednak - jakoś sobie tego nie doradził. Nie doradził sobie też niezachowywania się jak pajac po tym, jak Peregrinus nieopatrzenie wysłał ten cholerny list, a Morpheus postanowił na niego odpisać. Nie ulegało żadnej wątpliwości - on żył tym, to zdarzenie płonęło w nim żarem, trawiło jego wnętrzności, bo... nie miał absolutnie nic innego, o czym mógłby myśleć. Vakel Dolohov nie miał innych obowiązków niż lista gości Praw Czasu, ale mógł odwoływać ich i przekładać na inne dni nie tracąc na tym absolutnie nic. Badania prowadził samotnie. Był panem swojego kalendarza i zarządzał nim samotnie - nikt nie mógł i nie potrafiłby zresztą niczego na nim prawdziwie wymusić, bo należał do person wyjątkowo upartych i egocentrycznych. Kiedyś zgnębiłby go ojciec, przyparłby do muru wizją odcięcia od pieniędzy i śmierci. Dzisiaj zarabiał na siebie sam. Niby rodzina wzięła go podstępem, ale i to runęło. Musieliby wymyślić coś innego. Posiadał swobodę, jakiej zazdrościły mu tłumy, ale... jak w każdej takiej historii bywa, ta swoboda potrafiła dusić. Miał ponad czterdzieści lat i nie potrafił, nie wymuskałby więcej niż kilkudziesięciu miesięcy kiedy prawdziwie czuł, że nie kroczy przez to życie samotnie. I chociaż znał swoją wartość jak nikt inny, chociaż potrafił cieszyć się własnym towarzystwem, uważał za cholerne kłamstwo mówienie, iż człowiek nie potrzebował kogoś, do kogo mógłby się odezwać. Może dlatego absolutnie każdy, kto miał z nim do czynienia i postanawiał odejść, kończył ze szramami jego paznokci na plecach - bo przecież tak ciężko było odpuścić sobie coś, co chociaż przez moment rozrzedzało gęstniejące myśli.
Stojąc w tych oparach, wcale się nie odprężył. Wręcz przeciwnie - wyglądał na zdenerwowanego, w dodatku koncepcja publicznych łaźni bardzo gryzła się z jego snobistyczną potrzebą zachowania absolutnej czystości. Ale był tu. Siedział tu. Bardzo, bardzo starał się skupić na czymkolwiek innym niż gnębiących go problemach, kiedy z tego letargu wyrwał go dźwięk jego pseudonimu.
Dolohov leniwie otworzył jedno z oczu i spojrzał na Erika.
- Ach - powiedział inteligentnie, próbując nie dać po sobie poznać, że go to w jakikolwiek sposób poruszyło. Bo to przecież był kompletny obciach, kiedy ci jakkolwiek zależało. Albo kiedy po czterdziestu latach ukrywania się w byciu gejem demaskują cię publiczne łaźnie, do których wysłała cię twoja żona. Z drugiej strony - miał trochę przestarzałe myślenie, przecież w tych czasach, od całkiem niedawna zresztą, wcale nie szło się już za to do więzienia. Niestety wolność od amortencji oczyściła mu łeb dopiero kilka miesięcy temu i po prostu nie potrafił się do tego przyzwyczaić. - Widzę, że pojawiła się pomiędzy nami grubsza nić porozumienia, skoro lubisz wyprzedzać cudze słowa. - Nie brzmiał na przekonanego, ale to nie była niechęć - nic w jego tonie głosu nie odtrącało rozmówcy, a jedynie demaskowało to, że był najzwyczajniej w świecie zmęczony. Mógł udawać, ale wczoraj już oznajmił wszem wobec, że niezbyt dobrze sypia, więc nie musiał niczego grać - poza tym wtedy wyszedłby wtedy na kłamcę.
Mógłby być tak łaskaw i go utopić. Czy to przyniosłoby ulgę jego strudzonej duszy? Utopiłby go, wyobrażając sobie, że jest swoim wujkiem. Mieli całkiem podobne gęby, jakby go zanurzyć pod powierzchnię wody, to nawet nie musiałby szczególnie udawać, chociaż Morpheus zemdlałby od samego gorąca tych łaźni, a Erik z łatwością złamałby mu rękę w kilku miejscach jednym ruchem. No ale skoro nie chciał walczyć o życie...
- Nie jestem dzisiaj w nastroju do bycia łaskawym. - Nie w taki sposób, w jaki Longbottom by tego od niego oczekiwał. - Ale jeżeli obsługa łaźni spróbuje wyłowić cię sitem, to mogę im powiedzieć, że tylko śpisz. Śmiało.
Omiótł go własnym spojrzeniem, głównie po to, aby zorientować się w tym, co Longbottom w ogóle próbował osiągnąć tą rozmową.
Stojąc w tych oparach, wcale się nie odprężył. Wręcz przeciwnie - wyglądał na zdenerwowanego, w dodatku koncepcja publicznych łaźni bardzo gryzła się z jego snobistyczną potrzebą zachowania absolutnej czystości. Ale był tu. Siedział tu. Bardzo, bardzo starał się skupić na czymkolwiek innym niż gnębiących go problemach, kiedy z tego letargu wyrwał go dźwięk jego pseudonimu.
Dolohov leniwie otworzył jedno z oczu i spojrzał na Erika.
- Ach - powiedział inteligentnie, próbując nie dać po sobie poznać, że go to w jakikolwiek sposób poruszyło. Bo to przecież był kompletny obciach, kiedy ci jakkolwiek zależało. Albo kiedy po czterdziestu latach ukrywania się w byciu gejem demaskują cię publiczne łaźnie, do których wysłała cię twoja żona. Z drugiej strony - miał trochę przestarzałe myślenie, przecież w tych czasach, od całkiem niedawna zresztą, wcale nie szło się już za to do więzienia. Niestety wolność od amortencji oczyściła mu łeb dopiero kilka miesięcy temu i po prostu nie potrafił się do tego przyzwyczaić. - Widzę, że pojawiła się pomiędzy nami grubsza nić porozumienia, skoro lubisz wyprzedzać cudze słowa. - Nie brzmiał na przekonanego, ale to nie była niechęć - nic w jego tonie głosu nie odtrącało rozmówcy, a jedynie demaskowało to, że był najzwyczajniej w świecie zmęczony. Mógł udawać, ale wczoraj już oznajmił wszem wobec, że niezbyt dobrze sypia, więc nie musiał niczego grać - poza tym wtedy wyszedłby wtedy na kłamcę.
Mógłby być tak łaskaw i go utopić. Czy to przyniosłoby ulgę jego strudzonej duszy? Utopiłby go, wyobrażając sobie, że jest swoim wujkiem. Mieli całkiem podobne gęby, jakby go zanurzyć pod powierzchnię wody, to nawet nie musiałby szczególnie udawać, chociaż Morpheus zemdlałby od samego gorąca tych łaźni, a Erik z łatwością złamałby mu rękę w kilku miejscach jednym ruchem. No ale skoro nie chciał walczyć o życie...
- Nie jestem dzisiaj w nastroju do bycia łaskawym. - Nie w taki sposób, w jaki Longbottom by tego od niego oczekiwał. - Ale jeżeli obsługa łaźni spróbuje wyłowić cię sitem, to mogę im powiedzieć, że tylko śpisz. Śmiało.
Omiótł go własnym spojrzeniem, głównie po to, aby zorientować się w tym, co Longbottom w ogóle próbował osiągnąć tą rozmową.
Rzut PO 1d100 - 29
Akcja nieudana
Akcja nieudana
with all due respect, which is none