25.02.2024, 12:19 ✶
Brenna była człowiekiem zadaniowym, i sama mówiła, że nie ma w sobie za grosz ani romantyzmu, ani dramatyzmu – że jest boleśnie wręcz przyziemna, by nie użyć słowa, którym z pewnością określiłoby ją wielu: nudna. Niestety, chociaż mogłaby błyskawicznie opracować plan działania odnalezienia nadawcy tortu, rozmówienia się z nim i zagwarantowania, że nigdy więcej nie będzie niepokoił wujka, choćby miała wypowiedzieć temu człowiekowi regularną wojnę – nie umiała zrobić już niczego, aby Morpheusa od tych uczuć uwolnić.
Aby faktycznie mu pomóc.
Rozbicie nosa Vakelowi (którego imienia rzecz jasna Brenna nie znała, a przynajmniej w tym kontekście) nijak nie rozwiązałoby jego problemów.
Przyjęła kartę od Morpheusa i obróciła ją w dłoniach. Szóstka Pucharów. Nie znała tarota dostatecznie dobrze, by w pełni pojąć jej znaczenie: zapatrzenie w przeszłość. Życie wspomnieniami. Początek związku. Niewinność i szczerość.
Dopóki jej nie odwrócisz, oczywiście.
– Czy naprawdę straciłeś jego, czy tylko złudzenia? – zapytała, przypatrując się sześciu kielichom i dzieciom poruszającym się na karcie. Morpheus brzmiał, jakby gdzieś w nim tkwiły żal i cień dawnej miłości, ale i ogrom nienawiści: nie nienawidzi się kogoś, z kim mogłoby się zbudować naprawdę szczęśliwy związek. Już pomijając nawet fakt, że skoro był to mężczyzna, dla tego związku musieliby poświęcić wiele, jeżeli nie wszystko. Pozycję społeczną, reputację, być może pracę, bo ludzie w Anglii nie byli na tyle postępowi, by nagle Morpheusa nie zaczęto pomijać przy awansach, konferencjach i co ciekawszych wyjazdach badawczych, bo ktoś nie chce z nim współdziałać. Pewnie część rodziny nawet, bo trudno było przewidzieć reakcje ludzi w konserwatywnym, angielskim społeczeństwie. Zwłaszcza te dwadzieścia lat temu.
– Nie jesteś potrzebny swojej przeszłości, przyszłości za to bardzo – stwierdziła, wyciągając ku niemu kartę. – Skoro to ją widzisz, patrz w nią, i szukaj tego, kto jest przed tobą, nie za tobą. To najlepsza rada, jaką mogę ci dać, Morpheusie – westchnęła, zapewne sama świadoma, że w istocie jest to rada raczej kiepska. Było to prawie zabawne, że rozmawiała o tym z trójką… a właściwie to z czwórką osób w ciągu zaledwie kilku tygodni, gdy chyba była najbardziej beznadziejną osobą do udzielania porad dotyczących miłości.
Uśmiechnęła się lekko, kiedy poprosił, by nie popełniała podobnych porażek.
– To chyba rzadko jest czyjś wybór, ale myślę, że podobna mi nie grozi.
Ona popełniała swoją własną, i to całkiem świadoma, że to robi, niestety: choć przyczyna była podobna, serce niezbyt chciało słuchać rozumu, a rozmiar porażki mógł być jeszcze większy, bo nie odpowiadała tylko za siebie.
Aby faktycznie mu pomóc.
Rozbicie nosa Vakelowi (którego imienia rzecz jasna Brenna nie znała, a przynajmniej w tym kontekście) nijak nie rozwiązałoby jego problemów.
Przyjęła kartę od Morpheusa i obróciła ją w dłoniach. Szóstka Pucharów. Nie znała tarota dostatecznie dobrze, by w pełni pojąć jej znaczenie: zapatrzenie w przeszłość. Życie wspomnieniami. Początek związku. Niewinność i szczerość.
Dopóki jej nie odwrócisz, oczywiście.
– Czy naprawdę straciłeś jego, czy tylko złudzenia? – zapytała, przypatrując się sześciu kielichom i dzieciom poruszającym się na karcie. Morpheus brzmiał, jakby gdzieś w nim tkwiły żal i cień dawnej miłości, ale i ogrom nienawiści: nie nienawidzi się kogoś, z kim mogłoby się zbudować naprawdę szczęśliwy związek. Już pomijając nawet fakt, że skoro był to mężczyzna, dla tego związku musieliby poświęcić wiele, jeżeli nie wszystko. Pozycję społeczną, reputację, być może pracę, bo ludzie w Anglii nie byli na tyle postępowi, by nagle Morpheusa nie zaczęto pomijać przy awansach, konferencjach i co ciekawszych wyjazdach badawczych, bo ktoś nie chce z nim współdziałać. Pewnie część rodziny nawet, bo trudno było przewidzieć reakcje ludzi w konserwatywnym, angielskim społeczeństwie. Zwłaszcza te dwadzieścia lat temu.
– Nie jesteś potrzebny swojej przeszłości, przyszłości za to bardzo – stwierdziła, wyciągając ku niemu kartę. – Skoro to ją widzisz, patrz w nią, i szukaj tego, kto jest przed tobą, nie za tobą. To najlepsza rada, jaką mogę ci dać, Morpheusie – westchnęła, zapewne sama świadoma, że w istocie jest to rada raczej kiepska. Było to prawie zabawne, że rozmawiała o tym z trójką… a właściwie to z czwórką osób w ciągu zaledwie kilku tygodni, gdy chyba była najbardziej beznadziejną osobą do udzielania porad dotyczących miłości.
Uśmiechnęła się lekko, kiedy poprosił, by nie popełniała podobnych porażek.
– To chyba rzadko jest czyjś wybór, ale myślę, że podobna mi nie grozi.
Ona popełniała swoją własną, i to całkiem świadoma, że to robi, niestety: choć przyczyna była podobna, serce niezbyt chciało słuchać rozumu, a rozmiar porażki mógł być jeszcze większy, bo nie odpowiadała tylko za siebie.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.