25.02.2024, 12:31 ✶
Degenhardt nie do końca pojął, czymże zasłużył sobie na te słowa uznania, ale nie skomentował tego otwarcie, bo obnażyłby się z tego, że jakkolwiek głębiej o tym myślał, a jemu wyjątkowo pasowała ta sztywna maska obojętności okalająca jego oblicze. Oczywiście, że nie zamierzał Louvaina niczym zastraszać, brak w tym było choćby krzty sensu i minimalnych chęci, pianista po prostu bardzo intensywnie kultywował uczynienie swojego wizerunku czymś kojarzącym się z martwością. Bycie zwiastunem śmierci brzmiało dziecinnie i oklepanie, kiedy czytało się o tym w książce lub na którejś ze stronic porannej gazety, a on sam dobrze zdawał sobie z tego sprawę - mimo swojej karykaturalności miało to w sobie jakąś nieopisaną poetyckość, jaką mocno cenił.
- Zostaję - odpowiedział krótko, raz jeszcze zaciągając się dymem. Sympatia, jaką darzył rodzeństwo Lestrange nie uczyniła go nagle nadmiernie wylewnym, bo nie o to chodziło w sztuce, żeby o niej głośno opowiadać. Ludzie mieli zauważyć to sami - mieli wkrótce pojąć, że Umbriel Degenhardt wcale nie zrezygnował z groteskowych występów na salonach - on uczynił z nich całe swoje życie i uważał to za piękne. Śmierć była piękna - ciężar emocji z nią związanych, strach i melancholia. Jego zmęczone serce tworzyło sztukę dla delikatnych i wrażliwych dusz - takich, które doceniały poezję idącą za każdym kolejnym ciosem wymierzonym w normalność. Jego sztuka była więdnięciem. Jego sztuka była tonięciem w szkarłacie, larwami pożerającymi poległe ciała pośród gnijących liści i martwych, uginających się pod ciężarem wiatru wierzb. Była potworem goniącym cię po ciemnej alejce Nokturnu. Była obrzydliwym dźwiękiem łamiących się kości. Była czymś, od czego odwracali wzrok najokrutniejsi bogowie.
- Mam tu jeszcze dużo do zrobienia. - Uśmiechnął się niezręcznie. Jedyną ucieczką, jaką planował była jego własna śmierć - planował jednak uczynić ją wyjątkowa, była przecież zwieńczeniem całości, ostatnią z nut... Jego siostra by to zrozumiała, ale czy potrafiłby zrozumieć to Louvain? Czy dostrzegłby w tym coś poza faktem, że Degenhardta doszczętnie pojebało? - Jak skończę, mogą zeżreć mnie robaki. - Nie zaskoczył go pewnie nieszczególnym przywiązaniem do swojego kruchego żywota. Nigdy nie rozumiał tych, co się tego trzymali pazurami, jakby istniało coś takiego jak wieczność... Prawdę mówiąc, nie wiedział nawet, co miałby robić ze swoją egzystencją, kiedy skończą mu się pomysły na kolejne piosenki. Gdyby miał grać w kółko to samo, to... oh ironio - wydawało mu się, że od takiej pętli oszalałby zupełnie.
- Nie interesuje mnie jego egzystencja, póki to nie jest coś, czego ode mnie oczekujesz. Jeżeli jednak ma sprawić tejże wielkiej sprawie jakiś problem... - Uniósł brew w górę, w taki pytający sposób.
- Jak mi przykro - skomentował jego słowa i uśmiech tak bezosobowo i bez emocji, jak tylko się dało. Odebrał te pieniądze w spokojny sposób. Niektórzy ludzie mieli zwyczaj takimi sakiewkami rzucać, jakby rzucali je psu. Z jakiegoś powodu uwłaczało mu to tak bardzo, że pozwalał im lądować na ziemi i stał w bezruchu tak długo, aż osoba rzucająca zdecydowała się na podniesienie jej z ziemi i wręczenie jej w normalny sposób. Jeżeli nie umiała wykrzesać sobie chęci, pomagał w tym, ale był tym głęboko rozczarowany. - Mówisz tak każdemu? - W pytaniu wybrzmiała czysta ciekawość, nie krytyka. - Gdybym był kimś niespełna rozumu, zabijałbym swoich towarzyszy celowo.
- Zostaję - odpowiedział krótko, raz jeszcze zaciągając się dymem. Sympatia, jaką darzył rodzeństwo Lestrange nie uczyniła go nagle nadmiernie wylewnym, bo nie o to chodziło w sztuce, żeby o niej głośno opowiadać. Ludzie mieli zauważyć to sami - mieli wkrótce pojąć, że Umbriel Degenhardt wcale nie zrezygnował z groteskowych występów na salonach - on uczynił z nich całe swoje życie i uważał to za piękne. Śmierć była piękna - ciężar emocji z nią związanych, strach i melancholia. Jego zmęczone serce tworzyło sztukę dla delikatnych i wrażliwych dusz - takich, które doceniały poezję idącą za każdym kolejnym ciosem wymierzonym w normalność. Jego sztuka była więdnięciem. Jego sztuka była tonięciem w szkarłacie, larwami pożerającymi poległe ciała pośród gnijących liści i martwych, uginających się pod ciężarem wiatru wierzb. Była potworem goniącym cię po ciemnej alejce Nokturnu. Była obrzydliwym dźwiękiem łamiących się kości. Była czymś, od czego odwracali wzrok najokrutniejsi bogowie.
- Mam tu jeszcze dużo do zrobienia. - Uśmiechnął się niezręcznie. Jedyną ucieczką, jaką planował była jego własna śmierć - planował jednak uczynić ją wyjątkowa, była przecież zwieńczeniem całości, ostatnią z nut... Jego siostra by to zrozumiała, ale czy potrafiłby zrozumieć to Louvain? Czy dostrzegłby w tym coś poza faktem, że Degenhardta doszczętnie pojebało? - Jak skończę, mogą zeżreć mnie robaki. - Nie zaskoczył go pewnie nieszczególnym przywiązaniem do swojego kruchego żywota. Nigdy nie rozumiał tych, co się tego trzymali pazurami, jakby istniało coś takiego jak wieczność... Prawdę mówiąc, nie wiedział nawet, co miałby robić ze swoją egzystencją, kiedy skończą mu się pomysły na kolejne piosenki. Gdyby miał grać w kółko to samo, to... oh ironio - wydawało mu się, że od takiej pętli oszalałby zupełnie.
- Nie interesuje mnie jego egzystencja, póki to nie jest coś, czego ode mnie oczekujesz. Jeżeli jednak ma sprawić tejże wielkiej sprawie jakiś problem... - Uniósł brew w górę, w taki pytający sposób.
- Jak mi przykro - skomentował jego słowa i uśmiech tak bezosobowo i bez emocji, jak tylko się dało. Odebrał te pieniądze w spokojny sposób. Niektórzy ludzie mieli zwyczaj takimi sakiewkami rzucać, jakby rzucali je psu. Z jakiegoś powodu uwłaczało mu to tak bardzo, że pozwalał im lądować na ziemi i stał w bezruchu tak długo, aż osoba rzucająca zdecydowała się na podniesienie jej z ziemi i wręczenie jej w normalny sposób. Jeżeli nie umiała wykrzesać sobie chęci, pomagał w tym, ale był tym głęboko rozczarowany. - Mówisz tak każdemu? - W pytaniu wybrzmiała czysta ciekawość, nie krytyka. - Gdybym był kimś niespełna rozumu, zabijałbym swoich towarzyszy celowo.
they should be
t e r r i f i e d
of me
t e r r i f i e d
of me