Można było być syfiarzem, a wokół siebie nie panować nad bałaganem i mówić, że to wszystko to artystyczny chaos. Że w duszy ejst się właśnie artystą, a nie rzemieślnikiem, który musi mieć wszystko poukładane i posprzątane. Ale nie definiowało to wcale tego, że skoro chaos w otoczeniu, to i chaos na sobie; że choldziło się brudnym, w przepoconych ciuchach, wymiętych koszulach, poplamionych spodniach. Wręcz… nie wypadało stróżowi prawa, jakoś odbierało to powagi zawodu. Tylko kto miał teraz Caina ocenić? Mugole? Tutaj już nikt nie był czysty i nie chodziło wcale o ten wszechogarniający kurz i pył. Była krew, były rany, była sadza, ogień…
Tylko niekoniecznie tutaj.
Wojna… Aż dziwne, że Morrigan pod swą kruczą postacią nie krążyła nad pobojowiskiem, że nie przysiadła nigdzie i nie krakała, przynosząc tym ciarki na plecach. Nie było tutaj żadnych zwierząt, ptactwa – wszystko uciekło, albo… oberwało eksplozjami. Zwierzaki były mądrzejsze od ludzi. Zostawiały tych, co byli straceni i ratowali swoje życie.
To nie tak, że ludzie tutaj stali i nic nie robili, że plotkowali. Nie, tutaj każdy cos robił. Opatrywano rany, rozgrzebywano gruzy, wzywano posiłki, zabezpieczano teren, nikt nie stał i nie odpoczywał, bo nie było na to czasu. Jednak to ciągle byli tylko mugole… którzy nie mogli jednym machnięciem różdżki podnieść całego gruzowiska i wyciągnąć tych, którzy zostali tam pogrzebani. A może też wcale nie słyszeli?
Może wcale nie chcieli słyszeć.
Jeśli ktokolwiek zauważył Caina, to póki co nikt go nie niepokoił, najwyraźniej zaklęcie, które rzucił wcześniej, jeszcze działało, i odwracano od niego wzrok. Auror, gdy przystanął i skupił się, faktycznie ponownie usłyszał wołanie o pomoc i nawet udało mu się zlokalizować to źródło – ruszył więc w tamtą stronę. Dochodziło zza rogu w pół zawalonego, niewysokiego budynku, którego cegła była poczerniała w niektórych miejscach. To nie wyglądało tak, jakby coś wybuchło w samym budynku, tylko obok niego, a ten ucierpiał rykoszetem.
Jeszcze raz usłyszał wołanie, choć może trochę słabnące i zachrypnięte, jakby mężczyzna (bo był to męski głos) nie do końca miał siłę. Albo jakby je tracił. Cain mógł się spokojnie kierować w tamtym kierunku – wystarczyło, heh, przejść zawaliskiem pomiędzy dwoma budynkami, by przedostać się na drugą stronę, do równolegle biegnącej ulicy. Nie było to w centrum bałaganu, dlatego praktycznie nikogo tutaj nie było. Tylko Cain i… facet, który nie mógł się wydostać spod kupy gruzu. Ale jakimś cudem miał na tyle szczęścia, że jeszcze żył.