25.02.2024, 16:06 ✶
Razem z Norą schodzą z parkietu. Sam już samotnie podchodzi do drink baru, konkretnie do Septimy, Neila i Morpheusa.
Skinął głową.
To był głupi pomysł, tak samo jak ten cały taniec, ale w sumie jak mógłby jej odmówić? Był jej to winien. Przez lata myślał, że tamtego feralnego popołudnia wyraził się jasno, ale list, który otrzymał kilka nocy temu, wyraźnie temu przeczył. Cóż, pamięć, podobnie jak uczucia, to wszystko było ułomne, temu wszystkiemu nie warto było dawać wiary. Tak, to właśnie był jedyny i niezaprzeczalny powód dla którego chciał iść z nią w chłód sierpniowej nocy. Trzeba było sobie to dobrze wyjaśnić.
Moment w którym ich dłonie się rozdzieliły, był niekomfortowy. Nora podążyła do Erika, a jemu pozostało odwrócić się i przyspieszyć, zacisnąć szczękę i rozciągnąć palce dłoni, aby zgubić ze stwardniałej pracą skóry wrażenie żałoby. Nawet ten wyjec... ledwie słyszał jego treść, utopiony we własnych niewesołych myślach.
Podszedł do baru i od razu ujął przygotowany dlań kufel czerwonego, grzanego wina. Sam o tym nie pomyślał, ale zmyślny barman, który już nazbyt nabroił magicznymi drinkami i zaburzonymi proporcjami, wykazał się refleksem i podgrzał mu zawartość tego Brennowego podarku. Intensywna woń słodyczy, cytrusów, goździków i cynamonu otoczyła szczupłą twarz Samuela, który rozpaczliwie próbował znów powrócić do równowagi. Diadem nic nie ważył na jego głowie, ale zobowiązywał. Mężczyzna odetchnął i rozejrzał się, zdając sobie sprawę, że stoi tuż obok Morpheusa, przybłędy i bardzo eleganckiej, z pewnością miastowej damy. Wiedział, że chyba powinien coś powiedzieć, zagadać, przywitać się, ale w głowie absolutnie zabrakło mu opcji dialogowych. Pod tym względem był zupełnie niepodobny do swego ojca, który onegdaj brylował na przyjęciach, dla każdego mając adekwatną anegdotkę, czy soczystą ploteczkę z kuluarów towarzyskiej śmietanki. Samowi zdecydowanie brakowało pod tym względem doświadczenia, ale też woli by "na sucho" takie umiejętności trenować. Nigdy nie było powodu, by to robić.
Czas stanął dla niego w miejscu, gdy oparty o ladę, z rzeźbionym kuflem w dłoni, milczący i zamyślony patrzył na pogodne oblicze tego, który go zaprosił na tę całą potańcówkę. W myślach obracał różne zasłyszane zdania, strzępki słów, ale żadne nie wydawały się odpowiednie, wszystkie brzmiały sztucznie.
Czy się więc dziwacznie gapił? Owszem. Czy miał tego świadomość? Ani trochę.
Skinął głową.
To był głupi pomysł, tak samo jak ten cały taniec, ale w sumie jak mógłby jej odmówić? Był jej to winien. Przez lata myślał, że tamtego feralnego popołudnia wyraził się jasno, ale list, który otrzymał kilka nocy temu, wyraźnie temu przeczył. Cóż, pamięć, podobnie jak uczucia, to wszystko było ułomne, temu wszystkiemu nie warto było dawać wiary. Tak, to właśnie był jedyny i niezaprzeczalny powód dla którego chciał iść z nią w chłód sierpniowej nocy. Trzeba było sobie to dobrze wyjaśnić.
Moment w którym ich dłonie się rozdzieliły, był niekomfortowy. Nora podążyła do Erika, a jemu pozostało odwrócić się i przyspieszyć, zacisnąć szczękę i rozciągnąć palce dłoni, aby zgubić ze stwardniałej pracą skóry wrażenie żałoby. Nawet ten wyjec... ledwie słyszał jego treść, utopiony we własnych niewesołych myślach.
Podszedł do baru i od razu ujął przygotowany dlań kufel czerwonego, grzanego wina. Sam o tym nie pomyślał, ale zmyślny barman, który już nazbyt nabroił magicznymi drinkami i zaburzonymi proporcjami, wykazał się refleksem i podgrzał mu zawartość tego Brennowego podarku. Intensywna woń słodyczy, cytrusów, goździków i cynamonu otoczyła szczupłą twarz Samuela, który rozpaczliwie próbował znów powrócić do równowagi. Diadem nic nie ważył na jego głowie, ale zobowiązywał. Mężczyzna odetchnął i rozejrzał się, zdając sobie sprawę, że stoi tuż obok Morpheusa, przybłędy i bardzo eleganckiej, z pewnością miastowej damy. Wiedział, że chyba powinien coś powiedzieć, zagadać, przywitać się, ale w głowie absolutnie zabrakło mu opcji dialogowych. Pod tym względem był zupełnie niepodobny do swego ojca, który onegdaj brylował na przyjęciach, dla każdego mając adekwatną anegdotkę, czy soczystą ploteczkę z kuluarów towarzyskiej śmietanki. Samowi zdecydowanie brakowało pod tym względem doświadczenia, ale też woli by "na sucho" takie umiejętności trenować. Nigdy nie było powodu, by to robić.
Czas stanął dla niego w miejscu, gdy oparty o ladę, z rzeźbionym kuflem w dłoni, milczący i zamyślony patrzył na pogodne oblicze tego, który go zaprosił na tę całą potańcówkę. W myślach obracał różne zasłyszane zdania, strzępki słów, ale żadne nie wydawały się odpowiednie, wszystkie brzmiały sztucznie.
Czy się więc dziwacznie gapił? Owszem. Czy miał tego świadomość? Ani trochę.