25.02.2024, 16:20 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 25.02.2024, 16:29 przez Anthony Ian Borgin.)
Poświęcenie. Anthony miał nieodparte wrażenie, że całe jego życie opiera się na poświęceniu i rezygnacji z czegoś, co chciał na rzecz czegoś, co musiał. Gdy czasem kontemplował nad sensem życia — zdarzało się, owszem — to wierzył lub też musiał wierzyć, że się z tym pogodził. Światem kierowały inne zasady, niż myślał za dzieciaka i dla rodziny oraz tego, czego od niego oczekiwano, trzeba było wyrzekać się małych części siebie. Kawałek po kawałku. Miał być śmierciożercą, to będzie. Nie miał być? To nie będzie. Nawet jeśli walący się porządek dotychczasowego świata go nie obchodził, musiał być tego częścią. Westchnął jedynie wewnętrznie, lustrując wzrokiem twarz Roberta. Czarodzieja dorosłego i spełnionego, walczącego o swoje idee, zupełnie jak Lou. Tylko co z nimi będzie, jak nie będą mieli już o co walczyć?
- Jak sobie życzysz. - przytaknął grzecznie, czując kolejną falę gorącą i niechęci do noszonego przez siebie, krzykliwego stroju. Tosiek jednak też był nikim, komentowanie widzimisię Wielkiego Czarnoksiężnika, odnośnie do kodeksu ubraniowego nie wydawało mu się mądre. Zwilżył wargi, walcząc z chęcią sięgnięcia po papierosa. Znowu.
W Dolinie było przyjemniej i chłodniej. Wiatr leniwie kołysał drzewami, gdzieś na linii horyzontu migały światełka ze stojących w okolicy domów. Malownicze miejsce do spokojnego życia z rodziną, które dwójka czarodziejów miała za chwilę zburzyć. Poprawił rękawy szaty, chwytając za różdżką, którą następnie wykonał kilka szybkich ruchów, szepcząc pod nosem inkantację do zaklęcia kameleona, o którym wspomniał wcześniej. Teraz mogli przemieszczać się bez zbędnych świadków, gdyby któryś z tutejszych spacerował z trójgłowym psem lub innym ustrojstwem. Mógł być to też zwykły pies, żadna różnica. Ruszył dość cicho przed siebie, zaciskając palce na drewnianym kiju.
Pies? Wykrakał jak nic. Przekręcił głowę na prawo i na lewo, rozglądając się dookoła, chcąc dostrzec źródło dźwięku, co w panujących dookoła ciemnościach, wcale nie było łatwe. Słów o niemotach nie skomentował, chociaż uciekło mu małe parsknięcie spomiędzy warg i żywił nadzieję, że wuja lubił zwierzaki, bo psa szkoda byłoby unieszkodliwić na wieczność. Nawet jeśli miałby trzy głowy lub pięć ogonów, na pewno jakieś wymysły psie istniały w świcie magicznych zwierząt, o których Antek miał jednak niewielkie pojęcie. Błękitne światło powędrowało gdzieś pomiędzy krzaki i coś chyba upadło, a potem nastała cisza, przerywana jedynie melodią szumiącego wiatru.
Im bliżej domu się znajdowali, tym większą ochotę miał po prostu go podpalić i puścić z dymem, ale jego opiekunowi zależało na zdobyciu książek czy innych dokumentów. Omiótł wzrokiem posiadłość, dostrzegając tylne drzwi, które dość szybko otworzył za pomocą zaklęcia alohomora. Drewniana podłoga w izbie, do której weszli — nieco skrzypiała, co było wyjątkowo irytujące, zważywszy na chęć wykonania zadania, jak najciszej. Poruszali się do przodu w milczeniu, a Borgin czekał na położenie łap na tutejszej pokojówce czy innej gosposi, której powinni byli się spodziewać. Z hipnozą było tak, że należało działać szybko. Im więcej czasu miała ofiara na rozmyślanie, tym gorzej było. Zważywszy na zaplanowany przez juniora rozwój wypadków, który zakładał tragiczne w skutkach samobójstwo. Bo on naprawdę nie chciał brudzić sobie rąk i nie daj Merlinie, zostawić żadnego śladu. Miał zostać głową departamentu w przyszłości, chciał zwiększyć swój majątek. Nie było tu czasu na błędy, zwłaszcza takie, które prowadziły do Azkabanu.
Dotarli na piętro bez większych przeszkód, a gdy udało im się ustalić, w którym pomieszczeniu przebywa doktor, Anthony zdjął z siebie zaklęcie kameleona oraz maskę, łapiąc schowany w kieszeni wisiorek pomiędzy palce. Nie był pewien, czy będzie potrzebny, ale nie chciał ryzykować żadnej wtopy. Mężczyzna miał właściwie tylko jedną szansę na uzyskanie interesującego go efektu, więc musiał działać pewnie oraz przede wszystkim szybko. Wszedł do gabinetu ich ofiary, a gdy ta się odwróciła, chłopak był już przy niej, spoglądając jej głęboko w oczy. Hipnoza była sztuką, która wymagała precyzji oraz nawiązania pewnego rodzaju nici intymności, wymagała zdominowania. Rodzaj spojrzenia, brak mrugania, rytm oddechu i nawet prędkość i intonacja wypowiadanych słów miały znaczenie. Nie umiał określić siły woli stojącego przed nim człowieka, więc na wszelki wypadek pomógł sobie jeszcze wahadełkiem. W tle grały przesuwające się wskazówki zegara i trzaskający w kominku ogień.
- Odpowiesz na wszystkie ewentualne pytania mojego towarzysza, wskazując mu miejsce ukrycia swoich dzienników i ksiąg. Napiszesz kartkę, że żałujesz, że Czarny Pan nie przejął jeszcze władzy nad światem. Weźmiesz różdżkę, rzucisz zaklęcie, na które poinstruuje Cię mój towarzysz, a potem weźmiesz swój nóż do otwierania listów, poderżniesz sobie gardło i razem z różdżką, wpadniesz do kominka. - zakończył łagodnie, zupełnie jakby mówił do dziecka, obiecując mu cukierka. Robił wszystko w rękawiczkach. Gdy twarz czarodzieja nabrała neutralnego wyrazu i przytaknął pusto, Antek uśmiechnął się, mrugnął w końcu i pogłaskał go po głowie. - Przykro mi, że musiało tak wyjść. - dodał tylko cicho, prostując się i wsuwając na twarz maskę. Schował wahadełko do kieszeni.
Pozostało tylko zostawienie kilku spraw Robertowi, podczas których Tosiek przeszedł się po gabinecie, beznamiętnie przesuwając spojrzeniem po regałach wypełnionych książkami. Gdy jego opiekun skończył, zabierając książki i potrzebne dokumenty, dał mu znak, zebrali się do wyjścia. Spojrzał raz jeszcze na doktora, a potem poprawił kaptur i razem z Robertem, opuścili Dolinę. Czy to było poczucie dobrze wykonanego zadania? Trudno powiedzieć.
Nad domem pojawił się jednak zielony, mroczny znak - który rozjaśnił niebo mocniej, niż gwiazdy.
- Jak sobie życzysz. - przytaknął grzecznie, czując kolejną falę gorącą i niechęci do noszonego przez siebie, krzykliwego stroju. Tosiek jednak też był nikim, komentowanie widzimisię Wielkiego Czarnoksiężnika, odnośnie do kodeksu ubraniowego nie wydawało mu się mądre. Zwilżył wargi, walcząc z chęcią sięgnięcia po papierosa. Znowu.
W Dolinie było przyjemniej i chłodniej. Wiatr leniwie kołysał drzewami, gdzieś na linii horyzontu migały światełka ze stojących w okolicy domów. Malownicze miejsce do spokojnego życia z rodziną, które dwójka czarodziejów miała za chwilę zburzyć. Poprawił rękawy szaty, chwytając za różdżką, którą następnie wykonał kilka szybkich ruchów, szepcząc pod nosem inkantację do zaklęcia kameleona, o którym wspomniał wcześniej. Teraz mogli przemieszczać się bez zbędnych świadków, gdyby któryś z tutejszych spacerował z trójgłowym psem lub innym ustrojstwem. Mógł być to też zwykły pies, żadna różnica. Ruszył dość cicho przed siebie, zaciskając palce na drewnianym kiju.
Pies? Wykrakał jak nic. Przekręcił głowę na prawo i na lewo, rozglądając się dookoła, chcąc dostrzec źródło dźwięku, co w panujących dookoła ciemnościach, wcale nie było łatwe. Słów o niemotach nie skomentował, chociaż uciekło mu małe parsknięcie spomiędzy warg i żywił nadzieję, że wuja lubił zwierzaki, bo psa szkoda byłoby unieszkodliwić na wieczność. Nawet jeśli miałby trzy głowy lub pięć ogonów, na pewno jakieś wymysły psie istniały w świcie magicznych zwierząt, o których Antek miał jednak niewielkie pojęcie. Błękitne światło powędrowało gdzieś pomiędzy krzaki i coś chyba upadło, a potem nastała cisza, przerywana jedynie melodią szumiącego wiatru.
Im bliżej domu się znajdowali, tym większą ochotę miał po prostu go podpalić i puścić z dymem, ale jego opiekunowi zależało na zdobyciu książek czy innych dokumentów. Omiótł wzrokiem posiadłość, dostrzegając tylne drzwi, które dość szybko otworzył za pomocą zaklęcia alohomora. Drewniana podłoga w izbie, do której weszli — nieco skrzypiała, co było wyjątkowo irytujące, zważywszy na chęć wykonania zadania, jak najciszej. Poruszali się do przodu w milczeniu, a Borgin czekał na położenie łap na tutejszej pokojówce czy innej gosposi, której powinni byli się spodziewać. Z hipnozą było tak, że należało działać szybko. Im więcej czasu miała ofiara na rozmyślanie, tym gorzej było. Zważywszy na zaplanowany przez juniora rozwój wypadków, który zakładał tragiczne w skutkach samobójstwo. Bo on naprawdę nie chciał brudzić sobie rąk i nie daj Merlinie, zostawić żadnego śladu. Miał zostać głową departamentu w przyszłości, chciał zwiększyć swój majątek. Nie było tu czasu na błędy, zwłaszcza takie, które prowadziły do Azkabanu.
Dotarli na piętro bez większych przeszkód, a gdy udało im się ustalić, w którym pomieszczeniu przebywa doktor, Anthony zdjął z siebie zaklęcie kameleona oraz maskę, łapiąc schowany w kieszeni wisiorek pomiędzy palce. Nie był pewien, czy będzie potrzebny, ale nie chciał ryzykować żadnej wtopy. Mężczyzna miał właściwie tylko jedną szansę na uzyskanie interesującego go efektu, więc musiał działać pewnie oraz przede wszystkim szybko. Wszedł do gabinetu ich ofiary, a gdy ta się odwróciła, chłopak był już przy niej, spoglądając jej głęboko w oczy. Hipnoza była sztuką, która wymagała precyzji oraz nawiązania pewnego rodzaju nici intymności, wymagała zdominowania. Rodzaj spojrzenia, brak mrugania, rytm oddechu i nawet prędkość i intonacja wypowiadanych słów miały znaczenie. Nie umiał określić siły woli stojącego przed nim człowieka, więc na wszelki wypadek pomógł sobie jeszcze wahadełkiem. W tle grały przesuwające się wskazówki zegara i trzaskający w kominku ogień.
- Odpowiesz na wszystkie ewentualne pytania mojego towarzysza, wskazując mu miejsce ukrycia swoich dzienników i ksiąg. Napiszesz kartkę, że żałujesz, że Czarny Pan nie przejął jeszcze władzy nad światem. Weźmiesz różdżkę, rzucisz zaklęcie, na które poinstruuje Cię mój towarzysz, a potem weźmiesz swój nóż do otwierania listów, poderżniesz sobie gardło i razem z różdżką, wpadniesz do kominka. - zakończył łagodnie, zupełnie jakby mówił do dziecka, obiecując mu cukierka. Robił wszystko w rękawiczkach. Gdy twarz czarodzieja nabrała neutralnego wyrazu i przytaknął pusto, Antek uśmiechnął się, mrugnął w końcu i pogłaskał go po głowie. - Przykro mi, że musiało tak wyjść. - dodał tylko cicho, prostując się i wsuwając na twarz maskę. Schował wahadełko do kieszeni.
Pozostało tylko zostawienie kilku spraw Robertowi, podczas których Tosiek przeszedł się po gabinecie, beznamiętnie przesuwając spojrzeniem po regałach wypełnionych książkami. Gdy jego opiekun skończył, zabierając książki i potrzebne dokumenty, dał mu znak, zebrali się do wyjścia. Spojrzał raz jeszcze na doktora, a potem poprawił kaptur i razem z Robertem, opuścili Dolinę. Czy to było poczucie dobrze wykonanego zadania? Trudno powiedzieć.
Nad domem pojawił się jednak zielony, mroczny znak - który rozjaśnił niebo mocniej, niż gwiazdy.
Koniec sesji
- koniec sesji dla wszystkich postaci