26.02.2024, 03:19 ✶
- A może nawet przejdzie nawet na naszą stronę, jeśli się odpowiednio postarasz - mruknął w odpowiedzi, ale to jak odpowiadał mu Theon, chyba nieco tknęło go że powinien sam nieco bardziej się skoncentrować. Podchodził do tego zadania z pewną nonszalancją, ale chyba wynikało to z faktu, że w pewien sposób czuł się jak w domu; w końcu na smokach znał się cholernie dobrze. Były jego specjalnością, a przez to całe przedsięwzięcie wydawało się kolejnym zwyczajnym dniem w rezerwacie. Pomijając aspekt siania absolutnego chaosu.
- Brzmi dobrze. Przynajmniej będziemy mieć z tego miejsca dobry widok - pokiwał głową, zgadzając się bez problemu na wybrane miejsce. - Więcej jak dwoje, to na pewno. Ale nie martw się, jak wszystko pójdzie dobrze, to będziemy ich najmniejszym zmartwieniem - poklepał go jeszcze po ramieniu, uśmiechając się do niego pokrzepiająco.
Nie pozostawało im nic innego, jak przystąpić do właściwego planu. Niebo zszarzało, odbierając światu ostrość i zapowiadając rychłe nadejście nocy. Obydwoje teleportowali się niżej, między budynki, pomiędzy którymi życie zdawało się albo w ogóle nie toczyć, albo robić to z niezwykłym rozleniwieniem. Skądś dochodziły rozbawione rozmowy, które z łatwością dało się wyminąć, ale oprócz tego? Miejsce zwyczajnie zdawało się cierpliwie czekać na sądny dzień otwarcia.
Wślizgnęli się do wcześniej opisywanego przez Leviathana budynku, gdzie znajdowały się tymczasowe zagrody smoków, gdzie przywitał ich intensywny zapach siarki. Oprócz tego dało słyszeć się rozmowy z pokoju socjalnego, ale drzwi do niego pozostawały zamknięte, a przez to i łatwe do ominięcia. Mogli się więc rozdzielić; Theon poszedł zająć się kopułą, a Rowle zagrodami.
Tak jak się spodziewał, użyte zabezpieczenia były proste do rozpracowania - głównie dlatego, że wiedział jakie procedury stosowano w takich miejscach i jak się tego pozbyć. A potem bestie wysunęły się na arenę. Z pewnym rozczarowaniem Rowle zauważył, że były nieco ospałe; może faktycznie czymś je odurzali, a może wciąż zachowywały ostrożność, skonsternowane nagłym wypuszczeniem z boksów. Pozostawało mieć tylko nadzieję, że Travers uporał się ze swoim zdaniem szybciej od niego.
Levi wycelował różdżkę w jedną z bestii. Tę, która znajdowała się najbliżej niego, kiedy stał na balkonie, jaki otaczał okręgiem przestrzeń w centrum budynku. Zaklęcie wystrzeliło, uderzając w pokryty łuskami zad, a stworzenie wyglądało nieco, jakby bardzo szybko dotarły do niego nowe realia otoczenia. Smok rozdziawił paszczę, a ryk poniósł się po arenie, zanim zatańczyły w ślad za nim pojawiły się płomienie.
Zakotłowało się, a sytuacje tylko podsycił fakt, że w poprzednio mijanym pokoju zawrzało, a potem dało się słyszeć pierwsze odgłosy teleportacji i poddenerwowane krzyki. W pierwszej chwili faktycznie nikt nie zwrócił na niego uwagi, ale w końcu jakaś twarz odwróciła się w jego stronę, wypluwając z siebie ponaglenie do pomocy, ale zdanie zostało urwane w połowie, kiedy oczy prześlizgnęły się po znajdującej się na twarzy masce. A potem różdżka delikwenta wyskoczyła z dłoni, kiedy Rowle postanowił go zwyczajnie rozbroić, skazując na łaskę stworzeń, które jakimś nowo odzyskanym gniewem próbowały znaleźć sobie drogę na wolność.
Było dla niego coś niezwykle satysfakcjonującego w tym procesie; tym, by to smoki same wyznaczyły swoją sprawiedliwość, w czym on pomagał zręcznie wyprowadzonymi zaklęciami, które w najlepszym przypadku utrudniały pracownikom zadanie, a w najlepszym kończyły się dla nich tragicznie.
Budynki płonęły, a smuga czarnego dymu wznosiła się ku górze, kiedy spotkali się na nowo w miejscu zbiórki. Nie było mowy o otworzeniu tego miejsca na czas. Ba! Kiedy tak na to patrzył, to nie było mowy o otworzenia go nie tylko w najbliższej przyszłości, ale w ogóle. Nikt poważny nie zainwestowałby przecież w to pieniędzy po tak spektakularnej katastrofie.
Ostatni skrzydlaty cień przetoczył się po nocnym niebie, kiedy oboje teleportowali się z trzaskiem, zostawiając miejsce samemu sobie. Rowle jeszcze następnego dnia, całkiem zadowolony, przyjął prośbę o relokację paru smoków ze zniszczonego grajdołka mugolaków.
- Brzmi dobrze. Przynajmniej będziemy mieć z tego miejsca dobry widok - pokiwał głową, zgadzając się bez problemu na wybrane miejsce. - Więcej jak dwoje, to na pewno. Ale nie martw się, jak wszystko pójdzie dobrze, to będziemy ich najmniejszym zmartwieniem - poklepał go jeszcze po ramieniu, uśmiechając się do niego pokrzepiająco.
Nie pozostawało im nic innego, jak przystąpić do właściwego planu. Niebo zszarzało, odbierając światu ostrość i zapowiadając rychłe nadejście nocy. Obydwoje teleportowali się niżej, między budynki, pomiędzy którymi życie zdawało się albo w ogóle nie toczyć, albo robić to z niezwykłym rozleniwieniem. Skądś dochodziły rozbawione rozmowy, które z łatwością dało się wyminąć, ale oprócz tego? Miejsce zwyczajnie zdawało się cierpliwie czekać na sądny dzień otwarcia.
Wślizgnęli się do wcześniej opisywanego przez Leviathana budynku, gdzie znajdowały się tymczasowe zagrody smoków, gdzie przywitał ich intensywny zapach siarki. Oprócz tego dało słyszeć się rozmowy z pokoju socjalnego, ale drzwi do niego pozostawały zamknięte, a przez to i łatwe do ominięcia. Mogli się więc rozdzielić; Theon poszedł zająć się kopułą, a Rowle zagrodami.
Tak jak się spodziewał, użyte zabezpieczenia były proste do rozpracowania - głównie dlatego, że wiedział jakie procedury stosowano w takich miejscach i jak się tego pozbyć. A potem bestie wysunęły się na arenę. Z pewnym rozczarowaniem Rowle zauważył, że były nieco ospałe; może faktycznie czymś je odurzali, a może wciąż zachowywały ostrożność, skonsternowane nagłym wypuszczeniem z boksów. Pozostawało mieć tylko nadzieję, że Travers uporał się ze swoim zdaniem szybciej od niego.
Levi wycelował różdżkę w jedną z bestii. Tę, która znajdowała się najbliżej niego, kiedy stał na balkonie, jaki otaczał okręgiem przestrzeń w centrum budynku. Zaklęcie wystrzeliło, uderzając w pokryty łuskami zad, a stworzenie wyglądało nieco, jakby bardzo szybko dotarły do niego nowe realia otoczenia. Smok rozdziawił paszczę, a ryk poniósł się po arenie, zanim zatańczyły w ślad za nim pojawiły się płomienie.
Zakotłowało się, a sytuacje tylko podsycił fakt, że w poprzednio mijanym pokoju zawrzało, a potem dało się słyszeć pierwsze odgłosy teleportacji i poddenerwowane krzyki. W pierwszej chwili faktycznie nikt nie zwrócił na niego uwagi, ale w końcu jakaś twarz odwróciła się w jego stronę, wypluwając z siebie ponaglenie do pomocy, ale zdanie zostało urwane w połowie, kiedy oczy prześlizgnęły się po znajdującej się na twarzy masce. A potem różdżka delikwenta wyskoczyła z dłoni, kiedy Rowle postanowił go zwyczajnie rozbroić, skazując na łaskę stworzeń, które jakimś nowo odzyskanym gniewem próbowały znaleźć sobie drogę na wolność.
Było dla niego coś niezwykle satysfakcjonującego w tym procesie; tym, by to smoki same wyznaczyły swoją sprawiedliwość, w czym on pomagał zręcznie wyprowadzonymi zaklęciami, które w najlepszym przypadku utrudniały pracownikom zadanie, a w najlepszym kończyły się dla nich tragicznie.
Budynki płonęły, a smuga czarnego dymu wznosiła się ku górze, kiedy spotkali się na nowo w miejscu zbiórki. Nie było mowy o otworzeniu tego miejsca na czas. Ba! Kiedy tak na to patrzył, to nie było mowy o otworzenia go nie tylko w najbliższej przyszłości, ale w ogóle. Nikt poważny nie zainwestowałby przecież w to pieniędzy po tak spektakularnej katastrofie.
Ostatni skrzydlaty cień przetoczył się po nocnym niebie, kiedy oboje teleportowali się z trzaskiem, zostawiając miejsce samemu sobie. Rowle jeszcze następnego dnia, całkiem zadowolony, przyjął prośbę o relokację paru smoków ze zniszczonego grajdołka mugolaków.
Koniec sesji