Zarówno wewnątrz pomieszczenia, jak i na ulicach Londynu duszność zawitała ozonową brzemiennością burzy i nadchodzących gromów, jeszcze nie dając znaków, czy przyjdzie deszcz, czy burza jest sucha, grzmiąca i przerażająca, jak omeny. Jakby korespondując z muzyką świata, tam gdzie dotykał go Neil, zaczynały pojawiać się małe błyskawice, świecące w półmroku pomieszczenia. Morpheus złapał za szczękę młodszego czarodzieja i przyciągnął jego usta do swoich na krótką, namiętną chwilę.
— Spędzasz za dużo czasu wśród mugoli — oznajmił mu, na lekkim bezdechu oczekiwania, ściągając jego koszulkę w bardzo chaotyczny, ale koniec końców skuteczny sposób. Odrzucił ją gdzieś na stolik i na nowo złączył ich w pocałunku, nie zmieniając nijak pewnego pośpiechu i agresji, jaka w nich drzemała. Przycisnął jego biodra do swoich w bardzo zaborczym geście.
Wtedy też zagwizdał gwizdek z czajnika, zagłuszając całkowicie wszelkie inne dźwięki dookoła nich, wywołując śmiech u Niewymownego.
W świetle lamp kuchennych Neila mógł w końcu wyraźnie zobaczyć księżycowe znamiona przetrwania, blizny które wcześniej odnalazł dotykiem i teraz uczył się wzrokiem, opowiadające o przetrwaniu. Enfer z aparycji wyglądał na bardzo delikatną osobę, ale on pamiętał tę wolę przetrwania z baru, waleczność i energię, jaką tamten się poruszał, gdy był dostatecznie zmotywowany.
— Słyszałem coś o jakiejś herbacie — szepnął, lekko gryząc ramię kochanka. Nie zostawił śladu, chociaż go to kusiło, jak niemal nigdy. Poczucie winy znów pojawiło się gdzieś w trzewiach, ale zagasił je bardzo szybko. Smukłe kończyny, jasne oczy, ciemne włosy, Neil miał w sobie wszystkie cechy, które go pociągały w ludziach najbardziej, a na dodatek przystał na ten układ. To tylko seks.
Nie zrzucił Neila ze swoich kolan, ale lekko podwinął nogi pod krzesło, aby tamten zaczął się nieco zsuwać w drugą stronę; Morpheus bywał złośliwy, z niczego się nie brała różdżka, która tak świetnie korespondowałaby z czarną magią.
Uczucie którym darzył Neila było przegnite. W poszukiwaniu straconej młodości, odczarowaniu pewnych zdarzeń, a jednocześnie świadomości, że to nic nie zmieni. Jeśli chciał zachować swoją pracę, mieć szansę na awans, nie mógł obnosić się z tym, z kim sypia. Nie mógł obiecać, że będzie zasypiać przy nim, budzić się i wspólnie pić kawę, czytać gazetę. I gdzieś w środku czuł, że nie powinien dawać mu jeszcze więcej powodów do cierpienia, ale był samolubny i pragnął.
Wybacz mi, ojcze, bo zgrzeszlyem.