26.02.2024, 20:56 ✶
Bardzo chętnie próbowała udowadniać ludziom, że ma rację, szczególnie kiedy docierało do niej, jak bardzo oporni byli na to co mówiły karty, szklane kule, woski czy inne kości. Może właśnie dlatego z takim uporem pociągała mu czasem tarota, wyczytane wróżby okraszając odpowiednią ilością złośliwości, jakby już za wczasu pytała go Widzisz? Miałam rację od samego początku. Potrzebowała tych małych momentów, bo inaczej czułaby się na całkowicie przegranej pozycji, niezdolna jasno i wyraźnie przeciwstawić mu się. Nie miała na to ani siły, ani zasobów i początkowo ten ich taniec zwyczajnie ją męczył. Potem jednak zaczęła widzieć w nim coś więcej. Coś co sprawiało, że ani razu nie pomyślała o przerwaniu cyklu, a może zwyczajnie z góry wiedziała, że to nie leżało w jej mocy. Coś, co kryło się w półcieniach i na końcu niewypowiedzianych słów. Ale może w tym leżał cały problem, że była zbyt skupiona na detalach, by zrobić parę kroków w tył i skoncentrować się na większym obrazie tego, jak bardzo była niszczona.
Tak samo jak Louvain prędzej połknąłby pięść, zanim przyznałby jej rację, tak ona nie miała zamiaru pokazywać mu się w rzeczach, które dla niej kupował. Mogła wyglądać w otrzymanych od niego sukienkach dumniej i piękniej, ale o wiele lepiej czuła się ze sobą, kiedy mierzyła go spojrzeniem, nie dając mu pełnej satysfakcji z tego, jak bardzo czasem wyglądała na jego. Bo przecież nie była na tyle głupia, by zwinąć te kreację w kłębek i upchnąć na samo dno szafy; dzięki nim w pewnych sytuacjach prezentowała się o wiele bardziej na miejscu i wywierała odpowiednie wrażenie, a o to przecież chodziło trochę w jej jestestwie. Nie ubierała się, a raczej przebierała, od pewnego momentu we wszystkim czując się tak samo obco, a do tego szafowała tonem głosu, mimiką czy zestawem zachowań, jakby była to tylko kolejna talia kart. Louvain może rozgryzł ją już dawno, w sumie chyba z pierwszym razem, kiedy scałowywał nadmiar własnej krwi z jej ust, ale kiedy znikał z horyzontu, Rosie dalej odgrywała swoje małe przedstawienie.
Prawdę powiedziawszy, to pewnie byłaby pod wrażeniem tego całego pożal się boże bohaterstwa, gdyby był to dosłownie ktokolwiek inny. Oczywiście, z właściwą dla siebie manierą wytknęła by jakąś tam arogancję czy uciekanie się do niepotrzebnych aktów przemocy, ale w gruncie rzeczy podobałoby się jej to bo nie lubiła brudzić sobie rąk. Teraz jednak, mierzyła Louvaina nieprzejednanym spojrzeniem kogoś, kto na dobrą sprawę zaliczał go jako trzeciego współwinnego. Wyprostowała się nieco, zadzierając odrobinę podbródek, kiedy zaśmiał się w jej stronę. Ale nie odezwała się na jego zaczepkę, bo ani nie przychodziło jej nic głupiego w tym momencie do głowy, ani nie mogła skoncentrować się na nim w pełni, bo na podłodze wciąż zalegiwał jeden ze szmalcowników.
Zrobiła krok, może dwa w ich stronę, kiedy Lestrange zaczął upychać kaszkiet w usta otumanionego mężczyzny, chyba odrobinę zaciekawiona tym, co właściwie miał zamiar teraz zrobić. Wzdrygnęła się mimowolnie, słysząc obrzydliwy dźwięk jaki wydało ciało, kiedy Lou z impetem nastąpił na kolano faceta, uniemożliwiając mu dalszą swobodę ruchu. Nie raz słyszała ten dźwięk, ale było coś zwyczajnie obrzydliwego w tej scenie, jakby jej ciało mimowolnie zastanawiało się, jak okropne musiało to być uczucie.
- Nie mogłeś go wyrzucić za drzwi? - zapytała, a na jej twarzy malowało się obrzydzenie. Spojrzenie jednak, wciąż miała utkwione w szmalcowniku, skulonym dookoła własnego bólu.
Zmarszczyła brwi, na moment przymykając powieki, jakby chcąc nieco przetrawić to uczucie i odsunąć je od siebie. Dopiero teraz dotarło też do niej, jak waliło jej serce i miała wrażenie, że jego dudnienie znajduje się na wierzchu wszystkiego, co docierało do jej uszu. Cofnęła się nieco, odwracając nawet na moment, jakby chciała z roztargnieniem wrócić do czegokolwiek czym wcześniej była zajęta, ale zaraz znowu zwróciła się w stronę Lestrange'a.
- Nie mam na to czasu. Nie mam czasu na Ciebie - powiedziała, mierząc go wzrokiem, wskazując na niego palcem z pewnym wyrzutem. - Nie dzisiaj, Lou.
Tak samo jak Louvain prędzej połknąłby pięść, zanim przyznałby jej rację, tak ona nie miała zamiaru pokazywać mu się w rzeczach, które dla niej kupował. Mogła wyglądać w otrzymanych od niego sukienkach dumniej i piękniej, ale o wiele lepiej czuła się ze sobą, kiedy mierzyła go spojrzeniem, nie dając mu pełnej satysfakcji z tego, jak bardzo czasem wyglądała na jego. Bo przecież nie była na tyle głupia, by zwinąć te kreację w kłębek i upchnąć na samo dno szafy; dzięki nim w pewnych sytuacjach prezentowała się o wiele bardziej na miejscu i wywierała odpowiednie wrażenie, a o to przecież chodziło trochę w jej jestestwie. Nie ubierała się, a raczej przebierała, od pewnego momentu we wszystkim czując się tak samo obco, a do tego szafowała tonem głosu, mimiką czy zestawem zachowań, jakby była to tylko kolejna talia kart. Louvain może rozgryzł ją już dawno, w sumie chyba z pierwszym razem, kiedy scałowywał nadmiar własnej krwi z jej ust, ale kiedy znikał z horyzontu, Rosie dalej odgrywała swoje małe przedstawienie.
Prawdę powiedziawszy, to pewnie byłaby pod wrażeniem tego całego pożal się boże bohaterstwa, gdyby był to dosłownie ktokolwiek inny. Oczywiście, z właściwą dla siebie manierą wytknęła by jakąś tam arogancję czy uciekanie się do niepotrzebnych aktów przemocy, ale w gruncie rzeczy podobałoby się jej to bo nie lubiła brudzić sobie rąk. Teraz jednak, mierzyła Louvaina nieprzejednanym spojrzeniem kogoś, kto na dobrą sprawę zaliczał go jako trzeciego współwinnego. Wyprostowała się nieco, zadzierając odrobinę podbródek, kiedy zaśmiał się w jej stronę. Ale nie odezwała się na jego zaczepkę, bo ani nie przychodziło jej nic głupiego w tym momencie do głowy, ani nie mogła skoncentrować się na nim w pełni, bo na podłodze wciąż zalegiwał jeden ze szmalcowników.
Zrobiła krok, może dwa w ich stronę, kiedy Lestrange zaczął upychać kaszkiet w usta otumanionego mężczyzny, chyba odrobinę zaciekawiona tym, co właściwie miał zamiar teraz zrobić. Wzdrygnęła się mimowolnie, słysząc obrzydliwy dźwięk jaki wydało ciało, kiedy Lou z impetem nastąpił na kolano faceta, uniemożliwiając mu dalszą swobodę ruchu. Nie raz słyszała ten dźwięk, ale było coś zwyczajnie obrzydliwego w tej scenie, jakby jej ciało mimowolnie zastanawiało się, jak okropne musiało to być uczucie.
- Nie mogłeś go wyrzucić za drzwi? - zapytała, a na jej twarzy malowało się obrzydzenie. Spojrzenie jednak, wciąż miała utkwione w szmalcowniku, skulonym dookoła własnego bólu.
Zmarszczyła brwi, na moment przymykając powieki, jakby chcąc nieco przetrawić to uczucie i odsunąć je od siebie. Dopiero teraz dotarło też do niej, jak waliło jej serce i miała wrażenie, że jego dudnienie znajduje się na wierzchu wszystkiego, co docierało do jej uszu. Cofnęła się nieco, odwracając nawet na moment, jakby chciała z roztargnieniem wrócić do czegokolwiek czym wcześniej była zajęta, ale zaraz znowu zwróciła się w stronę Lestrange'a.
- Nie mam na to czasu. Nie mam czasu na Ciebie - powiedziała, mierząc go wzrokiem, wskazując na niego palcem z pewnym wyrzutem. - Nie dzisiaj, Lou.
she was a gentle
sort of horror
sort of horror