26.02.2024, 22:28 ✶
Rodolphus był przeciętny, jeśli chodziło o sylwetkę. Faktycznie nie był atletą, ale był młodszy, sprawniejszy i dbał o ciało w takim stopniu, by służyło mu w sytuacjach nie tylko kryzysowych. A ta sytuacja, w której się znaleźli, zdecydowanie do kryzysowych należała. Być może nie był tak sprawny, jak by mógł, gdyby poświęcił część tego czasu, który poświęcał na książki, na przykład aktywności fizycznej w większym zakresie. Ale był sprawny, młody i silny - czuć to było w jego uścisku, który wzmocnił, nie pozwalając Morpheusowi się odsunąć od siebie.
- Nie mam zamiaru - odpowiedział po prostu, nie siląc się na wkładanie w swój ton czegokolwiek, jakichkolwiek podszeptów czy sugestii, że być może to była groźba przyszłości. Weszli tu we trójkę i musieli we trójkę wyjść. Miał rację co do siebie: nikt by nie zapłakał, lecz gdyby zdarzyło się, że wyjdzie stąd bez któregoś z Longbottomów... To byłby koniec. Cała misternie tkana peleryna kłamstwa, cieniutka siateczka pozorów, poszłaby z dymem. Rodolphus poprawił się lekko i ostrożnie ruszył do przodu, w stronę lustra, prowadząc Morpheusa jak ślepą kukłę, którą w tej chwili był. Trzymał go za nadgarstek przerzuconej przez ramiona ręki jedną dłonią, a drugą owinął wokół jego talii, by lepiej korygować jego kroki, które wciąż musieli stawiać nad wyraz ostrożnie.
Widział, jak Brenna popycha skrępowanego czarodzieja, a ten znika w tafli lustra, która zafalowała gwałtownie i trzasnęła, jakby ktoś odpalił zapałkę. A następnie zostali w pomieszczeniu tylko we dwójkę. Rodolphus westchnął, czując, że tego pożałuje.
- Złap się mnie mocno, przechodzimy - powiedział, wbijając palce w jego bok - gdzieś na granicy bólu a mocnego uścisku. Czyżby się denerwował? Przecież zawsze zachowywał pokerową twarz, nigdy nie okazywał zdenerwowania. Zawsze był spokojny i rzadko kiedy ktokolwiek był w stanie wyprowadzić go z równowagi. Czy coś się zmieniło? A być może to aura tego miejsca, odwrócona czasoprzestrzeń i sam czas, tak na niego działały? Musiałby o to zapytać, a przecież to nie była odpowiednia chwila, bo właśnie Morpheus poczuł szarpnięcie, gdy przechodzili przez przejście.
To było nieprzyjemne uczucie, trochę podobne do teleportacji, jeżeli chodzi o wywracanie żołądka. Z drugiej jednak strony było zupełnie inne, niż jakiekolwiek formy podróżowania, które znali. Lestrange poleciał jako pierwszy na ziemię, również nie utrzymując równowagi. Nie puścił jednak drugiego Niewymownego - obrócił swoje ciało tak, by to on sam rąbnął plecami o ziemię, chroniąc oślepionego Morpheusa przed brutalnym zderzeniem ze znaną im rzeczywistością.
- Kurwa... - syknął, pozwalając sobie na tę chwilę, w której przeklinał, a przecież robił to cholernie rzadko. Praktycznie wcale. Ale zabolało. Jeszcze miał kilka wulgaryzmów w zanadrzu, ale zwyczajnie zabrakło mu powietrza w płucach, by móc wypuścić je na wolność.
- Nie mam zamiaru - odpowiedział po prostu, nie siląc się na wkładanie w swój ton czegokolwiek, jakichkolwiek podszeptów czy sugestii, że być może to była groźba przyszłości. Weszli tu we trójkę i musieli we trójkę wyjść. Miał rację co do siebie: nikt by nie zapłakał, lecz gdyby zdarzyło się, że wyjdzie stąd bez któregoś z Longbottomów... To byłby koniec. Cała misternie tkana peleryna kłamstwa, cieniutka siateczka pozorów, poszłaby z dymem. Rodolphus poprawił się lekko i ostrożnie ruszył do przodu, w stronę lustra, prowadząc Morpheusa jak ślepą kukłę, którą w tej chwili był. Trzymał go za nadgarstek przerzuconej przez ramiona ręki jedną dłonią, a drugą owinął wokół jego talii, by lepiej korygować jego kroki, które wciąż musieli stawiać nad wyraz ostrożnie.
Widział, jak Brenna popycha skrępowanego czarodzieja, a ten znika w tafli lustra, która zafalowała gwałtownie i trzasnęła, jakby ktoś odpalił zapałkę. A następnie zostali w pomieszczeniu tylko we dwójkę. Rodolphus westchnął, czując, że tego pożałuje.
- Złap się mnie mocno, przechodzimy - powiedział, wbijając palce w jego bok - gdzieś na granicy bólu a mocnego uścisku. Czyżby się denerwował? Przecież zawsze zachowywał pokerową twarz, nigdy nie okazywał zdenerwowania. Zawsze był spokojny i rzadko kiedy ktokolwiek był w stanie wyprowadzić go z równowagi. Czy coś się zmieniło? A być może to aura tego miejsca, odwrócona czasoprzestrzeń i sam czas, tak na niego działały? Musiałby o to zapytać, a przecież to nie była odpowiednia chwila, bo właśnie Morpheus poczuł szarpnięcie, gdy przechodzili przez przejście.
To było nieprzyjemne uczucie, trochę podobne do teleportacji, jeżeli chodzi o wywracanie żołądka. Z drugiej jednak strony było zupełnie inne, niż jakiekolwiek formy podróżowania, które znali. Lestrange poleciał jako pierwszy na ziemię, również nie utrzymując równowagi. Nie puścił jednak drugiego Niewymownego - obrócił swoje ciało tak, by to on sam rąbnął plecami o ziemię, chroniąc oślepionego Morpheusa przed brutalnym zderzeniem ze znaną im rzeczywistością.
- Kurwa... - syknął, pozwalając sobie na tę chwilę, w której przeklinał, a przecież robił to cholernie rzadko. Praktycznie wcale. Ale zabolało. Jeszcze miał kilka wulgaryzmów w zanadrzu, ale zwyczajnie zabrakło mu powietrza w płucach, by móc wypuścić je na wolność.