26.02.2024, 23:27 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 26.02.2024, 23:29 przez Samuel McGonagall.)
Sam stoi przy barze, rozmawia z Morpheusem i Septimą, Neil też tam jest, widzę już co wpadło w drinku i może być śmiesznie xD
Aura Samuela przypominała liść dębu toczony nekrozą – stopniowym obumieraniem na jej obrzeżach. Soczysta zieleń zaradności, twardej rutyny, która przez lata trzymała go w ryzach, mimo trudów samotniczego życia nadgryzana była stopniowo szarością depresji i wzmagającej – pomimo przebywania pośród zdecydowanie większej ilości ludzi niż przez całe swoje życie – izolacji.Biegło od niego bardzo mało nici. Zdrowa i silna zieleń niewątpliwie łączyła go z gospodynią, Brenną Longbottom, zdecydowanie delikatniejsza, świeższa, podążała do jej brata Erika. Była jednak bardzo trudna do zauważenia ze względu na drugą, biegnącą niemal równolegle a zdecydowanie trwalszą, pielęgnowaną przez lata, a łączącą go z Norą Figg. Strzępki dawnej czerwieni, obecnie wypłowiałe, choć wciąż widoczne, wplecione były w czerń tęsknoty, niezrozumienia i rozgoryczenia sobą nawzajem. Intensywna, a przez to czytelna nie w tonach nienawiści i wrogości, ale smutnego skojarzenia ze spalonym mostem, który wciąż dręczył dusze obojga wciąż młodych osób.
Z kolei sam Samuel, zupełnie nieświadomy tego, że ktoś podgląda metafizycznie okalające go barwy, próbował zrozumieć i szło mu to ciężko... Tak jak znajomość z Erikiem była dlań zaskakująco "prosta" w obsłudze, przypominająca bardzo satysfakcjonujące operowanie dobrze naostrzoną siekierą, którą można było zmóc najbardziej oporne, wiekowe pniaki, tak Morpheus... morfował. Przypominał mu narzędzie uniwersalne, którym modelował w detalu figurki biegających i zasypiających drewnianych zwierząt, narzędzie, które w toku pracy transmutował tak bardzo, że sam rzemieślnik nie pamiętał, czym było w swej wyjściowej formie. Misternym drogim dłutkiem? A może kawałkiem wierzbowej witki zerwanej rano nad jeziorem? Mikroekspresje twarzy Longbottoma nie umykały Samowi, ale były płynne jak woda, nieuchwytne, mętne, odbijające zewnętrze tak, by ukryć prawdziwą naturę.
Przynajmniej tyle, że już wiedział, co w tym całym równaniu robi Neil. A przynajmniej, tak mu się wydawało...
Odstawił pusty kufel i wypchnął nieco obronnie podbródek, unosząc przy tym głowę, trochę jak ojciec podczas kłótni z matką, milcząco przyjmujący jej liczne argumenty tylko po to, by w dwóch słowach riposty zamknąć jej usta. Młodemu mężczyźnie daleko było do salonowej wprawy młodego onegdaj Alistara Blacka, były jednak momenty, takie jak ten, gdy uciekał w znajome gesty najbliższych, już nieobecnych w jego życiu rodziców.
Przyjął milcząco to, co miał do powiedzenia na jego temat Morpheus, mimowolnie zdając sobie sprawę z tego, że już nie pan leśniczy, a po prostu Sam. Nie rozumiał tylko tego Księcia Kniei, ale rychło przypomniał sobie o istnieniu diademu.
– Ollivander?– zainteresował się, a twarz mu momentalnie złagodniała w zaciekawieniu – Czyżby była pani spokrewniona z panem Garrickiem? – Wspomnienie sklepu różdżkarza, jedynej przyjaznej oazy pośród nieprzystępnego, złowrogiego środowiska londyńskiego, było wciąż cenne i inspirujące, jego kojące ciepło jednak zgasło w momencie, gdy Morpheus wskazał na pochodzenie wyszywanej białą nicią w ptasie pióra koszuli.
Szlag.
Przełknął ślinę, bardzo celowo nie patrząc na męską dłoń, a na twarz, przeklętą twarz, której nie rozumiał.
– Cóż, ja mam Twoją koszulę, Ty masz moją. – odsunął się o krok, nieprzerwanie się uśmiechając i sięgnął po magicznego drinka. Poprzednie dwa pomogły mu poczuć się lepiej. Nie chciał znów zamieniać się w niedźwiedzia. Najwyżej wyjdzie i poczeka na Norę na zewnątrz.
– Jestem na pani wezwanie. Wszak przyjaciele moich przyjaciół, są moimi przyjaciółmi. – zwrócił się do Septimy jeszcze raz kłaniając się przed nią i wznosząc toast, na znak przypieczętowania własnej deklaracji. A potem wypił napitek, odprowadzając ich wzrokiem.
!magicznydrink
Aura Samuela przypominała liść dębu toczony nekrozą – stopniowym obumieraniem na jej obrzeżach. Soczysta zieleń zaradności, twardej rutyny, która przez lata trzymała go w ryzach, mimo trudów samotniczego życia nadgryzana była stopniowo szarością depresji i wzmagającej – pomimo przebywania pośród zdecydowanie większej ilości ludzi niż przez całe swoje życie – izolacji.Biegło od niego bardzo mało nici. Zdrowa i silna zieleń niewątpliwie łączyła go z gospodynią, Brenną Longbottom, zdecydowanie delikatniejsza, świeższa, podążała do jej brata Erika. Była jednak bardzo trudna do zauważenia ze względu na drugą, biegnącą niemal równolegle a zdecydowanie trwalszą, pielęgnowaną przez lata, a łączącą go z Norą Figg. Strzępki dawnej czerwieni, obecnie wypłowiałe, choć wciąż widoczne, wplecione były w czerń tęsknoty, niezrozumienia i rozgoryczenia sobą nawzajem. Intensywna, a przez to czytelna nie w tonach nienawiści i wrogości, ale smutnego skojarzenia ze spalonym mostem, który wciąż dręczył dusze obojga wciąż młodych osób.
Z kolei sam Samuel, zupełnie nieświadomy tego, że ktoś podgląda metafizycznie okalające go barwy, próbował zrozumieć i szło mu to ciężko... Tak jak znajomość z Erikiem była dlań zaskakująco "prosta" w obsłudze, przypominająca bardzo satysfakcjonujące operowanie dobrze naostrzoną siekierą, którą można było zmóc najbardziej oporne, wiekowe pniaki, tak Morpheus... morfował. Przypominał mu narzędzie uniwersalne, którym modelował w detalu figurki biegających i zasypiających drewnianych zwierząt, narzędzie, które w toku pracy transmutował tak bardzo, że sam rzemieślnik nie pamiętał, czym było w swej wyjściowej formie. Misternym drogim dłutkiem? A może kawałkiem wierzbowej witki zerwanej rano nad jeziorem? Mikroekspresje twarzy Longbottoma nie umykały Samowi, ale były płynne jak woda, nieuchwytne, mętne, odbijające zewnętrze tak, by ukryć prawdziwą naturę.
Przynajmniej tyle, że już wiedział, co w tym całym równaniu robi Neil. A przynajmniej, tak mu się wydawało...
Odstawił pusty kufel i wypchnął nieco obronnie podbródek, unosząc przy tym głowę, trochę jak ojciec podczas kłótni z matką, milcząco przyjmujący jej liczne argumenty tylko po to, by w dwóch słowach riposty zamknąć jej usta. Młodemu mężczyźnie daleko było do salonowej wprawy młodego onegdaj Alistara Blacka, były jednak momenty, takie jak ten, gdy uciekał w znajome gesty najbliższych, już nieobecnych w jego życiu rodziców.
Przyjął milcząco to, co miał do powiedzenia na jego temat Morpheus, mimowolnie zdając sobie sprawę z tego, że już nie pan leśniczy, a po prostu Sam. Nie rozumiał tylko tego Księcia Kniei, ale rychło przypomniał sobie o istnieniu diademu.
– Ollivander?– zainteresował się, a twarz mu momentalnie złagodniała w zaciekawieniu – Czyżby była pani spokrewniona z panem Garrickiem? – Wspomnienie sklepu różdżkarza, jedynej przyjaznej oazy pośród nieprzystępnego, złowrogiego środowiska londyńskiego, było wciąż cenne i inspirujące, jego kojące ciepło jednak zgasło w momencie, gdy Morpheus wskazał na pochodzenie wyszywanej białą nicią w ptasie pióra koszuli.
Szlag.
Przełknął ślinę, bardzo celowo nie patrząc na męską dłoń, a na twarz, przeklętą twarz, której nie rozumiał.
– Cóż, ja mam Twoją koszulę, Ty masz moją. – odsunął się o krok, nieprzerwanie się uśmiechając i sięgnął po magicznego drinka. Poprzednie dwa pomogły mu poczuć się lepiej. Nie chciał znów zamieniać się w niedźwiedzia. Najwyżej wyjdzie i poczeka na Norę na zewnątrz.
– Jestem na pani wezwanie. Wszak przyjaciele moich przyjaciół, są moimi przyjaciółmi. – zwrócił się do Septimy jeszcze raz kłaniając się przed nią i wznosząc toast, na znak przypieczętowania własnej deklaracji. A potem wypił napitek, odprowadzając ich wzrokiem.
!magicznydrink