27.02.2024, 00:14 ✶
Kolejne przyjęcie, kolejny ślub. Kolejne takie, gdzie nie mogło zabraknąć młodego Borgina — nie dlatego, że chciał, bo miał szczerze wyjebane, ale dlatego, że mu kazali i znal przyszłego Pana młodego ze szkoły. Bandę Stanleya i jej członków znali właściwie wszyscy z ich rocznika i przylegających, nawet pewnie Ci młodsi, którzy byli w Hogwarcie za ich czasów. Nie miał absolutnie nastroju na zabawę i świętowanie, cały czas nie mógł wierzyć w te wszystkie plotki o jego przyjacielu i Pannie Longbottom. Czuł się zdradzony, samotny i chyba nawet trochę brzydki, nawet jeśli odbicie w lustrze sugerowało mu coś innego. Nie rozumiał, dlaczego Brenna go tak nie lubiła i nie miał już pomysłów, co mógłby dalej z tym zrobić. Jak jej zaimponować? Wybrała sobie — bez obrazy dla Atreusa, którego przecież bardzo kochał, jak brata — największego kobieciarza w szkole, nawet Lou taki nie był. Ona, najbardziej przyzwoita Panna w całej Anglii wybrała Atreusa, a nie jego — gdy on tak się kurwa starał, takim był gentlemanem. Westchnął do swoich myśli, podnosząc wzrok na mówiącego do niego kolegę i uśmiechnął się w ten charakterystyczny dla siebie sposób. Siedział przy stole, popijając whisky. Lód błyszczał w bursztynowym płynie, który obijał się o ściany kryształowej szklanki. Sala była pełna, przyozdobiona i wyglądała drogo. Stoły uginały się od pysznych dań i drogich alkoholi, uczestniczyły w tym przyjęciu wszystkie ważniejsze rody — zdaniem dziadka. Przyszedł sam, chociaż niezbyt mu już wypadało, ale nie mógł narzekać na brak zainteresowania. Anthony wbrew temu, że Brenna go nie chciała — nie był taki brzydki, zwłaszcza ubrany w doskonale dopasowany garnitur i koszulę, pod której szyją tkwiła mucha. Jego ciemne, zwykle niesforne loki zaczesane były do tyłu i przytrzymane żelem, aby kosmyki nie uciekały na czoło, na palcu miał rodowy sygnet — dziedzica zresztą, nie byle chuj i nawet wybrał złote spinki do mankietów. Przyszedł tu z myślą, że znajdzie sobie jakąś dziewczynę, która za odrobinę luksusu sprawi, że będzie mniej samotny — ale nie taką rasową kurwę, bo takowe nie były dla niej. Teraz mu się jednak odechciało i najchętniej wróciłby do domu, a potem przebrał w wygodne ubrania i pojeździł swoim magicznym motorem, przekraczając prędkość. Chciało mu się palić, alkohol był za ciepły, jakaś kobieta zbyt się wyperfumowała i właściwie nie wypatrzył sobie żadnej. Przez Atreusa i Brenne, rzecz jasna.
Przeprosił więc z błyskiem w oczach, rzucając jakimś żartem i odszedł do stołu, kierując się do toalety. Bywał tu wcześniej, znał drogę.
Przemycie twarzy zimną wodą było przyjemnie orzeźwiające, było tu chłodno, a otwarte okno sprawiało, że wpadało świeże powietrze. Spojrzał na siebie, opierając dłonie o umywalkę i przeklął siarczyście pod nosem, obrażony i nieszczęśliwy. Sprawdził prędko, czy miał przy sobie papierosy, chcąc przedłużyć nieobecność i udać się do ogrodu, aby zapalić. Nałóg krzyczał, bardziej niż wewnętrzne rozdrażnienie. Poprawił sygnet na palcu i krawat, odpiął jeden z guzików marynarki i wytarł ręce, chociaż większość wody i tak została w drogim materiale. Opuścił łazienkę, pochłonięty własnymi myślami.
Kopnąłby w dupę boga pomyślności, który rzekomo nad nim miał czuwać, gdy niespodziewany obrót wydarzeń sprawił, że wszystko potoczyło się tak prędko, że reagował instynktownie. Pojawiła się dama w opresji, a Anthony niczym ten rycerz, gentleman, nie mógł pozwolić, aby młoda dziewczyna zaliczyła przepiękne wyjebanie się na dywanie przed łazienką. Niewiele więc myśląc, zajął się łapaniem jej w najbardziej odpowiedni i przyzwoity sposób, w jaki mógł — nie chcąc, żeby sobie coś złego na jego temat pomyślała, chociaż jego jedna z jego dłoni przemknęła w okolicy talii, muskając materiał granatowej sukienki.
- Nic się Pani nie stało? - zapytał tylko dość łagodnie, chociaż głos miał jak zwykle pewny siebie i charyzmatyczny, gdy upewnił się, że stała prosto i nie groziła jej wywrotka. Cofnął dłonie i posłał jej uśmiech, a potem klęknął na jedno kolano, aby podnieść upuszczoną przez nią torebkę. Nie było w tym nic złego lub też śmiesznego, normalna reakcja obrony przed upadkiem. Gdy dodatek znalazł się w jego dłoni, na dywanie został pierścionek. Tony niewiele myśląc, złapał go w palce i uniósł nieco, spoglądając najpierw na błyskotkę, a potem na nią, marszcząc na kilka sekund brwi. Nie było jednak pogardy, złości lub zażenowania na jego twarzy, raczej przemykało przez nią rozbawienie i łobuzerski błysk. Wtedy też ktoś jeszcze pojawił się na korytarzu, wydając siebie pisk i stając niedaleko. A to zaczęło przywoływać innych ludzi.Co do kurwy? Rozejrzał się dookoła, początkowo nie zdając sobie sprawy z powodu tego całego zamieszania, dopóki nie zorientował się, że klęczał przed dziewczyną na jednym kolanie z pierścionkiem w ręku. On, dziedzic rodu Borgin i wielki komornik wpierdolił się, jak przysłowiowa śliwka w kompot. Kurwa. Zabiją go. Dziadek go zabije, Stanley go zabije, wszyscy go zabiją. Jak to sensownie odkręcić? Żeby żadne z nich nie miało wstydu? Zwilżył usta w zamyśleniu, gdy doszedł do niego głos o tym, że ktoś zgubił taki pierścionek. Spojrzał raz jeszcze na dziewczynę i na błyskotkę, a potem westchnął. Kurwa mać.
- To jak będzie, piękna? Uczynisz mi ten zaszczyt? - zapytał głośno, wbijając spojrzenie w jej oczy. Doskonale sobie zdawał sprawę ze swojej pozycji. Był dziedzicem, był bogaty i mógł mieć tysiąc takich tandetnych pierścionków, nikt o zdrowych zmysłach nie posądziłby go o kradzież. A nie chciał też, żeby mała złodziejka była skreślona w towarzystwie. Potem będzie myślał, jak to odkręcić. - Bo wiesz, oszalałem z miłości.
Dodał z łobuzerskim uśmiechem, kładąc nacisk na "oszalałem". Przekręcił głowę na bok, zastanawiając się, czy Greengrasówna pójdzie w ten teatrzyk. Kojarzył jej ród, jej twarz, ale za nic nie pamiętał imienia. Cóż, będzie trzeba improwizować. Nawet jeśli dostanie kosza, jej opinia zostanie nienaruszona. Nie sądził jednak, co było smutne, żeby Brenna była zazdrosna.
Przeprosił więc z błyskiem w oczach, rzucając jakimś żartem i odszedł do stołu, kierując się do toalety. Bywał tu wcześniej, znał drogę.
Przemycie twarzy zimną wodą było przyjemnie orzeźwiające, było tu chłodno, a otwarte okno sprawiało, że wpadało świeże powietrze. Spojrzał na siebie, opierając dłonie o umywalkę i przeklął siarczyście pod nosem, obrażony i nieszczęśliwy. Sprawdził prędko, czy miał przy sobie papierosy, chcąc przedłużyć nieobecność i udać się do ogrodu, aby zapalić. Nałóg krzyczał, bardziej niż wewnętrzne rozdrażnienie. Poprawił sygnet na palcu i krawat, odpiął jeden z guzików marynarki i wytarł ręce, chociaż większość wody i tak została w drogim materiale. Opuścił łazienkę, pochłonięty własnymi myślami.
Kopnąłby w dupę boga pomyślności, który rzekomo nad nim miał czuwać, gdy niespodziewany obrót wydarzeń sprawił, że wszystko potoczyło się tak prędko, że reagował instynktownie. Pojawiła się dama w opresji, a Anthony niczym ten rycerz, gentleman, nie mógł pozwolić, aby młoda dziewczyna zaliczyła przepiękne wyjebanie się na dywanie przed łazienką. Niewiele więc myśląc, zajął się łapaniem jej w najbardziej odpowiedni i przyzwoity sposób, w jaki mógł — nie chcąc, żeby sobie coś złego na jego temat pomyślała, chociaż jego jedna z jego dłoni przemknęła w okolicy talii, muskając materiał granatowej sukienki.
- Nic się Pani nie stało? - zapytał tylko dość łagodnie, chociaż głos miał jak zwykle pewny siebie i charyzmatyczny, gdy upewnił się, że stała prosto i nie groziła jej wywrotka. Cofnął dłonie i posłał jej uśmiech, a potem klęknął na jedno kolano, aby podnieść upuszczoną przez nią torebkę. Nie było w tym nic złego lub też śmiesznego, normalna reakcja obrony przed upadkiem. Gdy dodatek znalazł się w jego dłoni, na dywanie został pierścionek. Tony niewiele myśląc, złapał go w palce i uniósł nieco, spoglądając najpierw na błyskotkę, a potem na nią, marszcząc na kilka sekund brwi. Nie było jednak pogardy, złości lub zażenowania na jego twarzy, raczej przemykało przez nią rozbawienie i łobuzerski błysk. Wtedy też ktoś jeszcze pojawił się na korytarzu, wydając siebie pisk i stając niedaleko. A to zaczęło przywoływać innych ludzi.Co do kurwy? Rozejrzał się dookoła, początkowo nie zdając sobie sprawy z powodu tego całego zamieszania, dopóki nie zorientował się, że klęczał przed dziewczyną na jednym kolanie z pierścionkiem w ręku. On, dziedzic rodu Borgin i wielki komornik wpierdolił się, jak przysłowiowa śliwka w kompot. Kurwa. Zabiją go. Dziadek go zabije, Stanley go zabije, wszyscy go zabiją. Jak to sensownie odkręcić? Żeby żadne z nich nie miało wstydu? Zwilżył usta w zamyśleniu, gdy doszedł do niego głos o tym, że ktoś zgubił taki pierścionek. Spojrzał raz jeszcze na dziewczynę i na błyskotkę, a potem westchnął. Kurwa mać.
- To jak będzie, piękna? Uczynisz mi ten zaszczyt? - zapytał głośno, wbijając spojrzenie w jej oczy. Doskonale sobie zdawał sprawę ze swojej pozycji. Był dziedzicem, był bogaty i mógł mieć tysiąc takich tandetnych pierścionków, nikt o zdrowych zmysłach nie posądziłby go o kradzież. A nie chciał też, żeby mała złodziejka była skreślona w towarzystwie. Potem będzie myślał, jak to odkręcić. - Bo wiesz, oszalałem z miłości.
Dodał z łobuzerskim uśmiechem, kładąc nacisk na "oszalałem". Przekręcił głowę na bok, zastanawiając się, czy Greengrasówna pójdzie w ten teatrzyk. Kojarzył jej ród, jej twarz, ale za nic nie pamiętał imienia. Cóż, będzie trzeba improwizować. Nawet jeśli dostanie kosza, jej opinia zostanie nienaruszona. Nie sądził jednak, co było smutne, żeby Brenna była zazdrosna.