27.02.2024, 01:44 ✶
Kiedy widziała go takim; ledwo przytomnym, zastanawiającym się jakim cudem była tak realna jako zjawa i bełkoczącym od rzeczy, nie mogła nie myśleć o tym, co by zrobił gdyby powiedziała mu, że wiedziała. Wiedziała, w jakim stanie się czasem znajdował, nawet jeśli tak usilnie próbował przed nią ukryć tę właśnie stronę. Może zwyczajnie nie przewidział, albo i zapomniał, że przecież nie potrzebowała nawet z nim rozmawiać na ten temat bo miała Dianę. Ich Gwiazdkę, która w nałóg wskakiwała razem z nim, nawet jeśli to on skakał do tej dziury na główkę, a na nią czekała zawieszona na pewnej wysokości zabezpieczająca siatka. Siatka, którą sam ustawiał. A Rosie była też zwyczajnie dobra w tym wszystkim; przez lata wyspecjalizowała się dokładnie tak samo, jak i on to zrobił, w sztuce orientowania się w życiu tego drugiego, pomimo zaciętej walki o to, by niektóre rzeczy nigdy nie wypłynęły. Jej chyba wychodziło to nieco lepiej jak jemu. Bo w innych warunkach Murtagh, Louvain czy nawet ostatnio Hades mieliby z nim nieciekawą rozmowę.
Ale wbrew tego czego się obawiał, nigdy mu nie współczuła. To, co się działo w jego życiu, było tylko i wyłącznie jego winą. Owszem, patrzyła na niego z troską lub żalem, ale gdzieś pod tym zawsze znajdowała się przede wszystkim cierpliwość. Nieskończone wręcz pokłady, bo przecież wciąż czekała, zatrzymana jakby w czasie i przestrzeni. Kiedyś ona potrzebowała złapać oddech i zastanowić nad tym co się stało - poukładać sobie w głowie pewne rzeczy i oswoić się z konceptem, że nic już nie mogło być takie samo. I nawet jeśli Axel wtedy czekał, to w końcu odpuścił. Zawsze myślała, ze wyjechał wtedy do Grecji. Ich Grecji. Tej samej wywróżonej w 'Puszce Pandory', którą mieli poznać wspólnie wśród pomarańczowych gajów i kredowych wybrzeży. I gdzieś tam, pod wpływem lat, wciąż leżała ukryta gorycz, jaką czuła na samą wspomnienie, że tak ją zdradził. Ale nawet jeśli on odpuścił, ona nie mogła. Nie była aroganckim chłopcem, który nie mogąc mieć tego, co chciał, wyruszał na jakąś samopoznawczą wycieczkę, która zamiast odkrywać przed nim tajniki jego duszy, sprawiała że staczał się coraz niżej, w coraz bardziej paskudne miejsca, z których czasem tylko wychylał głowę, żeby móc jej spojrzeć w oczy, jakby wszystko było w najlepszym porządku. Dlatego czekała. Bo w przeciwieństwie do niego, nie była przerażona faktem, że złamie jej serce drugi raz.
On zgrzytał z rana zębami na Koło Fortuny, a ona z zastanowieniem spoglądała w zielone oczy Kapłanki. Ale nie rozumiała o co jej chodziło, bo miała wrażenie, że to właśnie nie był czas na słuchanie intuicji. Wcześniej to robiła i zadziałało, prawda? A może zwyczajnie myliła intuicję z czymś, co niegdyś zaowocowało między nimi takim rozłamem. Bo przecież rozsądek podpowiadał jej, że powinni zacząć rozmawiać i przestać dusić się w swojej obecności, tylko po to by tonąć pod wpływem niewypowiedzianych emocji, kiedy znajdowali się wreszcie sami.
Dlatego, niezadowolona z tego co widziała, a może bardziej niezdecydowana, odsunęła od siebie szybko tak samo kartę, jak i to co mogła jej podpowiadać.
- Nie wiem. - powiedziała pewnym siebie głosem, jakby faktycznie nie miała bladego pojęcia, jaki to powód miałaby znaleźć sobie, żeby wystawić go do wiatru. Ale zaraz przypomniały jej się, kiedy widziała go ostatnio parę dni temu i na moment brew uniosła się w zastanowieniu. O to mu chodziło?
- Żeby tylko po nocach - uśmiechnęła się do niego słodko, ale gdzieś w tej słodyczy właśnie kryło się bezgłośne wypomnienie tych wszystkich chwil, kiedy w jego głowie jawiła się raczej jako senna zjawa. Było dla niej coś absurdalnego, ale też zwyczajnie raniącego, że jakaś część niego nie mogła przyjąć do wiadomości, że znajdowała się obok niego w całej swojej okazałości i w pełni z krwi i kości. Był wtedy tak napruty czy zwyczajnie nie wierzył, że była w stanie znieść go w takim stanie? - A jaki chcesz, żeby był? - odpowiedziała pytaniem na pytanie, uśmiechając się przy tym o wiele delikatniej, samymi kącikami ust zaledwie i z pewną czepliwością.
Lubiła kiedy bił się dla niej, ale nienawidziła, kiedy kończył posiniaczony. Może dla niego był to jakiś wyznacznik tego, jakim to nie był twardzielem, ale ona w głębi duszy zwyczajnie nie lubiła patrzeć na dowody tego, że tak jak on był w stanie skrzywdzić jego, tak inni byli w stanie sprawić mu ból. Odpowiadała mu wtedy jakieś głupoty, rzucone nadąsanym tonem Dodają charakteru, ale idioty albo wyglądasz, ale na frajera, który dał sobie obić mordę. Ale potem albo pochylała się nad nim, jeśli znajdował się w jej zasięgu, albo to jemu mówiła, żeby się pochylił i całowała delikatnie każde z posiniaczonych czy rozciętych miejsc. Było coś pocieszającego w tym, że nawet jeśli minęło tyle lat, wciąż jej usta miały na sobie więcej wspomnienia krwi Alexandra, niż tej trującej, którą czasem złośliwie skarmiał ją Louvain.
Nie trudno było zauważyć jak zgubiła krok, kiedy potem się odezwał, jakby chciała na moment się zatrzymać, ale jego kroki poprowadziły ją dalej. I faktycznie, znał ją chyba aż za dobrze, nakrywając jej dłoń swoją własną i przytrzymując ją w miejscu, bo chciała wysunąć ją spod jego ramienia. Przecież ubrała się w ten sposób specjalnie. Chciała żeby widział, że coś się zmieniło, a nie żył w przekłamanej przez nią wersji świata, gdzie absolutnie nic się nie zmieniało. Bo wciąż nie była w stanie wydusić z siebie tego, co znaczyła ta sukienka i ubranie jej było jedynym co mogła zrobić.
A jednak bolało, kiedy z tego zakpił. Tak samo jak bolało kiedy Lestrange robił jej krzywdę, doprowadzając do łez.
- Jak ci się nie podoba, to widzę tylko trzy opcje. Pierwsza; możesz w ogóle na mnie nie patrzeć. - spojrzała na niego, ale nie zadzierając na jego twarz głowy, a jedynie kątem oka, a jej ton był dziwnie zimny i odległy. Tak samo jak odległy był kiedyś, kiedy uderzał w tematy, które bardzo ją dotykały. - Druga; możesz ją ze mnie zdjąć - i to powiedziała z pełną świadomością, że przecież tego nie zrobi. Nie tutaj i nie dzisiaj bo gotowa była wtedy wycedzić mu złośliwie w twarz, że przecież miał żonę. - Trzecia; to zastąpić ją jakąś inną - zakończyła, przez moment jeszcze patrząc na niego w ten sam sposób, zanim powiodła wzrokiem po chodniku przed nimi. Zakradła się jednak na jej twarz jakaś wyraźna sztywność, jak słowa, nawet jeśli brzmiały z pozoru lekko, wypowiadała z zaciskaną szczęką.
Ale potem już zatrzymała się całkowicie, przystając przy jednej z bocznych uliczek, by nie przeszkadzać reszcie przechodniów. A może dlatego że chciała faktycznie uciec. Jeśli nie od niego, to od innych ludzi.
- To nie ja uciekam - zadarła na niego głowę, zaglądając mu w oczy z pewnym wyrzutem. - Przestałam uciekać dawno temu, ale ty wciąż jesteś dalej i dalej, jakbyś nie mógł uwierzyć w to, że jestem w stanie to zrobić. Albo że jesteś wart tego, żeby przestać od ciebie uciekać - syknęła, zaciskając palce na jego ramieniu mocniej, nawet jeśli on sam poluźnił swój uchwyt. Zrobiła krok w jego stronę, przysuwając się do niego, tak że dotykała go już nie tylko samą uwieszoną na ramieniu dłonią. - Chciałabym, żebyś wreszcie zaakceptował fakt, że to jakim cię widzę nie jest tylko jakimś nieosiągalnym mirażem, a czymś na co warto czekać. - ani na moment nie odwróciła spojrzenia, nieprzejednana w swoim uporze i złości, która w chłodny sposób buzowała gdzieś pod powierzchnią. Tak jakby faktycznie niecierpliwiła się tym, jak łatwo odrzucał od siebie, że to ona może mieć rację i zwyczajnie nie było to coś, co mógł osiągnąć przy pierwszej próbie.
Ale wbrew tego czego się obawiał, nigdy mu nie współczuła. To, co się działo w jego życiu, było tylko i wyłącznie jego winą. Owszem, patrzyła na niego z troską lub żalem, ale gdzieś pod tym zawsze znajdowała się przede wszystkim cierpliwość. Nieskończone wręcz pokłady, bo przecież wciąż czekała, zatrzymana jakby w czasie i przestrzeni. Kiedyś ona potrzebowała złapać oddech i zastanowić nad tym co się stało - poukładać sobie w głowie pewne rzeczy i oswoić się z konceptem, że nic już nie mogło być takie samo. I nawet jeśli Axel wtedy czekał, to w końcu odpuścił. Zawsze myślała, ze wyjechał wtedy do Grecji. Ich Grecji. Tej samej wywróżonej w 'Puszce Pandory', którą mieli poznać wspólnie wśród pomarańczowych gajów i kredowych wybrzeży. I gdzieś tam, pod wpływem lat, wciąż leżała ukryta gorycz, jaką czuła na samą wspomnienie, że tak ją zdradził. Ale nawet jeśli on odpuścił, ona nie mogła. Nie była aroganckim chłopcem, który nie mogąc mieć tego, co chciał, wyruszał na jakąś samopoznawczą wycieczkę, która zamiast odkrywać przed nim tajniki jego duszy, sprawiała że staczał się coraz niżej, w coraz bardziej paskudne miejsca, z których czasem tylko wychylał głowę, żeby móc jej spojrzeć w oczy, jakby wszystko było w najlepszym porządku. Dlatego czekała. Bo w przeciwieństwie do niego, nie była przerażona faktem, że złamie jej serce drugi raz.
On zgrzytał z rana zębami na Koło Fortuny, a ona z zastanowieniem spoglądała w zielone oczy Kapłanki. Ale nie rozumiała o co jej chodziło, bo miała wrażenie, że to właśnie nie był czas na słuchanie intuicji. Wcześniej to robiła i zadziałało, prawda? A może zwyczajnie myliła intuicję z czymś, co niegdyś zaowocowało między nimi takim rozłamem. Bo przecież rozsądek podpowiadał jej, że powinni zacząć rozmawiać i przestać dusić się w swojej obecności, tylko po to by tonąć pod wpływem niewypowiedzianych emocji, kiedy znajdowali się wreszcie sami.
Dlatego, niezadowolona z tego co widziała, a może bardziej niezdecydowana, odsunęła od siebie szybko tak samo kartę, jak i to co mogła jej podpowiadać.
- Nie wiem. - powiedziała pewnym siebie głosem, jakby faktycznie nie miała bladego pojęcia, jaki to powód miałaby znaleźć sobie, żeby wystawić go do wiatru. Ale zaraz przypomniały jej się, kiedy widziała go ostatnio parę dni temu i na moment brew uniosła się w zastanowieniu. O to mu chodziło?
- Żeby tylko po nocach - uśmiechnęła się do niego słodko, ale gdzieś w tej słodyczy właśnie kryło się bezgłośne wypomnienie tych wszystkich chwil, kiedy w jego głowie jawiła się raczej jako senna zjawa. Było dla niej coś absurdalnego, ale też zwyczajnie raniącego, że jakaś część niego nie mogła przyjąć do wiadomości, że znajdowała się obok niego w całej swojej okazałości i w pełni z krwi i kości. Był wtedy tak napruty czy zwyczajnie nie wierzył, że była w stanie znieść go w takim stanie? - A jaki chcesz, żeby był? - odpowiedziała pytaniem na pytanie, uśmiechając się przy tym o wiele delikatniej, samymi kącikami ust zaledwie i z pewną czepliwością.
Lubiła kiedy bił się dla niej, ale nienawidziła, kiedy kończył posiniaczony. Może dla niego był to jakiś wyznacznik tego, jakim to nie był twardzielem, ale ona w głębi duszy zwyczajnie nie lubiła patrzeć na dowody tego, że tak jak on był w stanie skrzywdzić jego, tak inni byli w stanie sprawić mu ból. Odpowiadała mu wtedy jakieś głupoty, rzucone nadąsanym tonem Dodają charakteru, ale idioty albo wyglądasz, ale na frajera, który dał sobie obić mordę. Ale potem albo pochylała się nad nim, jeśli znajdował się w jej zasięgu, albo to jemu mówiła, żeby się pochylił i całowała delikatnie każde z posiniaczonych czy rozciętych miejsc. Było coś pocieszającego w tym, że nawet jeśli minęło tyle lat, wciąż jej usta miały na sobie więcej wspomnienia krwi Alexandra, niż tej trującej, którą czasem złośliwie skarmiał ją Louvain.
Nie trudno było zauważyć jak zgubiła krok, kiedy potem się odezwał, jakby chciała na moment się zatrzymać, ale jego kroki poprowadziły ją dalej. I faktycznie, znał ją chyba aż za dobrze, nakrywając jej dłoń swoją własną i przytrzymując ją w miejscu, bo chciała wysunąć ją spod jego ramienia. Przecież ubrała się w ten sposób specjalnie. Chciała żeby widział, że coś się zmieniło, a nie żył w przekłamanej przez nią wersji świata, gdzie absolutnie nic się nie zmieniało. Bo wciąż nie była w stanie wydusić z siebie tego, co znaczyła ta sukienka i ubranie jej było jedynym co mogła zrobić.
A jednak bolało, kiedy z tego zakpił. Tak samo jak bolało kiedy Lestrange robił jej krzywdę, doprowadzając do łez.
- Jak ci się nie podoba, to widzę tylko trzy opcje. Pierwsza; możesz w ogóle na mnie nie patrzeć. - spojrzała na niego, ale nie zadzierając na jego twarz głowy, a jedynie kątem oka, a jej ton był dziwnie zimny i odległy. Tak samo jak odległy był kiedyś, kiedy uderzał w tematy, które bardzo ją dotykały. - Druga; możesz ją ze mnie zdjąć - i to powiedziała z pełną świadomością, że przecież tego nie zrobi. Nie tutaj i nie dzisiaj bo gotowa była wtedy wycedzić mu złośliwie w twarz, że przecież miał żonę. - Trzecia; to zastąpić ją jakąś inną - zakończyła, przez moment jeszcze patrząc na niego w ten sam sposób, zanim powiodła wzrokiem po chodniku przed nimi. Zakradła się jednak na jej twarz jakaś wyraźna sztywność, jak słowa, nawet jeśli brzmiały z pozoru lekko, wypowiadała z zaciskaną szczęką.
Ale potem już zatrzymała się całkowicie, przystając przy jednej z bocznych uliczek, by nie przeszkadzać reszcie przechodniów. A może dlatego że chciała faktycznie uciec. Jeśli nie od niego, to od innych ludzi.
- To nie ja uciekam - zadarła na niego głowę, zaglądając mu w oczy z pewnym wyrzutem. - Przestałam uciekać dawno temu, ale ty wciąż jesteś dalej i dalej, jakbyś nie mógł uwierzyć w to, że jestem w stanie to zrobić. Albo że jesteś wart tego, żeby przestać od ciebie uciekać - syknęła, zaciskając palce na jego ramieniu mocniej, nawet jeśli on sam poluźnił swój uchwyt. Zrobiła krok w jego stronę, przysuwając się do niego, tak że dotykała go już nie tylko samą uwieszoną na ramieniu dłonią. - Chciałabym, żebyś wreszcie zaakceptował fakt, że to jakim cię widzę nie jest tylko jakimś nieosiągalnym mirażem, a czymś na co warto czekać. - ani na moment nie odwróciła spojrzenia, nieprzejednana w swoim uporze i złości, która w chłodny sposób buzowała gdzieś pod powierzchnią. Tak jakby faktycznie niecierpliwiła się tym, jak łatwo odrzucał od siebie, że to ona może mieć rację i zwyczajnie nie było to coś, co mógł osiągnąć przy pierwszej próbie.
she was a gentle
sort of horror
sort of horror