27.02.2024, 03:36 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 27.02.2024, 03:39 przez Ambrosia McKinnon.)
Nie podobało jej się to, ale chyba już tak miało wyglądać jej życie, że większość rzeczy, które się w nim działy, nie sprawiały jej przyjemności. Ale mimo tego, mimo wciąż na nowo wzbierającej w niej niechęci, nie opierała się specjalnie, kiedy wręczył jej odebraną różdżkę, a potem wycelował jej ręką w wijącego się na podłodze szmalcownika. Zmarszczyła jednak nieco brwi, kiedy znowu się odezwał, jakby nie do końca rozumiejąc czego od niej oczekuje. Typ już cierpiał, a przecież nie musiał otrzymać kary bezpośrednio z jej ręki.
Chyba nie zdążyła odpowiednio szybko zastanowić się nad tym, co właściwie powinna zrobić, bo Lestrange zaszedł jej drogę, samemu zatrzymując się przed trzymaną przez nią różdżką i unosząc jej dłoń tak, by jej koniec celował w jego szyję.
Musiała mu przyznać, że był sprytny, ale chyba za dużo czasu spędzał z ludźmi, którzy oddawali się swoim porywom bez mrugnięcia okiem. A może było to niewłaściwe narzędzie, które wsunął jej do dłoni, bo jednego nie można było Ambrosii odmówić - nie sięgała po swoje emocje pochopnie, jeśli chodziło o rzucanie zaklęć w innych. Potrafiła być rozedrganą emocjonalnie dziewczyną, ale gdzieś na dnie zawsze rozłożona była myśl, do czego może doprowadzić nierozsądne używanie zaklęć pod wpływem emocji. Magia to emocje, mówił jej dziadek, kiedy była jeszcze mała. Nie chodzi o to jak jej używasz, ale jakie emocje w nią wkładasz. Jeśli jest to sama złość lub strach, to zmienia. Mówił powoli, ale niezwykle klarownie. Był człowiekiem nauki, oddającym się sztuce nekromancji, ale jego syn, a ojciec Rosie... za nim ciągnął się już charakterystyczny, popielny zapach. Znała go doskonale, bo osiadał nie tylko w gabinecie ojca, ale i w samym Zamtuzie, który czasem przemierzała w akompaniamencie brata lub nawet samotnie, zwiedzając jego wszelkie zakamarki.
Może dlatego wciąż pachniała ciężkimi kadzidłami Ataraxii, a spod spodu wyglądały nieśmiało białe piżmo, połączone z brzoskwiniami i patchouli, które kojarzyły się z ciepłem letniego, ale delikatnego słońca. Może dlatego brakowało tego charakterystycznego zapachu, który ścielił się po Ścieżkach.
Jeśli Louvain chciał, żeby zrobiła mu krzywdę, powinien włożyć do jej dłoni nóż.
Szczególnie, kiedy każde jego słowo brzmiało w wypaczony, obrazoburczy sposób, jakby obrażał niemal samą boginię. Syczał jej do ucha, próbując nakłonić do czegoś, co nigdy nie mogło mieć miejsca, nawet jeśli kiedy patrzyła na niego, miała ochotę przyznać mu rację i pokazać, że skoro wciąż pozostawał bezkarny, to może faktycznie należała mu się kara.
Żałowała tylko, że jej kapitulacja najpewniej zostanie odebrana jako potwierdzenie faktu, że nie była w stanie go skrzywdzić i dobrze ją sobie wytresował.
Miała ochotę zwinąć się w kłębek i przespać następne trzy dni. Zapomnieć o Louvainie, o Alexandrze i o Hadesie. Zapomnieć o wszystkich i zniknąć na moment z tego świata. Chciała też już cofnął wycelowaną w jego gardło różdżkę, ale musiał odezwać się znowu, ciągnąc dalej tę głupią grę. Kiedy poruszył się, mimowolnie poprawiła chwyt, ale kiedy dokończył mówić o co mu chodzi, mimowolnie drgnęła, wbijając mu koniec różdżki głębiej w skórę.
To był błąd. Nie chodziła o to, co Louvain mógł teraz zrobić, a o to że właśnie potwierdziła to, o co zapewne chodziło mu od samego początku. Jaka ona była naiwna, bo przecież mimo zmęczenia, jakie ogarniało ją od wczoraj, powinna przynajmniej przy nim zachować uwagę. Zamiast tego wyłożyła się jak idiotka.
- A co? - zapytała, biorąc głębszy wdech i prostując się nieco. - Przyszedłeś tutaj po porady, jak spierdolić sobie życie? Przepraszam, paniczu Louvainie, ale dzisiaj mamy zamknięte. Mówiłam, że nie mam na to czasu - wycedziła, dźgając go tą różdżką pod szczęką. Skoro i tak wiedział, że uderzył w punkt, to czemu miała ukrywać niezadowolenie? Nawet uniosła nieco butnie podbródek, jakby mimo braku centymetrów chciała spojrzeć na niego z góry, ale kiedy się tak prężyła na pokaz, tylko lepiej było widać siniaki, nieśmiało wychylające się spod naprędce nałożonych zaklęć maskujących czy makijażu.
Chyba nie zdążyła odpowiednio szybko zastanowić się nad tym, co właściwie powinna zrobić, bo Lestrange zaszedł jej drogę, samemu zatrzymując się przed trzymaną przez nią różdżką i unosząc jej dłoń tak, by jej koniec celował w jego szyję.
Musiała mu przyznać, że był sprytny, ale chyba za dużo czasu spędzał z ludźmi, którzy oddawali się swoim porywom bez mrugnięcia okiem. A może było to niewłaściwe narzędzie, które wsunął jej do dłoni, bo jednego nie można było Ambrosii odmówić - nie sięgała po swoje emocje pochopnie, jeśli chodziło o rzucanie zaklęć w innych. Potrafiła być rozedrganą emocjonalnie dziewczyną, ale gdzieś na dnie zawsze rozłożona była myśl, do czego może doprowadzić nierozsądne używanie zaklęć pod wpływem emocji. Magia to emocje, mówił jej dziadek, kiedy była jeszcze mała. Nie chodzi o to jak jej używasz, ale jakie emocje w nią wkładasz. Jeśli jest to sama złość lub strach, to zmienia. Mówił powoli, ale niezwykle klarownie. Był człowiekiem nauki, oddającym się sztuce nekromancji, ale jego syn, a ojciec Rosie... za nim ciągnął się już charakterystyczny, popielny zapach. Znała go doskonale, bo osiadał nie tylko w gabinecie ojca, ale i w samym Zamtuzie, który czasem przemierzała w akompaniamencie brata lub nawet samotnie, zwiedzając jego wszelkie zakamarki.
Może dlatego wciąż pachniała ciężkimi kadzidłami Ataraxii, a spod spodu wyglądały nieśmiało białe piżmo, połączone z brzoskwiniami i patchouli, które kojarzyły się z ciepłem letniego, ale delikatnego słońca. Może dlatego brakowało tego charakterystycznego zapachu, który ścielił się po Ścieżkach.
Jeśli Louvain chciał, żeby zrobiła mu krzywdę, powinien włożyć do jej dłoni nóż.
Szczególnie, kiedy każde jego słowo brzmiało w wypaczony, obrazoburczy sposób, jakby obrażał niemal samą boginię. Syczał jej do ucha, próbując nakłonić do czegoś, co nigdy nie mogło mieć miejsca, nawet jeśli kiedy patrzyła na niego, miała ochotę przyznać mu rację i pokazać, że skoro wciąż pozostawał bezkarny, to może faktycznie należała mu się kara.
Żałowała tylko, że jej kapitulacja najpewniej zostanie odebrana jako potwierdzenie faktu, że nie była w stanie go skrzywdzić i dobrze ją sobie wytresował.
Miała ochotę zwinąć się w kłębek i przespać następne trzy dni. Zapomnieć o Louvainie, o Alexandrze i o Hadesie. Zapomnieć o wszystkich i zniknąć na moment z tego świata. Chciała też już cofnął wycelowaną w jego gardło różdżkę, ale musiał odezwać się znowu, ciągnąc dalej tę głupią grę. Kiedy poruszył się, mimowolnie poprawiła chwyt, ale kiedy dokończył mówić o co mu chodzi, mimowolnie drgnęła, wbijając mu koniec różdżki głębiej w skórę.
To był błąd. Nie chodziła o to, co Louvain mógł teraz zrobić, a o to że właśnie potwierdziła to, o co zapewne chodziło mu od samego początku. Jaka ona była naiwna, bo przecież mimo zmęczenia, jakie ogarniało ją od wczoraj, powinna przynajmniej przy nim zachować uwagę. Zamiast tego wyłożyła się jak idiotka.
- A co? - zapytała, biorąc głębszy wdech i prostując się nieco. - Przyszedłeś tutaj po porady, jak spierdolić sobie życie? Przepraszam, paniczu Louvainie, ale dzisiaj mamy zamknięte. Mówiłam, że nie mam na to czasu - wycedziła, dźgając go tą różdżką pod szczęką. Skoro i tak wiedział, że uderzył w punkt, to czemu miała ukrywać niezadowolenie? Nawet uniosła nieco butnie podbródek, jakby mimo braku centymetrów chciała spojrzeć na niego z góry, ale kiedy się tak prężyła na pokaz, tylko lepiej było widać siniaki, nieśmiało wychylające się spod naprędce nałożonych zaklęć maskujących czy makijażu.
she was a gentle
sort of horror
sort of horror