27.02.2024, 08:06 ✶
Obserwował jego teatralne gesty, nie wtórując mu równie wyszukanymi scenkami, ale nie darował sobie płytkiego, choć wiele znaczącego w przypadku Umbriela uśmiechu. Kamień z serca, powiedział. Pomijając to, że ciężko tu było mówić o jakimś szczególnym emocjonalnym przywiązaniu jednego do drugiego, to żeby coś takiego miało przynajmniej mikroskopijnie prawdziwy wydźwięk... no tak, trzeba by mieć serce. A tutaj rozmawiała przecież dwójka morderców. Degenhardt upadł już tak nisko, że zarzucanie mu posiadania nadmiaru ciepłych emocji było wręcz ujmowaniem skrzętnie pielęgnowanemu wizerunkowi kompletnego świra, a Lestrange... cóż, wydawał mu polecenia. Jeżeli to ci drugi mieli rację, będą się kiedyś smażyć razem w najniższym kręgu piekła. Umbriel nie wierzył jednak ani w chrześcijańskie dyrdymały, ani w celtyckie obrządki, ani (chociaż patrząc na historię rodziny... powinien chyba zacząć) w opowieści z mroźnych krain, z których pochodził. To wszystko to były przecież bajki dla tych, którzy bali się zaakceptować to, że po ostatnim tchnieniu nie było już...
Nic.
Był tam tylko rozkład. A później już nic. Tylko to, co udało się człowiekowi zapisać na kartach swojej biografii.
- Jak skończę, Louvainie - odezwał się, nieco wcinając mu się pomiędzy wypowiedzi - możesz uznać tychże wrogów za nieistniejących. Nie odpowiem jednak za tych, których zrobisz sobie, kiedy ja będę już gryzł piach.
A na dźwięk słów, jakoby szukać go specjalnie nie miał, ale przy okazji zabić go mógł... skinął tylko głową. Naprawdę niewiele zmieni już w jego życiu jedno ciało w przód i w tył. A później wyszczerzył się, na ten (przynajmniej w jego odbiorze) żart Louvaina, że żaden jeszcze tyle nie przeżył. No bo właśnie dlatego nie przeżyli, bo współpracowali z Degenhardtem... haha... Pewnie tylko on mógł uznać to za aż tak zabawne, aby na moment zrzucić maskę kogoś, kogo rodzice zapomnieli nauczyć mimiki. Nie ugryzł się za to w język, bo faktycznie darzył go sympatią. Osoby pokroju bliźniaków Lestrange niejednokrotnie oświetliły mu dzień podczas nudnych bankietów. To byłoby kłamstwo powiedzieć, że nigdy nie słyszeli jego śmiechu.
- Zamierzasz zaprowadzić mnie przed oblicze swojego Mistrza? - Czarnego Pana? Degenhardt nie ukrywał, że uznawał postać Lorda Voldemorta za intrygującą, do tego stopnia, aby napełnić go weną na długie dni. Nigdy nie potrzebował piąć się w żadne struktury, iść w górę po jakichś szczeblach, nigdy nie upijał się władzą... Chciał inspirować i być inspirowanym, nie podążał za Louvainem ze względów ideologicznych, a przez szansę na realizację własnych celów trwając w jego cieniu. Rodziło to w nim jednak pewne obawy. Oboje z Louvainem byli cholernie uparci - zgrzyty pomiędzy nimi nie miały aż takiego znaczenia, ale bycie w szeregach najpotworniejszego czarnoksiężnika tego stulecia? Man kan inte lära gamla hundar sitta. - Cóż miałbym zrobić? - I chociaż to pytanie jeszcze nie wybrzmiało, Degenhardta zastanawiało, czy w takim układzie miałby wciąż odpowiadać przed nim.
Nic.
Był tam tylko rozkład. A później już nic. Tylko to, co udało się człowiekowi zapisać na kartach swojej biografii.
- Jak skończę, Louvainie - odezwał się, nieco wcinając mu się pomiędzy wypowiedzi - możesz uznać tychże wrogów za nieistniejących. Nie odpowiem jednak za tych, których zrobisz sobie, kiedy ja będę już gryzł piach.
A na dźwięk słów, jakoby szukać go specjalnie nie miał, ale przy okazji zabić go mógł... skinął tylko głową. Naprawdę niewiele zmieni już w jego życiu jedno ciało w przód i w tył. A później wyszczerzył się, na ten (przynajmniej w jego odbiorze) żart Louvaina, że żaden jeszcze tyle nie przeżył. No bo właśnie dlatego nie przeżyli, bo współpracowali z Degenhardtem... haha... Pewnie tylko on mógł uznać to za aż tak zabawne, aby na moment zrzucić maskę kogoś, kogo rodzice zapomnieli nauczyć mimiki. Nie ugryzł się za to w język, bo faktycznie darzył go sympatią. Osoby pokroju bliźniaków Lestrange niejednokrotnie oświetliły mu dzień podczas nudnych bankietów. To byłoby kłamstwo powiedzieć, że nigdy nie słyszeli jego śmiechu.
- Zamierzasz zaprowadzić mnie przed oblicze swojego Mistrza? - Czarnego Pana? Degenhardt nie ukrywał, że uznawał postać Lorda Voldemorta za intrygującą, do tego stopnia, aby napełnić go weną na długie dni. Nigdy nie potrzebował piąć się w żadne struktury, iść w górę po jakichś szczeblach, nigdy nie upijał się władzą... Chciał inspirować i być inspirowanym, nie podążał za Louvainem ze względów ideologicznych, a przez szansę na realizację własnych celów trwając w jego cieniu. Rodziło to w nim jednak pewne obawy. Oboje z Louvainem byli cholernie uparci - zgrzyty pomiędzy nimi nie miały aż takiego znaczenia, ale bycie w szeregach najpotworniejszego czarnoksiężnika tego stulecia? Man kan inte lära gamla hundar sitta. - Cóż miałbym zrobić? - I chociaż to pytanie jeszcze nie wybrzmiało, Degenhardta zastanawiało, czy w takim układzie miałby wciąż odpowiadać przed nim.
they should be
t e r r i f i e d
of me
t e r r i f i e d
of me