• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Poza schematem Poza Wyspami v
1 2 Dalej »
[04.07.1972] i can't hide from you like i hide from myself

[04.07.1972] i can't hide from you like i hide from myself
entropy
What if I fall into the abyss?
What if I swing only just to miss?
wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
—
zawód
Egzorcystka, medium, wróżbitka
Jest w niej pewna nerwowość, którą widać tak samo w gestach jak i odległym spojrzeniu zielonych oczu, pod którymi rozsiane zostały konstelacje piegów. Blond włosy ma zawsze ścięte przed ramiona. Jej drobną, niewielką (160cm) sylwetkę otacza zwykle ciężki zapach kadzideł, który wydaje się wżerać w każdy skrawek jej ciała i noszonych przez nią materiałów, ale kiedy komuś dane jest znaleźć się dostatecznie blisko, spod spodu przebija się pewna o wiele lżejsza nuta, przywodząca na myśl letnią noc, podczas której z łatwością można policzyć na niebie wszystkie gwiazdy.

Ambrosia McKinnon
#5
27.02.2024, 18:54  ✶  
Nienawidziła, kiedy zabierał jej Słońce, usilnie próbując uniemożliwić jej postawienie kart, które przecież dobitnie mówiły w jej imieniu, że miała rację. To, czego nienawidziła jeszcze bardziej, to kiedy wyciągał jej całe stado tych samych kart. Patrzyła wtedy z niedowierzaniem, kiedy jedna po drugiej, niczym krople wody, lądowały na stole obok siebie. Co jest? Pytała go wtedy rozdrażniona, świdrując spojrzeniem zestaw, a potem i jego. Aż tak się boisz, że mam rację? - a zaraz po tym w powietrzu zastygała niedopowiedziana litania tych wszystkich rzeczy, których zdawał się albo w sobie nie dostrzegać, albo zwyczajnie nie wierzyć. Ona jednak, jeśli była o czymś w życiu przekonana, to tego że ma co do niego rację. Nawet jeśli nie w tym momencie, w którym właśnie przyszło im się znajdować.

Któregoś razu zapytał jej, chyba tylko dla złośliwości, kiedy przekładał kolejne Słońca w swoim popisie tego, ile może ich z talii wyciągnąć, co takiego właściwie w nim widziała, że myślała akurat o tej karcie. Pozwoliła mu dokończyć, aby wszystkie zgromadzone przez niego karty znalazły się na stole, a potem spojrzała mu głęboko w oczy, jakby powinien znać odpowiedź na to pytanie.
Jesteś dla mnie jak słońce, bo czasem zwyczajnie nie mogę na Ciebie patrzeć - rzuciła wreszcie, ze złośliwym uśmieszkiem na ustach, a potem podniosła się z miejsca, zabierając jedno z wyłożonych przez niego Słońc i odeszła, dając mu czas do namysłu. Ale prawda była taka, ze zwyczajnie nie wiedziała. Alexander... był. Czuła jego obecność każdym skrawkiem swojego ciała i mogła pławić się w tym uczuciu. Czasem było delikatne, zaledwie muskające skórę, a innym razem zalewało ją falą przejmującego gorąca, którego nie dało się znieść. Jeśli jednak chodziło o listę konkretnych przywar - rozkładała na tę myśl ręce. Bała się, że jeśli zacznie definiować jego pozytywne strony, to zmuszona będzie wypisać potem także te od których się wzdrygała. Że nie będzie mogła się powtrzymać przed znajdowaniem powodów. Pasowali do siebie i to jej wystarczało.

Ale na karcie Księżyca jest też pies. Dzięki temu oboje na niej jesteśmy, odpowiedziała mu wtedy przekornie, nawet nie próbując uciec z jego pewnego objęcia. Przesunęła mu dłonią po karku, wplatając palce we włosy i zachęcając go, żeby schylił się jeszcze odrobinę. Tak, by móc zamknąć mu usta pocałunkiem, żeby przestał już gadać głupoty i ją prowokować. Zaraz jednak cofnęła się, uśmiechając psotnie - Ale jeśli tak bardzo teraz chcesz, żebym przyjęła rolę Arcykapłanki, to czemu jeszcze nie klękasz?

Było w niebie coś, co ją od zawsze fascynowało. Jakby bezkres nieba miał oferować większy spokój, niż znajdująca się pod stopami ziemia. Może tak było, biorąc pod uwagę, że otaczający ją świat mógł w każdej chwili zmienić się, niczym w kalejdoskopie, i przyjąć wykrzywiony obraz, który napawał niepokojem. Niebo jednak zostawało takie samo. Wolała wyobrażać sobie siebie jako wiszący nad wszystkimi Księżyc, niewzruszony doczesnością, niż jako Arcykapłankę, która w gruncie rzeczy była tylko kobietą. Widziała więcej, jednak wciąż zmuszona była dotykać stopami ziemi.

Czasem wydawało jej się, że nawet jeśli to on posiadał trzecie oko, to ona jakimś cudem dostrzegała więcej. Może wynikało to z tego, jak sam Alexander podchodził do swoich wizji, odmawiając przejmowania się nimi, by ciążąca na nim rodzinna klątwa nie wżarła się zanadto w jego umysł. Może dlatego tak chętnie podsuwała mu pod nos tego Pustelnika - skoro ignorował swoje przepowiednie, to może nie zignoruje tak łatwo jej własnej intuicji? Nie liczyła na to, że kiedykolwiek mężczyzna przestanie powtarzać wręcz z religijną nabożnością pomyśl, że to sen, ale żywiła nadzieję, że w przyszłości przestanie być to jego pierwsza odpowiedź na wiele rzeczy.

Szkoda tylko że nie przewidziała tego, że ona zacznie maksymę Mulciberów dla ukojenia powtarzać.

Jego Słońce nigdy nie było dla niej zbyt mocne. Buzowało pod jego skórą, tym bardziej im dalej się od niego znajdowała, jednak nigdy nie sądziła by był to dla niej jakikolwiek problem. Bez zawahania wierzyła, że akurat jego żar, nie ważne jak intensywny, nie był w stanie podtopić jej pewności siebie i strącić jej w przepastne głębiny porażki. Nie była Ikarem, który zbyt zachłyśnięty wolnością rzucił się ku niebu, zapominając o bożym świecie.

Rosie zawsze uważała, że miała wiele domów-miejsc. Miała swój rodzinny dom, gdzie się wychowywała, tak samo jak miała Zamtuz - jakkolwiek dziwnie to nie brzmiało, ale prawda była taka, że razem z Hadesem zwiedzali to miejsce już za dziecka i eksplorowali wszelkie jego zakamarki. Miała też Ataraxię, w której ścianach czuła się zwyczajnie bezpiecznie. Miała też Głębinę, nawet jeśli ta dopiero się otworzyła, bo powiedzmy sobie szczerze; Stanley swoją obecnością dbał o to, by czuła się dobrze. Miała też miejsce, gdzie mieszkał Otto. Kiedyś też, takim jej domem było mieszkanie, które dzieliła z Alexandrem, a które teraz było całe jego. A może jego i Loretty? Tylko, że w gruncie rzeczy, Ambrosia nie przywiązywała się aż tak bardzo miejsc. Wypełniała je drobiazgami, jakby chcąc nadrobić braki w bytności innych ludzi, który stanowili na nią prawdziwy magnes. Miała pełno zadedykowanych jej książek, zdjęć, pamiątek z podróży jej własnych i innych, ubrań, szkatułek czy innych obrazów. Cała Ataraxia stanowiła pomnik jej relacji, ale gdyby miała wskazać jedno miejsce, które gotowa była nazywać domem, powiedziałaby że jest to osoba.

Że jest to Alexander.

Nawet po tych wszystkich latach, gdzie wszystko sypało im się przez ręce, kiedy nieporadnie próbowali jakoś połapać się w tym, co było między nimi i innymi, nie mogła o nim zapomnieć. Nie mogła przestać myśleć o momentach, kiedy wracali do siebie na chwilę podczas tych ostatnich siedmiu lat i brał ją w swoje ramiona. Na Matkę, jak ona się wtedy czuła, a jednocześnie nie była w stanie opisać go słowami, jakby była to jakaś największa życiowa tajemnica, na której leżało zaklęcie zabraniające mówić o niej innym.

Wzdrygnęła się odrobinę, kiedy zaczął cedzić w jej stronę słowa. Do tego momentu nie była do końca pewna, jak właściwie miała wyglądać ich interakcja tutaj, ale to jak intonował słowa, jak patrzył na nią, dość szybko spowodowało, że sama zmrużyła oczy, jakby chciała tym spojrzeniem przebić go na wylot. Maniera delikatnej i troskliwej kobiety też się zmieniła, spychając te wartości gdzieś na drugi plan i oddając scenę chłodnej fasadzie.

- A ty rozumiesz? - rzuciła zniecierpliwiona. - Powiedz, czekam - słowa w jej ustach brzmiały wręcz władczo, jakby żądała dokończenia urwanej myśli niekoniecznie dla siebie samej i własnej satysfakcji, a dla niego. Jakby powiedzenie tego na głos miało być jakiś pierwszym kroczkiem, nawet jeżeli niezmiernie mały, to jednym z wielu które musiał jeszcze wykonać.

Pochyliła się w jego stronę, wyciągając w jego stronę twarz otoczoną aureolą złocistych włosów, które pozbawione zaklęć wygładzających i trzymających je w miejscu, uciekały w naturalne, delikatne skręty. Pewnie gdyby był chociaż odrobinę bardziej świadomy tu i teraz, poczułby na sobie jej oddech.
Z cierpliwością wysłuchała tego, co miał jej do powiedzenia, spojrzeniem wodząc po jego twarzy; nieogolonej, zmęczonej, zwyczajnie zapadniętej, ale przecież wciąż należącej do mężczyzny, do którego żywiła tak silne uczucia.
- Naprawdę myślisz, że jestem związana ze świstkiem papieru? - uniosła delikatnie brew, ale w jej głosie dało się wyczuć pewną urazę. - Nie potrzebuję, żebyś gubił nasze karty, żebym była blisko ciebie. Nawiedzam cię, nawet jeśli wciąż ją masz. I robiłabym to nawet w Limbo - przechyliła delikatnie głową, uśmiechając się do niego z pewną wyższością. Jak ktoś, kto bez mrugnięcia okiem tłumaczy drugiej osobie to, czego ta nie wiem, ale wciąż czuje się dzięki temu lepiej.

Ale potem jej twarz zmieniła się, bo Rosie znowu poczuła się mała. Poczuła się tak jak wtedy, kiedy stał nad nią Louvain, albo gdy Hades we wściekłości złapał ją za szyję. Uśmiechnęła się do Axela, nagle jakby okrutnie wręcz zmęczona.
- Wiem - powiedziała miękko i cicho, praktycznie szepcząc to słowo. Może właśnie dlatego nic mu nie mówiła, bo przecież znała go tak cholernie dobrze. Może nie dopowiadali swoich zdań, bo to wychodziło im wręcz koszmarnie, szczególnie że przez siedem lat związku i siedem lat... czegoś, nie nauczyli się poprawnie rozmawiać. Umieli jednak reagować na swoje zachowania zanim jeszcze miały one miejsce. Wiedziała, że te jego brudne od krwi dłonie, stałyby się tylko czerwieńsze z jej powodu. A ona... ona miała wrażenie, że nie był to odpowiedni na to czas, albo tylko się tak wykręcała.

Drgnęła, kiedy poczuła na swojej dłoni jego dotyk, jakby wciąż tonąca częściowo w nieprzyjemnych wspomnieniach. Powiodła wzrokiem do przekazywanej jej karty, wzdychając przy tym głęboko. Nie odrzuciła jej jednak, bo to zwyczajnie nie miało teraz sensu. Nie, kiedy był taki.

- Słońce... - oderwała spojrzenie zielonych oczu od Pustelnika, przenosząc je na nowo na twarz Alexandra. - Nie mów mi na co lub nie zasługujesz z mojej strony. Wystarczy mi, że chociaż myślałeś o tym, że mógłbyś taki być, ale ja uważam że gdzieś głęboko już jesteś. Po prostu za rzadko pozwalasz sobie spojrzeć na świat jego oczami. - mówiła spokojnie, wciąż z tą samą cierpliwością, którą zdawała się przejawiać aż za często w stosunku do jego osoby, ale jednocześnie, gdzieś przy końcach wyrazów, pobrzękiwało rozgoryczenie czy może nawet zirytowanie. Nie było jej też absolutnie do śmiechu, bo ostatnie czego chciała, albo wyobrażała sobie że jest w stanie zrobić, to wyśmiać go w momencie kiedy wydawał się taki... Taki. Słowo błądziło gdzieś na końcu języka, ale nie było samotne i Rosie zwyczajnie wzbraniała się, walcząc sama ze sobą, by jakaś pochopna myśl nie przebiegła jej przez głowę, bezczelnie kategoryzując go w tym momencie tak, jak czasem była w stanie kategoryzować innych ludzi.

- Następnym razem, kiedy będziemy rozmawiać, będę jak najbardziej realna. I będziesz mógł powiedzieć mi te wszystkie rzeczy naprawdę - powiedziała, czując jak bawi się jej naszyjnikiem, ale jeszcze przez chwilę zaglądała mu w oczy. W końcu jednak objęła jego dłoń swoimi własnymi, pochylając nad nią twarz i całując spierzchniętą, wymęczoną wodą skórę. - I będę na to czekać.


she was a gentle
sort of horror
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek:
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Alexander Mulciber (10044), Ambrosia McKinnon (8087)




Wiadomości w tym wątku
[04.07.1972] i can't hide from you like i hide from myself - przez Ambrosia McKinnon - 06.01.2024, 04:39
RE: [10.07.1972] i can't hide from you like i hide from myself - przez Alexander Mulciber - 24.01.2024, 07:34
RE: [10.07.1972] i can't hide from you like i hide from myself - przez Ambrosia McKinnon - 24.01.2024, 20:18
RE: [10.07.1972] i can't hide from you like i hide from myself - przez Alexander Mulciber - 26.02.2024, 00:29
RE: [10.07.1972] i can't hide from you like i hide from myself - przez Ambrosia McKinnon - 27.02.2024, 18:54
RE: [04.07.1972] i can't hide from you like i hide from myself - przez Alexander Mulciber - 14.03.2024, 01:32
RE: [04.07.1972] i can't hide from you like i hide from myself - przez Ambrosia McKinnon - 19.03.2024, 00:54
RE: [04.07.1972] i can't hide from you like i hide from myself - przez Alexander Mulciber - 19.03.2024, 01:28
RE: [04.07.1972] i can't hide from you like i hide from myself - przez Ambrosia McKinnon - 30.03.2024, 03:23
RE: [04.07.1972] i can't hide from you like i hide from myself - przez Alexander Mulciber - 12.05.2024, 22:42
RE: [04.07.1972] i can't hide from you like i hide from myself - przez Ambrosia McKinnon - 16.05.2024, 04:23

  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa