27.02.2024, 20:06 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 15.03.2024, 12:33 przez Florence Bulstrode.)
Rozmawiam z Vincem przy stoliku
Florence spojrzała na szklankę, na wpół opróżnioną, takim spojrzeniem, jakim zmierzyłaby stażystę, który zrobił bałagan w fiolkach. Mogła dość łatwo stwierdzić, że efekt zasadniczy był nieszkodliwy, i po prostu nieco zmniejszał opory... na zabawie większość osób popchnie pewnie do pójścia na parkiet, zaproszenia do tańca dziewczyny, której się wstydzisz czy może jakiegoś nieuprzejmego słowa.
Ale to było zdradliwe.
Bo niektóre rzeczy nie powinny zostać wypowiedziane.
To jednak nie tak, że Florence była zdenerwowana sytuacją. Ostatecznie nie stało się nic strasznego, nie zrobiła niczego, co można by uznać za nieodwracalne i gdyby Prewett nie miał niczego wspólnego z Zakonem Feniksa, i tak nie zrozumiałby pytania. I dobrze, bo chociaż szczerze go kochała, miałaby pewne obawy, czy gdyby dowiedział się za wiele, nie będąc częścią organizacji, to czy nie wspomniałby o tym Edwardowi. A niestety, nestor głowy Prewettów był jednostką, która o pewnych rzeczach po prostu wiedzieć nie powinna.
- Myślę, że jeśli masz ochotę dokończyć tego drinka, możesz go zabrać... ja potem napiję się odrobiny wina, o ile ono nie ma tak ciekawych efektów. Te drinki nie są dla mnie - powiedziała Florence, nawet w takiej sytuacji z typowym dla siebie spokojem. A potem skupiła na Prewecie bardzo uważne spojrzenie jasnych oczu.
Czy kobieta była zaskoczona?
Trochę. Nie spodziewałaby się, że ktoś z jej rodziny zechce się zaangażować i to mimo tego, że bracia byli aurorami. Bulstrodowie zawsze byli raczej neutralni, Prewettowie stali tylko po swojej własnej stronie. Jeden z braci Florence za mocno wierzył w Ministerstwo, aby spodziewała się po nim jakichś zakulisowych działań, drugiego nie widziała w podziemnych organizacjach, walczących ze złem. Vincent Prewett zaś… był pewnym paradoksem, bo z jednej strony pasował tu jeszcze mniej, z drugiej gdyby miała zgadywać, kto z krewnych się na to zdecydował, wskazałaby na niego. I teraz z jej ust wydobyło się po prostu ciche westchnienie, bo o to kolejna osoba, o którą musiała się martwić.
– Jestem uzdrowicielem. Udzielam pomocy tam, gdzie jest potrzebna – stwierdziła cicho w końcu, a jej ton zatracił wcześniejszą surowość, stał się trochę bardziej miękki. – Myślę, że to nie jest dobre miejsce na tę rozmowę, ale mogę ci powiedzieć, że nie zadawałam wielu pytań i nie chcę ich zadawać.
Florence nie wiedziała wiele o organizacji, nie zamierzała mieszać się w samą walkę i była tutaj i w niej właściwie z dwóch powodów: po pierwsze, ze względu na Patricka, który był jej przyjacielem od tak wielu lat, po drugie z powodu Beltane i tego, na jakie zagrożenie wtedy narażono jej bliskich i jak mocno zdezorganizowało to pracę szpitala. Gdyby nie atak podczas sabatu, pozostałaby neutralna – i nawet teraz pewnych rzeczy… po prostu nie chciała wiedzieć.
Florence spojrzała na szklankę, na wpół opróżnioną, takim spojrzeniem, jakim zmierzyłaby stażystę, który zrobił bałagan w fiolkach. Mogła dość łatwo stwierdzić, że efekt zasadniczy był nieszkodliwy, i po prostu nieco zmniejszał opory... na zabawie większość osób popchnie pewnie do pójścia na parkiet, zaproszenia do tańca dziewczyny, której się wstydzisz czy może jakiegoś nieuprzejmego słowa.
Ale to było zdradliwe.
Bo niektóre rzeczy nie powinny zostać wypowiedziane.
To jednak nie tak, że Florence była zdenerwowana sytuacją. Ostatecznie nie stało się nic strasznego, nie zrobiła niczego, co można by uznać za nieodwracalne i gdyby Prewett nie miał niczego wspólnego z Zakonem Feniksa, i tak nie zrozumiałby pytania. I dobrze, bo chociaż szczerze go kochała, miałaby pewne obawy, czy gdyby dowiedział się za wiele, nie będąc częścią organizacji, to czy nie wspomniałby o tym Edwardowi. A niestety, nestor głowy Prewettów był jednostką, która o pewnych rzeczach po prostu wiedzieć nie powinna.
- Myślę, że jeśli masz ochotę dokończyć tego drinka, możesz go zabrać... ja potem napiję się odrobiny wina, o ile ono nie ma tak ciekawych efektów. Te drinki nie są dla mnie - powiedziała Florence, nawet w takiej sytuacji z typowym dla siebie spokojem. A potem skupiła na Prewecie bardzo uważne spojrzenie jasnych oczu.
Czy kobieta była zaskoczona?
Trochę. Nie spodziewałaby się, że ktoś z jej rodziny zechce się zaangażować i to mimo tego, że bracia byli aurorami. Bulstrodowie zawsze byli raczej neutralni, Prewettowie stali tylko po swojej własnej stronie. Jeden z braci Florence za mocno wierzył w Ministerstwo, aby spodziewała się po nim jakichś zakulisowych działań, drugiego nie widziała w podziemnych organizacjach, walczących ze złem. Vincent Prewett zaś… był pewnym paradoksem, bo z jednej strony pasował tu jeszcze mniej, z drugiej gdyby miała zgadywać, kto z krewnych się na to zdecydował, wskazałaby na niego. I teraz z jej ust wydobyło się po prostu ciche westchnienie, bo o to kolejna osoba, o którą musiała się martwić.
– Jestem uzdrowicielem. Udzielam pomocy tam, gdzie jest potrzebna – stwierdziła cicho w końcu, a jej ton zatracił wcześniejszą surowość, stał się trochę bardziej miękki. – Myślę, że to nie jest dobre miejsce na tę rozmowę, ale mogę ci powiedzieć, że nie zadawałam wielu pytań i nie chcę ich zadawać.
Florence nie wiedziała wiele o organizacji, nie zamierzała mieszać się w samą walkę i była tutaj i w niej właściwie z dwóch powodów: po pierwsze, ze względu na Patricka, który był jej przyjacielem od tak wielu lat, po drugie z powodu Beltane i tego, na jakie zagrożenie wtedy narażono jej bliskich i jak mocno zdezorganizowało to pracę szpitala. Gdyby nie atak podczas sabatu, pozostałaby neutralna – i nawet teraz pewnych rzeczy… po prostu nie chciała wiedzieć.