27.02.2024, 20:35 ✶
- Candy to Anna - poprawił odruchowo, słysząc ksywę dziewczyny, z którą wylądował w hotelu. Uśmiechnął się kącikiem ust, ale nie był to uśmiech, do którego była przyzwyczajona. Ten był jakiś takiś... Jakby Parkinsony był z siebie dumny? Bo wiedział więcej, niż panna Longbottom. A to się nieczęsto zdarzało. I już chuj z tym, że przecież to ona sama go tam wysłała po informacje: on wiedział, ona nie. To było fajne, przyjemne uczucie. - A przynajmniej tak mi się przedstawiła. Chcesz?
Miał wyjątkowo dobry humor, więc wyciągnął paczkę papierosów w kierunku Brenny, chociaż wiedział, że nie paliła. Rozejrzał się, a potem kiwnął głową w prawo, żeby zeszli z ulicy. Nie będą przecież tu plotkować jak przekupki.
- A więc - zaczął, strzepując popiół z papierosa na ziemię. - Ta Tatiana to też dziwna sprawa, bo zapadła się pod ziemię, ale Candy - znaczy Anna - mówiła, że dziewczyny podejrzewają, że złapała jakąś mniej płatną, ale bezpieczniejszą fuchę. Widzisz, one się boją, dlatego starają się być ostrożne. Mają niby ochronę, ale zwykle jest to po fakcie. Wiesz, jak klient za bardzo się rzuca, uderzy. Zdarza się to dość często, a teraz w "godzinach szczytu" na ulicy oprócz dziewczyn siedzą też w aucie smutni panowie. Trzymają rękę na pulsie. Dlatego część dziewczyn już nie przyjmuje swoich stałych, lepiej płacących klientów, bezpośrednio z ulicy. Umawiają się z nimi głównie w hotelu, poza widokiem i łapą alfonsa. Ale niektóre, takie jak nasza Mary, naginały to prawo ulicy i zapraszały gości do domów. Z tego co mówiła Candy, to Mary w ogóle chciała wymiksować się z tego biznesu, bo nie chciała wyrabiać normy na ulicy. Po prostu przestała się pojawiać w wyznaczonych miejscach. Gdy dowiedziały się o jej śmierci, myślały że to jeden z "ochroniarzy", bo nie można tak po prostu przestać im płacić swojej doli. Gdy z nią rozmawiałem, nie zdradziłem za dużo szczegółów, ale odsunąłem chyba niechcący podejrzenia od smutnych panów. Mniejsza. W każdym razie: Candy potwierdza to, co mówiła sąsiadka: Mary chciała z tym zerwać i wyjechać, chociaż nie chwaliła się, dokąd.
Streścił jej dość długą, emocjonującą rozmowę z Anną. Sam jednak nie wyglądał na specjalnie podekscytowanego, po prostu relacjonował to, czego się dowiedział, z odpowiednimi przerwami na papierosa. Miał tę manierę, że nie spieszył się ze zdradzaniem szczegółów, jakby chciał wszystko przedstawić jak najdokładniej, z pełnymi szczegółami - nawet z pozoru nieważnymi.
- Ponoć kogoś poznała. Mówiła im, że się zakochała - uniósł kącik ust w geście "a nie mówiłem?". - Poznała go tutaj, od razu do niej podszedł. Wcześniej nie widziały go na tej ulicy. Jakiś miesiąc, może trochę więcej, temu. Wysoki, przystojny, blond włosy. Krótko ostrzyżony, z kilkudniowym zarostem. Zwróciły na niego uwagę, bo miał eleganckie buty i ogólnie wyglądał, jakby śmierdział kasą. Rozpoznałyby go, ale pojawił się zaledwie kilka razy i potem przestał, podobnie jak Mary zaczęła unikać stawiania się tu. A: i miał obrączkę. Nie zdradziła jednak jego imienia, ale wspominała, że pracuje w jakimś banku tu niedaleko. Orientujesz się, gdzie tu jest bank?
On miał w dupie topografię Londynu, nie wiedział nawet że kilka przecznic dalej był tutaj jakiś bankowy budynek. Ale to był dobry trop w zasadzie, bo mieli dość szczegółowy opis.
Miał wyjątkowo dobry humor, więc wyciągnął paczkę papierosów w kierunku Brenny, chociaż wiedział, że nie paliła. Rozejrzał się, a potem kiwnął głową w prawo, żeby zeszli z ulicy. Nie będą przecież tu plotkować jak przekupki.
- A więc - zaczął, strzepując popiół z papierosa na ziemię. - Ta Tatiana to też dziwna sprawa, bo zapadła się pod ziemię, ale Candy - znaczy Anna - mówiła, że dziewczyny podejrzewają, że złapała jakąś mniej płatną, ale bezpieczniejszą fuchę. Widzisz, one się boją, dlatego starają się być ostrożne. Mają niby ochronę, ale zwykle jest to po fakcie. Wiesz, jak klient za bardzo się rzuca, uderzy. Zdarza się to dość często, a teraz w "godzinach szczytu" na ulicy oprócz dziewczyn siedzą też w aucie smutni panowie. Trzymają rękę na pulsie. Dlatego część dziewczyn już nie przyjmuje swoich stałych, lepiej płacących klientów, bezpośrednio z ulicy. Umawiają się z nimi głównie w hotelu, poza widokiem i łapą alfonsa. Ale niektóre, takie jak nasza Mary, naginały to prawo ulicy i zapraszały gości do domów. Z tego co mówiła Candy, to Mary w ogóle chciała wymiksować się z tego biznesu, bo nie chciała wyrabiać normy na ulicy. Po prostu przestała się pojawiać w wyznaczonych miejscach. Gdy dowiedziały się o jej śmierci, myślały że to jeden z "ochroniarzy", bo nie można tak po prostu przestać im płacić swojej doli. Gdy z nią rozmawiałem, nie zdradziłem za dużo szczegółów, ale odsunąłem chyba niechcący podejrzenia od smutnych panów. Mniejsza. W każdym razie: Candy potwierdza to, co mówiła sąsiadka: Mary chciała z tym zerwać i wyjechać, chociaż nie chwaliła się, dokąd.
Streścił jej dość długą, emocjonującą rozmowę z Anną. Sam jednak nie wyglądał na specjalnie podekscytowanego, po prostu relacjonował to, czego się dowiedział, z odpowiednimi przerwami na papierosa. Miał tę manierę, że nie spieszył się ze zdradzaniem szczegółów, jakby chciał wszystko przedstawić jak najdokładniej, z pełnymi szczegółami - nawet z pozoru nieważnymi.
- Ponoć kogoś poznała. Mówiła im, że się zakochała - uniósł kącik ust w geście "a nie mówiłem?". - Poznała go tutaj, od razu do niej podszedł. Wcześniej nie widziały go na tej ulicy. Jakiś miesiąc, może trochę więcej, temu. Wysoki, przystojny, blond włosy. Krótko ostrzyżony, z kilkudniowym zarostem. Zwróciły na niego uwagę, bo miał eleganckie buty i ogólnie wyglądał, jakby śmierdział kasą. Rozpoznałyby go, ale pojawił się zaledwie kilka razy i potem przestał, podobnie jak Mary zaczęła unikać stawiania się tu. A: i miał obrączkę. Nie zdradziła jednak jego imienia, ale wspominała, że pracuje w jakimś banku tu niedaleko. Orientujesz się, gdzie tu jest bank?
On miał w dupie topografię Londynu, nie wiedział nawet że kilka przecznic dalej był tutaj jakiś bankowy budynek. Ale to był dobry trop w zasadzie, bo mieli dość szczegółowy opis.