27.02.2024, 21:02 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 27.02.2024, 21:09 przez Neil Enfer.)
Co ten chłop a ogóle gadał? Kaczki? Jakie kaczki? Skąd on je wziął?
-Nie mają.-burknął, ale tu się zreflektował, ze przecież... Coś innego chciał powiedzieć. Oczywiście, że kaczki mają uszy, więc czemu powiedział co powiedział? Nie miał czasu myśleć, bo rozważania Samuela trwały dalej. Spojrzał na niego, ocenił jego koszulę. Godowe upierzenie? Może biała koszula była złym wyborem? Ale... I tak nie przyciągnie swojego koguta, w końcu nie ma nic ponad to do Septima może mu dać, powiedziałby nawet, że ma dużo mniej.
Zacisnął zęby pijanym umysłem rozumiejąc w końcu o czym mężczyzna gadał. Morpheus nic nie mógł mu obiecać, to był prostu układ, spotykają się raz na jakiś czas, spędzą razem czas w tej czy innej pozycji, a później znów udawanie, że się nie znają. Chciał być z nim, jak równy z równym, jak ludzie, którzy się kochają. Czy to było za wiele?
Próbował wytrzymać jego słowa, ale te coraz bardziej go denerwowały. Czy pójdą robić młode? Cóż... Pewnie tak... I to było już nie do zniesienia. Widok ich tańczących, widok tego palanta, co bawił się dzisiaj wyśmienicie, nawet nie zdając sobie sprawy jakim okrutnym idiotą był tak żarliwie zapraszając tutaj wilkołaka, żeby patrzył. Chciał mu coś udowodnić? Chciał mu pokazać dobitnie, że nie ma szans, że każda resztka nadziei, jaka poprawiała mu dzień, jaka rozbłyskała gdy się spotykali, była gówno warta? Szklanka w coraz mocniej zaciskanej dłoni w końcu pękła, szkło rozcięło skórę, alkohol wlał się w rany, ale wilkołak zdawał się nie zauważyć krwi ściekającej na nadgarstek i przedramię. Spojrzał na barmana zdezorientowanym, przepraszającym spojrzeniem i odepchnął się od lady.
-Chodź za mną.-fuknął do Samuela, gwałtownie się zatrzymując tuż przed nim. ,,Chodź za mną?" przecież to nawet nie leżało obok ,,Spierdalaj" jakie chciał powiedzieć. Jeszcze raz...-Chodź za mną.-fuknął kolejny raz polecenie, z jeszcze większym zaangażowaniem, ale ponownie słowa jakie opuściły jego usta ni jak miały się do jego prawdziwych pragnień. Zirytowany do granic wytrzymałości machnął w końcu ręką, obrócił się i ruszył do wyjścia ze stodoły. Musiał chwilę pobyć sam i odetchnąć świeżym powietrzem, choć nie wierzył w to, że mu to jakkolwiek pomoże.
Czy szklanka przeżyje?
I guess not.
-Nie mają.-burknął, ale tu się zreflektował, ze przecież... Coś innego chciał powiedzieć. Oczywiście, że kaczki mają uszy, więc czemu powiedział co powiedział? Nie miał czasu myśleć, bo rozważania Samuela trwały dalej. Spojrzał na niego, ocenił jego koszulę. Godowe upierzenie? Może biała koszula była złym wyborem? Ale... I tak nie przyciągnie swojego koguta, w końcu nie ma nic ponad to do Septima może mu dać, powiedziałby nawet, że ma dużo mniej.
Zacisnął zęby pijanym umysłem rozumiejąc w końcu o czym mężczyzna gadał. Morpheus nic nie mógł mu obiecać, to był prostu układ, spotykają się raz na jakiś czas, spędzą razem czas w tej czy innej pozycji, a później znów udawanie, że się nie znają. Chciał być z nim, jak równy z równym, jak ludzie, którzy się kochają. Czy to było za wiele?
Próbował wytrzymać jego słowa, ale te coraz bardziej go denerwowały. Czy pójdą robić młode? Cóż... Pewnie tak... I to było już nie do zniesienia. Widok ich tańczących, widok tego palanta, co bawił się dzisiaj wyśmienicie, nawet nie zdając sobie sprawy jakim okrutnym idiotą był tak żarliwie zapraszając tutaj wilkołaka, żeby patrzył. Chciał mu coś udowodnić? Chciał mu pokazać dobitnie, że nie ma szans, że każda resztka nadziei, jaka poprawiała mu dzień, jaka rozbłyskała gdy się spotykali, była gówno warta? Szklanka w coraz mocniej zaciskanej dłoni w końcu pękła, szkło rozcięło skórę, alkohol wlał się w rany, ale wilkołak zdawał się nie zauważyć krwi ściekającej na nadgarstek i przedramię. Spojrzał na barmana zdezorientowanym, przepraszającym spojrzeniem i odepchnął się od lady.
-Chodź za mną.-fuknął do Samuela, gwałtownie się zatrzymując tuż przed nim. ,,Chodź za mną?" przecież to nawet nie leżało obok ,,Spierdalaj" jakie chciał powiedzieć. Jeszcze raz...-Chodź za mną.-fuknął kolejny raz polecenie, z jeszcze większym zaangażowaniem, ale ponownie słowa jakie opuściły jego usta ni jak miały się do jego prawdziwych pragnień. Zirytowany do granic wytrzymałości machnął w końcu ręką, obrócił się i ruszył do wyjścia ze stodoły. Musiał chwilę pobyć sam i odetchnąć świeżym powietrzem, choć nie wierzył w to, że mu to jakkolwiek pomoże.
Czy szklanka przeżyje?
Rzut Z 1d100 - 77
Sukces!
Sukces!
I guess not.