06.12.2022, 18:30 ✶
Brutalność opowiadanej przez Brennę bajki powinna poruszyć go do głębi jednak nie był już spłoszonym i wystraszonym dwunastolatkiem a dorosłym mężczyzną. Zajmował się zdejmowaniem klątw więc doskonale zdawał sobie sprawę na ile sposobów można stracić życie. Mógłby wymieniać całą noc.
- Śmierć przez krwiożercze rośliny obrośnięte na ustach. Mam nadzieję, że nie opowiadano tego Longbottomom na dobranockę. - bo inaczej już wiem dlaczego niektóre osoby tego rodu są tak wybitnie... inne. Na jego wargach zamajaczył uśmiech, który przeczył jakiemukolwiek przerażeniu na wyobrażenie o uczynku Greengrassa i karze jaka na niego spadła.
- Gdy ten zielarz zasłynąłby chociaż z czegoś niesamowitego to jego wściekłość miałaby uzasadnienie... ale szczerze mówiąc, niezła z niego szuja skoro za swoje nieszczęście obwinia podróżnych. Tu nawet nie miałoby sensu zdejmowanie z niego klątwy. Ja bym się dla niego nie starał bo jakby nie patrzeć, według treści tej bajki, dostał to, na co zasłużył. - wzruszył ramionami a brzegi jego duszy zasnuł szron. Stracił swoją dziecinną, puchońską bezinteresowność. Pierwszy raz był ze sobą tak bardzo szczery, wymówił na głos brutalną prawdę, że nie kwapiłby się do udzielenia pomocy "bohaterowi" bajki, gdyby ten faktycznie istniał i był gdzieś uwięziony.
- Zrób coś dla mnie, Bren, i go nie szukaj. Wiem, że sobie poradzisz z każdym zagrożeniem ale po co szukać sobie kłopotów, co nie? - spytał retorycznie. Poza drobnymi ruchami i jeszcze mniejszą ilością gestykulacji nie ruszał się zanadto. Nie chciał zsunąć się z tego głazu. Nie było aż tak wysoko aby miał złamać sobie kręgosłup ale co miałby kusić los. Po pewnym czasie odsłonięte mięśnie jego przedramion napięły się, a on sam ograniczył się jedynie do spoglądania na twarz Bren, oświetlaną teraz przez popołudniowe słońce.
- W mojej krwi płynie sól to dlatego nie potrafię utonąć. - roześmiał się na ten żart, elastycznie podłapując poczucie humoru Bren. Lubił nazywać ją w myślach przyjaciółką choć wiedział, że do tego poziomu trochę jeszcze im brakowało. Być może podświadomie trzymali się granicy spokojnej przyjaźni.
- Słodka Morgano, co za zmęczona życiem biedna szyszka. - niełatwo było utrzymać powagę. Ostrożnie podniósł rękę i upewniwszy się, że nie zleci, sięgnął dwoma palcami po wspomnianą szyszkę i obejrzał ją sobie ze wszystkich stron.
- Trochę słaba ta loteria skoro do wygrania jest takie biedactwo. Brakuje tylko czarnej mgiełki na płatkach i mamy klątwomagicznego potwora, szyszkołaka. - czuł się trochę jak na haju, jakby któreś z rodzeństwa dolało mu do porannej kawy zbyt mocno stężony eliksir rozluźniający. Humor mu dopisywał, nawet jeśli wypowiadał na głos swoje zdanie na temat zasłużonej śmierci.
- Śmierć przez krwiożercze rośliny obrośnięte na ustach. Mam nadzieję, że nie opowiadano tego Longbottomom na dobranockę. - bo inaczej już wiem dlaczego niektóre osoby tego rodu są tak wybitnie... inne. Na jego wargach zamajaczył uśmiech, który przeczył jakiemukolwiek przerażeniu na wyobrażenie o uczynku Greengrassa i karze jaka na niego spadła.
- Gdy ten zielarz zasłynąłby chociaż z czegoś niesamowitego to jego wściekłość miałaby uzasadnienie... ale szczerze mówiąc, niezła z niego szuja skoro za swoje nieszczęście obwinia podróżnych. Tu nawet nie miałoby sensu zdejmowanie z niego klątwy. Ja bym się dla niego nie starał bo jakby nie patrzeć, według treści tej bajki, dostał to, na co zasłużył. - wzruszył ramionami a brzegi jego duszy zasnuł szron. Stracił swoją dziecinną, puchońską bezinteresowność. Pierwszy raz był ze sobą tak bardzo szczery, wymówił na głos brutalną prawdę, że nie kwapiłby się do udzielenia pomocy "bohaterowi" bajki, gdyby ten faktycznie istniał i był gdzieś uwięziony.
- Zrób coś dla mnie, Bren, i go nie szukaj. Wiem, że sobie poradzisz z każdym zagrożeniem ale po co szukać sobie kłopotów, co nie? - spytał retorycznie. Poza drobnymi ruchami i jeszcze mniejszą ilością gestykulacji nie ruszał się zanadto. Nie chciał zsunąć się z tego głazu. Nie było aż tak wysoko aby miał złamać sobie kręgosłup ale co miałby kusić los. Po pewnym czasie odsłonięte mięśnie jego przedramion napięły się, a on sam ograniczył się jedynie do spoglądania na twarz Bren, oświetlaną teraz przez popołudniowe słońce.
- W mojej krwi płynie sól to dlatego nie potrafię utonąć. - roześmiał się na ten żart, elastycznie podłapując poczucie humoru Bren. Lubił nazywać ją w myślach przyjaciółką choć wiedział, że do tego poziomu trochę jeszcze im brakowało. Być może podświadomie trzymali się granicy spokojnej przyjaźni.
- Słodka Morgano, co za zmęczona życiem biedna szyszka. - niełatwo było utrzymać powagę. Ostrożnie podniósł rękę i upewniwszy się, że nie zleci, sięgnął dwoma palcami po wspomnianą szyszkę i obejrzał ją sobie ze wszystkich stron.
- Trochę słaba ta loteria skoro do wygrania jest takie biedactwo. Brakuje tylko czarnej mgiełki na płatkach i mamy klątwomagicznego potwora, szyszkołaka. - czuł się trochę jak na haju, jakby któreś z rodzeństwa dolało mu do porannej kawy zbyt mocno stężony eliksir rozluźniający. Humor mu dopisywał, nawet jeśli wypowiadał na głos swoje zdanie na temat zasłużonej śmierci.