27.02.2024, 22:56 ✶
Ja - w przeciwieństwie do mojego rodzeństwa - nie współczułem mugolom ani nie miałem wobec nich jakichkolwiek ciepłych uczuć czy przemyśleń. Zdawali się być zbędnymi istotami, wręcz przeszkadzającymi czarodziejom w normalnej egzystencji, aczkolwiek nie potrafiłem sobie wyobrazić śmierci Amy Magpie... Może inaczej, obawiałem się tego obrazu, tej sceny, jak i możliwości, w której to ja zadaję cios ostateczny.
Śmierć była dla mnie czymś potężnym, czymś ostatecznym, czymś, co aktualnie leżało poza moim zasięgiem. Bałem się zadać ten cios. Obawiałem się, w jaki sposób na mnie wpłynie, do jakich wniosków doprowadzi... Kto wie? Może nawet pojawiało się pytanie, czy nie oszaleję? Od niedawna pracowałem z trupami, przekładałem liczne martwe ciała, które znalazły się u mnie z różnych powodów. Badałem je z niejakiego oddalenia emocjonalnego, jako obserwator. Po prostu sprawdzałem. Po prostu kroiłem. Po prostu rzucałem zaklęcia weryfikacyjne. Nic więcej. Na koniec wsuwałem do szuflady, pisałem raport i koniec. Może trochę fascynacji w tym było, ale bardziej z punktu widzenia medycznego i magicznego, a nie podjarania się samym aktem śmierci, jej przyczyną czy też osobą, która się do tego przyczyniła. Jeszcze nie oszalałem... Chyba.
A jednak coś mnie skusiło do pracy w kostnicy. Coś zachęciło mnie do tego by iść droga antropologii, która wcale nie była jakąś starą dziedziną nauki. Coś nowego, coś łączącego ze sobą wiele różnych dziedzin, a jednak dających tak wiele informacji. Nawet nie tyle co na temat śmierci samej w sobie, ale na temat historii samych denatów, ale... Wszystko jednak sprowadzało się do aktu śmierci, do tej ostateczności, którą mogłem zadać w każdej chwili, stojąc za Ciceronem i mając jego szyję dosłownie na widelcu. Co prawda, dosyć wymyślnym, a jednak... Pojedynki napawały mnie energią, ale nie byłem w stanie. Czy może jednak byłbym...? Może jednak już byłem szalony?
- Ama... Zostawcie ją w spokoju! Ona nic nie zrobiła! - mówił coś Ciceron. Do mnie. Z tego, co się orientowałem, rodzeństwo zamierzało puścić ją żywą. Taki był plan. Podobnie jak mi, nikomu nie było blisko do zadania ciosu ostatecznego, a jednak... Co, jeśli plany wezmą diabli, jeśli nie uda im się jej zmanipulować i... ją zabiją? Cóż, wszystko sprowadzało się do tego, że dla Cicerona miała być martwa, więc stałem, wbijając się delikatnie w jego szyję by zamilknął, nie był taki hardy, taki do przodu. Właściwie czekałem też na znak, że mogę robić swoje.
- Hahaha. Ona już jest martwa - powiedziałem pewnym siebie głosem, jakby nie należał do tego pewnego obaw Augustusa Rookwooda. Odrobina adrenaliny czy po prostu akcja? Bliżej nieokreślona siła pchnęła mnie do przodu, do grania skrzypiec, tej pewności, której z reguły mi brakowało, którą zgubiłem jakoś po szkole. Ponownie bylem panem sytuacji, więc się zaśmiałem podle, rzuciłem mu stwierdzeniem, które nie miało pokrycia w rzeczywistości. Prawdopodobnie nie miało pokrycia, ale to nie było istotne. Kłamcą byłem idealnym. Ojciec mnie tego nauczył. Cała nasza rodzina była tak zakłamana, że nie można było nie być kłamcą, przebywając w ich otoczeniu. I te sekrety... Takie na bogato.
- Uważaj sobie, Shafiq, w jaki sposób dobierasz kochanki. Nieodpowiednie kandydatki wrzucimy do grobu - szepnąłem mu niemalże na uszko, po czym dom zaczął płonąć. Jak na zawołanie. Jakbyśmy z Vesperką byli połączeni falami, aczkolwiek nic z tych rzeczy nie miało miejsca. A szkoda. Nasze bliźniactwo byłoby już absolutnie nierozerwalne, a tak nie bylem jeszcze świadom, że jakiś Black wtargnie w jej życie aż zanadto i porwie mi ją z domu rodzinnego.
- Od razu cieplej na sercu - odparłem niczym rasowy psychopata i porzuciłem poprzednie zaklęcie na rzec potężnego uderzenia w głowę. Tak, żeby stracił przytomność, ale również sobie zapamiętał tę sytuację, kiedy się obudzi.
Padł nieprzytomny. Może mogłem poczekać na Mroczny Znak na niebie, ale nie mogłem pozwolić na to by zaczął się wyrywać ku ukochanej. Swoją drogą, ja bym to zrobił. Nie stałbym zdjęty strachem. Walczyłbym. Walczyłbym całym sobą o istotę najbliższa mojemu sercu... Taki oto był poziom miłości naszego niedrogiego Cicerona Shafiq. Może tak naprawdę jej nie kochał? Może nic dla niego nie znaczyła, tylko się nią bawił...? Tym lepiej, że dziewczę sobie ucieknie. O ile ucieknie.
Pochyliłem się nad nim by sprawdzić jego stan. Zapewne niebawem się obudzi, ale będzie już za późno. Nas już nie będzie, a Znak może jeszcze majaczył na niebie.
Śmierć była dla mnie czymś potężnym, czymś ostatecznym, czymś, co aktualnie leżało poza moim zasięgiem. Bałem się zadać ten cios. Obawiałem się, w jaki sposób na mnie wpłynie, do jakich wniosków doprowadzi... Kto wie? Może nawet pojawiało się pytanie, czy nie oszaleję? Od niedawna pracowałem z trupami, przekładałem liczne martwe ciała, które znalazły się u mnie z różnych powodów. Badałem je z niejakiego oddalenia emocjonalnego, jako obserwator. Po prostu sprawdzałem. Po prostu kroiłem. Po prostu rzucałem zaklęcia weryfikacyjne. Nic więcej. Na koniec wsuwałem do szuflady, pisałem raport i koniec. Może trochę fascynacji w tym było, ale bardziej z punktu widzenia medycznego i magicznego, a nie podjarania się samym aktem śmierci, jej przyczyną czy też osobą, która się do tego przyczyniła. Jeszcze nie oszalałem... Chyba.
A jednak coś mnie skusiło do pracy w kostnicy. Coś zachęciło mnie do tego by iść droga antropologii, która wcale nie była jakąś starą dziedziną nauki. Coś nowego, coś łączącego ze sobą wiele różnych dziedzin, a jednak dających tak wiele informacji. Nawet nie tyle co na temat śmierci samej w sobie, ale na temat historii samych denatów, ale... Wszystko jednak sprowadzało się do aktu śmierci, do tej ostateczności, którą mogłem zadać w każdej chwili, stojąc za Ciceronem i mając jego szyję dosłownie na widelcu. Co prawda, dosyć wymyślnym, a jednak... Pojedynki napawały mnie energią, ale nie byłem w stanie. Czy może jednak byłbym...? Może jednak już byłem szalony?
- Ama... Zostawcie ją w spokoju! Ona nic nie zrobiła! - mówił coś Ciceron. Do mnie. Z tego, co się orientowałem, rodzeństwo zamierzało puścić ją żywą. Taki był plan. Podobnie jak mi, nikomu nie było blisko do zadania ciosu ostatecznego, a jednak... Co, jeśli plany wezmą diabli, jeśli nie uda im się jej zmanipulować i... ją zabiją? Cóż, wszystko sprowadzało się do tego, że dla Cicerona miała być martwa, więc stałem, wbijając się delikatnie w jego szyję by zamilknął, nie był taki hardy, taki do przodu. Właściwie czekałem też na znak, że mogę robić swoje.
- Hahaha. Ona już jest martwa - powiedziałem pewnym siebie głosem, jakby nie należał do tego pewnego obaw Augustusa Rookwooda. Odrobina adrenaliny czy po prostu akcja? Bliżej nieokreślona siła pchnęła mnie do przodu, do grania skrzypiec, tej pewności, której z reguły mi brakowało, którą zgubiłem jakoś po szkole. Ponownie bylem panem sytuacji, więc się zaśmiałem podle, rzuciłem mu stwierdzeniem, które nie miało pokrycia w rzeczywistości. Prawdopodobnie nie miało pokrycia, ale to nie było istotne. Kłamcą byłem idealnym. Ojciec mnie tego nauczył. Cała nasza rodzina była tak zakłamana, że nie można było nie być kłamcą, przebywając w ich otoczeniu. I te sekrety... Takie na bogato.
- Uważaj sobie, Shafiq, w jaki sposób dobierasz kochanki. Nieodpowiednie kandydatki wrzucimy do grobu - szepnąłem mu niemalże na uszko, po czym dom zaczął płonąć. Jak na zawołanie. Jakbyśmy z Vesperką byli połączeni falami, aczkolwiek nic z tych rzeczy nie miało miejsca. A szkoda. Nasze bliźniactwo byłoby już absolutnie nierozerwalne, a tak nie bylem jeszcze świadom, że jakiś Black wtargnie w jej życie aż zanadto i porwie mi ją z domu rodzinnego.
- Od razu cieplej na sercu - odparłem niczym rasowy psychopata i porzuciłem poprzednie zaklęcie na rzec potężnego uderzenia w głowę. Tak, żeby stracił przytomność, ale również sobie zapamiętał tę sytuację, kiedy się obudzi.
Padł nieprzytomny. Może mogłem poczekać na Mroczny Znak na niebie, ale nie mogłem pozwolić na to by zaczął się wyrywać ku ukochanej. Swoją drogą, ja bym to zrobił. Nie stałbym zdjęty strachem. Walczyłbym. Walczyłbym całym sobą o istotę najbliższa mojemu sercu... Taki oto był poziom miłości naszego niedrogiego Cicerona Shafiq. Może tak naprawdę jej nie kochał? Może nic dla niego nie znaczyła, tylko się nią bawił...? Tym lepiej, że dziewczę sobie ucieknie. O ile ucieknie.
Pochyliłem się nad nim by sprawdzić jego stan. Zapewne niebawem się obudzi, ale będzie już za późno. Nas już nie będzie, a Znak może jeszcze majaczył na niebie.