28.02.2024, 05:54 ✶
Po prawdzie Louvain nie musiał w tym momencie silić na jakiekolwiek zachowywanie pozorów, bo stojąca przed nim blondyna w pełni zdawała sobie sprawę z tego, że podawała mu się właśnie na srebrnej tacy. Dawała mu dokładnie to, czego chciał, ale ona była zwyczajnie tak cholernie zmęczona. Wszystko ją bolało, a może tylko jej się wydawało, ale jeśli tak to pewnie zaraz zacznie czuć się jeszcze gorzej, kiedy serce w końcu całkowicie się uspokoi, przestając pośpiesznie rozsyłać adrenalinę po ciele.
Spojrzała na niego ponuro, kiedy wreszcie się odezwał, jakby jego tłumaczenie było tak naprawdę ostatnią rzeczą, którą w tym momencie chciała bo w sumie tak był - wolała żeby wypierdalał w podskokach, zamiast teraz wykładać jej po co w ogóle tutaj przylazł. Nawet jeśli nie zamierzał podnosić na niej ręki to i tak pewnie skatuje ją, ale psychicznie.
Wzdrygnęła się, ale nie kiedy skrócił dystans, czy odsunął jej dłoń, która trzymała różdżkę, a kiedy wyciągnął do niej dłoń, badając pozostawione na szyi ślady. Nie chodziła o to, że to był on; bo rzadko kiedy reagowała spłoszeniem na jego ruchy, szczególnie kiedy była tak świadoma tego do czego był zdolny. Chodziło o to gdzie pchał te ręce, jakby samo wspomnienie tego, gdzie gwałtownie Hades wyciągał dłonie sprawiało, że ciało mimowolnie wzbraniało się, by nie ucierpieć znowu. I nienawidziła tego tak bardzo.
To była jak powtórka dni po kłótni z Murtaghem, kiedy wytargał ją i wyszamotał, to krzycząc jej do ucha to sycząc jadowicie, dyktując jej jakąś zmyśloną listę rzeczy, które spierdoliła w życiu. Większość z nich, o ile nie wszystkie, dotyczyły oczywiście jego drogiego przyjaciela, którego to ona niby skrzywdziła. Potem chodziła jak struta, podobnie jak teraz. Ba, ścięła te swoje długie włosy, za które ją wtedy złapał i szamotał i już nigdy tak naprawdę ich nie zapuściła.
To zmartwienie, które wydawało się pojawić gdzieś na twarzy Louvaina było niezmiernie ciekawe. Bo z jakiej niby racji miał prawo martwić się jej stanem? Sam pozostawiał na jej skórze ślady, a teraz zbierało mu się na jakieś dziwaczne przejawy współczucia? Ale kiedy tak na niego patrzyła, czując jak wodzi opuszkami palców po siniakach, które rozkwitały pod makijażem, podchwyciła wreszcie właściwe skojarzenie, którym chyba można była scharakteryzować większość mężczyzn. Martwił się, bo była jego. Co innego samemu psuć swoje zabawki, a co innego, kiedy ktoś robił to za ciebie.
Zmrużyła oczy, czując zwyczajne obrzydzenie, ale nie odsunęła się od niego. Dlaczego niby miała, skoro nie robił jej krzywdy? Skoro nigdy tak naprawdę się nie odsuwała, zamiast tego prowokując go, żeby brnął dalej i dalej, jakby to była głupia gra w cykora - kto pierwszy się podda, ten przegra. A ona bardzo nie chciała przegrywać.
- Nie mogę sobie nawet wyobrazić jak bardzo - sarknęła, kręcąc przy tym głową z niedowierzaniem. Kiedy się cofnął, wyciągnęła rękę, odkładając trzymaną różdżkę na stół. Potem łypnęła na niego, powstrzymując się, żeby nie wywrócić na niego oczami, bo niczego mu przecież nie przewidziała. Zwyczajnie wiedziała o wszystkim od samego początku. Zawsze wiedziała, ale Loretta początkowo była dla niej kolejną kurewką, która zakręciła się w życiu Alexandra. Tak już mieli; on czasem znalazł sobie kogoś, a ona robiła to samo i nawet jeśli potem to sobie wytykali, to wciąż robili to samo. Problem jednak pojawił się, kiedy panna Lestrange nie zniknęła tak po prostu z życia Mulcibera, tylko rozparła się tam łokciami, robiąc sobie coraz więcej miejsca. Trzeba było jej przyznać, że pojawiła się we wręcz idealnym momencie, swoje przybycie orkiestrując na chwilę przed tym, jak McKinnon uciekła ze sceny.
- Nie jestem pewna, czy to tak dla mnie lepiej - skrzywiła się, przez moment wahając. - Ale masz rację, Lou - wysyczała praktycznie te słowa, nie lubiła przyznawać racji nikomu, szczególnie jemu. - Ale co niby chcesz, żeby się teraz stało? - zapytała, krzyżując ręce przed sobą i powoli, krok za krokiem, zbliżając się do niego i stając przed nim tak, jak jeszcze przed chwilą stał przed nią. Blisko. - Oczekujesz, że wdrapię mu się do łóżka, ku chwale minionej miłości? Podziękuję. A wiesz dlaczego? Bo kiedy tylko Loretta się o tym dowie, dostanę od niej w prezencie klątwę - uśmiechnęła się do niego z niezadowoleniem. Bardzo nie chciała wyszarpnąć Alexa z rąk Loretty tylko po to, żeby samej skończyć z jakimś paskudztwem, które tylko zniszczyłoby jej życie. Bo nie wątpiła w to, że panna Lestrange kiedy chciała, mogła walczyć o swoje zaciekle, szczególnie jeśli chodziło o kogoś, kto tak długo tkwił w jej życiu. O kogoś, dla kogo zgodziła się na potajemny ślub. Loretta jawiła jej się jako ktoś, kto pozostawiał ślady pazurów na wszystkim, czego się dotknęła, zarówno jeśli chodziło o rodzinę, jak i przyjaciół czy miłostki. A Rosie bardzo nie chciała, żeby ta flądra zniszczyła w procesie także Alexandra.
Spojrzała na niego ponuro, kiedy wreszcie się odezwał, jakby jego tłumaczenie było tak naprawdę ostatnią rzeczą, którą w tym momencie chciała bo w sumie tak był - wolała żeby wypierdalał w podskokach, zamiast teraz wykładać jej po co w ogóle tutaj przylazł. Nawet jeśli nie zamierzał podnosić na niej ręki to i tak pewnie skatuje ją, ale psychicznie.
Wzdrygnęła się, ale nie kiedy skrócił dystans, czy odsunął jej dłoń, która trzymała różdżkę, a kiedy wyciągnął do niej dłoń, badając pozostawione na szyi ślady. Nie chodziła o to, że to był on; bo rzadko kiedy reagowała spłoszeniem na jego ruchy, szczególnie kiedy była tak świadoma tego do czego był zdolny. Chodziło o to gdzie pchał te ręce, jakby samo wspomnienie tego, gdzie gwałtownie Hades wyciągał dłonie sprawiało, że ciało mimowolnie wzbraniało się, by nie ucierpieć znowu. I nienawidziła tego tak bardzo.
To była jak powtórka dni po kłótni z Murtaghem, kiedy wytargał ją i wyszamotał, to krzycząc jej do ucha to sycząc jadowicie, dyktując jej jakąś zmyśloną listę rzeczy, które spierdoliła w życiu. Większość z nich, o ile nie wszystkie, dotyczyły oczywiście jego drogiego przyjaciela, którego to ona niby skrzywdziła. Potem chodziła jak struta, podobnie jak teraz. Ba, ścięła te swoje długie włosy, za które ją wtedy złapał i szamotał i już nigdy tak naprawdę ich nie zapuściła.
To zmartwienie, które wydawało się pojawić gdzieś na twarzy Louvaina było niezmiernie ciekawe. Bo z jakiej niby racji miał prawo martwić się jej stanem? Sam pozostawiał na jej skórze ślady, a teraz zbierało mu się na jakieś dziwaczne przejawy współczucia? Ale kiedy tak na niego patrzyła, czując jak wodzi opuszkami palców po siniakach, które rozkwitały pod makijażem, podchwyciła wreszcie właściwe skojarzenie, którym chyba można była scharakteryzować większość mężczyzn. Martwił się, bo była jego. Co innego samemu psuć swoje zabawki, a co innego, kiedy ktoś robił to za ciebie.
Zmrużyła oczy, czując zwyczajne obrzydzenie, ale nie odsunęła się od niego. Dlaczego niby miała, skoro nie robił jej krzywdy? Skoro nigdy tak naprawdę się nie odsuwała, zamiast tego prowokując go, żeby brnął dalej i dalej, jakby to była głupia gra w cykora - kto pierwszy się podda, ten przegra. A ona bardzo nie chciała przegrywać.
- Nie mogę sobie nawet wyobrazić jak bardzo - sarknęła, kręcąc przy tym głową z niedowierzaniem. Kiedy się cofnął, wyciągnęła rękę, odkładając trzymaną różdżkę na stół. Potem łypnęła na niego, powstrzymując się, żeby nie wywrócić na niego oczami, bo niczego mu przecież nie przewidziała. Zwyczajnie wiedziała o wszystkim od samego początku. Zawsze wiedziała, ale Loretta początkowo była dla niej kolejną kurewką, która zakręciła się w życiu Alexandra. Tak już mieli; on czasem znalazł sobie kogoś, a ona robiła to samo i nawet jeśli potem to sobie wytykali, to wciąż robili to samo. Problem jednak pojawił się, kiedy panna Lestrange nie zniknęła tak po prostu z życia Mulcibera, tylko rozparła się tam łokciami, robiąc sobie coraz więcej miejsca. Trzeba było jej przyznać, że pojawiła się we wręcz idealnym momencie, swoje przybycie orkiestrując na chwilę przed tym, jak McKinnon uciekła ze sceny.
- Nie jestem pewna, czy to tak dla mnie lepiej - skrzywiła się, przez moment wahając. - Ale masz rację, Lou - wysyczała praktycznie te słowa, nie lubiła przyznawać racji nikomu, szczególnie jemu. - Ale co niby chcesz, żeby się teraz stało? - zapytała, krzyżując ręce przed sobą i powoli, krok za krokiem, zbliżając się do niego i stając przed nim tak, jak jeszcze przed chwilą stał przed nią. Blisko. - Oczekujesz, że wdrapię mu się do łóżka, ku chwale minionej miłości? Podziękuję. A wiesz dlaczego? Bo kiedy tylko Loretta się o tym dowie, dostanę od niej w prezencie klątwę - uśmiechnęła się do niego z niezadowoleniem. Bardzo nie chciała wyszarpnąć Alexa z rąk Loretty tylko po to, żeby samej skończyć z jakimś paskudztwem, które tylko zniszczyłoby jej życie. Bo nie wątpiła w to, że panna Lestrange kiedy chciała, mogła walczyć o swoje zaciekle, szczególnie jeśli chodziło o kogoś, kto tak długo tkwił w jej życiu. O kogoś, dla kogo zgodziła się na potajemny ślub. Loretta jawiła jej się jako ktoś, kto pozostawiał ślady pazurów na wszystkim, czego się dotknęła, zarówno jeśli chodziło o rodzinę, jak i przyjaciół czy miłostki. A Rosie bardzo nie chciała, żeby ta flądra zniszczyła w procesie także Alexandra.
she was a gentle
sort of horror
sort of horror