06.12.2022, 19:54 ✶
Coś w tym miejscu sprawiało, że czuł się, jakby stał w rozpadającej się chałupie na małej wyspie pośrodku wzburzonego morza. Patrząc na Cynthię i na to, co wspominała o swojej rodzinie, kiedy naszła ją na to ochota, można nawet uznać ten opis za jak najbardziej trafny. Fergus zdecydowanie miał wrażenie, że znalazł się w nieodpowiednim miejscu o jeszcze gorszej porze, jednak zobowiązania tego od niego wymagały, a skoro i tak zalegał Flintównie z jej książkami, nie mógł tego dłużej przekładać. Była jak jego prywatna biblioteka, w której brakowało tylko pobierania opłat za niedotrzymywanie terminów. A że Ollivander miał naprawdę sporo na głowie, czasami zapominał o tym, jak się nazywał, a co dopiero o zwrocie pożyczonych od kogoś innego przedmiotów. Brakowało mu tego, że nie mógł już tak bardzo polegać na Norze i jej przypominaniu mu o wszystkim, co się wokół niego działo. Może nie powinien tak bardzo traktować ludzi jak przedmiotów? Biblioteczka, kalendarz. Wróć na ziemię, Ferg.
- Żałuję, że tak nie jest – mruknął, nim zdołał ugryźć się w język. Nie czuł jednak oporów przed mówieniem tego, o czym myślał. A już zwłaszcza po ostatniej kłótni z ojcem, która skończyła się trzaskaniem drzwiami i wyjściem z domu, żeby to wszystko utopić w alkoholu. Jak każdego dnia zresztą. Kawa, papierosy, whisky. I tak w kółko, aż w końcu nie zostanie mu nic innego.
Prychnął pod nosem, obserwując walkę Castiela z namalowaną ciotką i tym bardziej doceniając, że jego ojciec wywalił najbardziej uparte portrety na strych. Przodkowie nie postarali się na tyle, żeby zapobiegawczo skorzystać z zaklęcia trwałego przylepca. I dzięki Merlinowi za to, bo Fergus skończyłby z wujem Geraintem nad łóżkiem. Doprawdy doborowe towarzystwo, zwłaszcza w takim miejscu.
- Prędzej zarzuci mi wpraszanie się do was – zauważył Fergus, podążając za Castielem. – Ale jak już proponujesz…
Rozejrzał się wokół, nieprzyzwyczajony do tego, żeby przebywać w tym miejscu na tyle długo, by mieć do tego okazję. Zazwyczaj Cynthia prowadziła go prosto do regału z książkami, pozwalając wybrać sobie kolejne tytuły, ale jednocześnie pilnując swojej prywatności. Spotykali się na neutralnym gruncie, żeby nie wchodzić sobie w drogę. Sam już do końca nie wiedział, co mu strzeliło do głowy, żeby tu przychodzić. Możliwe, że to przemęczenie. Albo zupełnie wyleciało mu z głowy, że smok przepalił mu czaszkę. Właściwie, nawet można by to wytłumaczyć brakiem jakiejś części mózgu, ale raczej zauważyłby ślady spalenizny i wypływające wnętrzności. Nie, smok zdecydowanie odpadał.
Zdziwił go widok rozgardiaszu w pomieszczeniu. Bardziej spodziewał się ustawionych przed kominkiem harpunów i martwych ryb zawieszonych na ścianach jak trofea. Ewentualnie kałamarnicy podwieszonej pod sufitem niczym bożonarodzeniowa girlanda.
- Syfu? Jakiego syfu? – zdziwił się nazbyt teatralnie, chociaż musiał przyznać, że w porównaniu z domem, czy sklepem Ollivanderów, tutaj było stosunkowo czysto. – Skoro jej nie ma, to odwleka moją śmierć w tragicznych okolicznościach – westchnął i rzucił książki na najbliżej stojący fotel, opierając się o niego. W razie czego wolał znajdować się w pozycji ułatwiającej ucieczkę, nawet jeśli sam Castiel nie wyglądał groźnie. Nie mógł tego samego powiedzieć o pozostałych Flintach, skoro większość z nich znał wyłącznie z opowieści.
- Masz może menu? – zapytał całkiem poważnie, słysząc wszystkie te wymieniane trunki. Nie był do końca pewien, czy mężczyzna żartował i wymyślał to na poczekaniu, czy może rzeczywiście posiadali cały barek opisany tymi nazwami. - Wystarczy piwo – bąknął w końcu, dochodząc do wniosku, że skoro już mógł skorzystać z napicia się za darmo, ciężko było odmówić.
Przesunął książki i usiadł w fotelu, czując pod stopami chrzęszczenie czegoś niewidzialnego, co – miał taką nadzieję – było jedynie złamanym piórem, a nie jakimś martwym stworzeniem.
- Żałuję, że tak nie jest – mruknął, nim zdołał ugryźć się w język. Nie czuł jednak oporów przed mówieniem tego, o czym myślał. A już zwłaszcza po ostatniej kłótni z ojcem, która skończyła się trzaskaniem drzwiami i wyjściem z domu, żeby to wszystko utopić w alkoholu. Jak każdego dnia zresztą. Kawa, papierosy, whisky. I tak w kółko, aż w końcu nie zostanie mu nic innego.
Prychnął pod nosem, obserwując walkę Castiela z namalowaną ciotką i tym bardziej doceniając, że jego ojciec wywalił najbardziej uparte portrety na strych. Przodkowie nie postarali się na tyle, żeby zapobiegawczo skorzystać z zaklęcia trwałego przylepca. I dzięki Merlinowi za to, bo Fergus skończyłby z wujem Geraintem nad łóżkiem. Doprawdy doborowe towarzystwo, zwłaszcza w takim miejscu.
- Prędzej zarzuci mi wpraszanie się do was – zauważył Fergus, podążając za Castielem. – Ale jak już proponujesz…
Rozejrzał się wokół, nieprzyzwyczajony do tego, żeby przebywać w tym miejscu na tyle długo, by mieć do tego okazję. Zazwyczaj Cynthia prowadziła go prosto do regału z książkami, pozwalając wybrać sobie kolejne tytuły, ale jednocześnie pilnując swojej prywatności. Spotykali się na neutralnym gruncie, żeby nie wchodzić sobie w drogę. Sam już do końca nie wiedział, co mu strzeliło do głowy, żeby tu przychodzić. Możliwe, że to przemęczenie. Albo zupełnie wyleciało mu z głowy, że smok przepalił mu czaszkę. Właściwie, nawet można by to wytłumaczyć brakiem jakiejś części mózgu, ale raczej zauważyłby ślady spalenizny i wypływające wnętrzności. Nie, smok zdecydowanie odpadał.
Zdziwił go widok rozgardiaszu w pomieszczeniu. Bardziej spodziewał się ustawionych przed kominkiem harpunów i martwych ryb zawieszonych na ścianach jak trofea. Ewentualnie kałamarnicy podwieszonej pod sufitem niczym bożonarodzeniowa girlanda.
- Syfu? Jakiego syfu? – zdziwił się nazbyt teatralnie, chociaż musiał przyznać, że w porównaniu z domem, czy sklepem Ollivanderów, tutaj było stosunkowo czysto. – Skoro jej nie ma, to odwleka moją śmierć w tragicznych okolicznościach – westchnął i rzucił książki na najbliżej stojący fotel, opierając się o niego. W razie czego wolał znajdować się w pozycji ułatwiającej ucieczkę, nawet jeśli sam Castiel nie wyglądał groźnie. Nie mógł tego samego powiedzieć o pozostałych Flintach, skoro większość z nich znał wyłącznie z opowieści.
- Masz może menu? – zapytał całkiem poważnie, słysząc wszystkie te wymieniane trunki. Nie był do końca pewien, czy mężczyzna żartował i wymyślał to na poczekaniu, czy może rzeczywiście posiadali cały barek opisany tymi nazwami. - Wystarczy piwo – bąknął w końcu, dochodząc do wniosku, że skoro już mógł skorzystać z napicia się za darmo, ciężko było odmówić.
Przesunął książki i usiadł w fotelu, czując pod stopami chrzęszczenie czegoś niewidzialnego, co – miał taką nadzieję – było jedynie złamanym piórem, a nie jakimś martwym stworzeniem.